 |
FC Botoşani - CFR 1907 Cluj 1:1 (0:1)
19.01.2025 18:00
Stadionul Municipal, Botoşani
Superbet Superliga
Widzów:
3.048
Cena biletu:
30lei (Tribuna I)
| |
Na koniec mojej rumuńskiej wycieczki docieram do trochę mniej ekscytującego miejsca, czyli do Botoşani, kibicować lokalnej drużynie w ich walce o spadek z Superligi.
| | Dotarcie na mecz |
    |
    |
Dotarcie do Botoszanów (Botoszan?) nie było łatwe. Jedyną opcją, żeby tam dotrzeć z Gałacza (gdzie nocowałem po niezbyt porywającym meczu Oţelulu z Petrolulem) i przy okazji zdążyć na mecz był pociąg relacji Galaţi - Cluj-Napoca, który odjeżdżał z dworca w Gałaczu już o 6:15 (żeby z kolei zdążyć na pociąg, musiałem wstać ok. 5 rano, kiedy to w Polsce mieliśmy jeszcze 4 rano - generalnie sposób, w jaki spędzam dobrowolnie swoje urlopy jest... dość specyficzny). Jechałem pociągiem ponad 6,5 godziny, podziwiając przez okno dziwaczne rumuńskie bloki (o których już pisałem coś w poprzedniej relacji), a także dziwne rumuńskie wsie (w jednej z nich przez dobre parę kilometrów ciągnęły się identyczne wąskie działki, na których znajdowały się identyczne wąskie parterowe domki, choć wiele z nich zostało już rozbudowane) i całkiem malownicze krajobrazy. W końcu o godzinie 12:54 wysiadłem na stacyjce w miejscowości Vereşti - a przynajmniej miałem nadzieję, że to jest ta stacyjka, ponieważ nie było na niej żadnych oznaczeń (znajdowały się jedynie na budynku stacji, który skutecznie zasłaniał mi pociąg). Punktualnie o godzinie 13:14 przyjechał pociąg relacji Suceava Nord - Botoşani, składający się z lokomotywy oraz jednego wagonu. W linii prostej do Botoşani było co prawda ok. 21 kilometrów, jednak pociąg jechał trochę naokoło (trasą, która powstała w 1871 roku) i na miejsce dojechałem planowo o godzinie 14:28.
Zabrałem się za zwiedzanie miasta. Jest ono położone w niezbyt bogatej części Rumunii, stąd można było pooglądać tu mnóstwo dziwacznych bloków mieszkalnych z czasów Ceausescu w ich najlepszym, nieodrestaurowanym wydaniu. Poza tym, w mieście było trochę zabytków, m.in. klasztor Popauti (nie wiem co oznacza to słowo i czy powinno się je w jakikolwiek sposób odmieniać lub tłumaczyć) ufundowany przez Stefana Wielkiego, XVII-wieczny kościół ormiański, odpicowane (i wymarłe) Stare Miasto, czy też powstały w czasach komunistycznej prosperity pomnik, którego przekaz był na tyle uniwersalny, że nie został on zdemontowany po 1989 roku. Udało mi się również spożyć prawdziwy (tak mi się wydaje) rumuński posiłek, składający się z zupy ciorba radauteana i zapychającej zapiekanki bulz moldovenesc (w jej składzie były m.in. mamałyga, biały ser oraz ziemniaki). Przyznam, że te rejony Rumunii to wspaniałe miejsce na niskobudżetowe podróże, bo za dobry dwudaniowy posiłek, kieliszek rumuńskiego wina i różne dodatki (których zamówienie przeze mnie było lekkim nieporozumieniem, bo kelnerka nie znała angielskiego, a ja rumuńskiego) zapłaciłem równowartość niecałych 63 PLN.
Bardzo ciekawy był natomiast sposób, w jaki po meczu dostałem się z Botoşani do Warszawy. Zacząłem bardzo nietypowo, ponieważ od zamówienia Bolta (zawsze kiedy tylko mogę, stawiam na transport zbiorowy, ale tym razem... naprawdę nie miałem żadnej alternatywy) na lotnisko im. Stefana Wielkiego pod Suczawą, które znajduje się 35 kilometrów od Botoszan. O godzinie 0:05 (5 minut po północy) odlatywał stamtąd samolot tanich linii lotniczych na lotnisko Rzym-Fiumicino. Po przylocie na miejsce... krążyłem przez całą noc po lotnisku, byle tylko nie usnąć, ponieważ mój tani lot powrotny do Warszawy startował dopiero o godzinie 9:10. Kiedy dotarłem na miejsce, byłem skrajnie zmęczony, ale za to udało mi się stosunkowo niskim kosztem (wydatek 125 lejów na taksówkę został zrekompensowany przez niskie ceny lotów) w przeciągu zaledwie kilkunastu godzin dotrzeć ze stadionu w mało znanym mieście na skraju Rumunii do swojego lokum w Warszawie.
| | Stadion |
    |
    |
Zgodnie z informacjami z (rumuńskiej) Wikipedii, stadionul miejski w Botoszanach został zbudowany na początku lat 70. (został oddany do użytku prawdopodobnie w 1973 roku) i liczy on 7.782 miejsc siedzących. Stadion jest więc dużo starszy niż sam klub FC Botoşani (który został założony w roku 2001); w momencie jego otwarcia służył on bowiem ówcześnie istniejącemu klubowi Textila Botoşani (co za piękna nazwa).
Obiekt w Botoszanach mógłbym w sumie opisać w bardzo podobny sposób jak ten w Gałaczu. Jest to stadion lekkoatletyczny zbudowany jeszcze w czasach Ceauşescu, ze wszystkich stron otoczony trybunami, które nie mają żadnego zadaszenia (pomijając małą centralną część trybuny wschodniej). Od czasów Geniusza Karpat na obiekcie zmieniło się całkiem dużo - zamieniono ławki na niebieskie krzesełka (na wschodniej trybuny znajduje się domieszka krzesełek w innym kolorze, które dwukrotnie tworzą napis BOTOSANI ), dodano 4 maszty oświetleniowe oraz dużą tablicę świetlną, ale zdaje się, nic na nim nie dobudowywano ani nie przebudowywano. Nawet zgadza się fakt, że tak samo jak w Gałaczu, stadion jest bardzo dziwnie wciśnięty w lokalne osiedle, zabierając przestrzeń mieszkańcom paru okolicznych bloków. Przy czym, w przypadku stadionu w Botoszanach owo odbieranie przestrzeni przyjęło formę ekstremalną, ponieważ... jego odległość od jednego z okolicznych bloków wynosi dosłownie 1 metr. W przypadku mieszkańców wyższych kondygnacji tego bloku można powiedzieć, że jest to absolutny wygryw, ponieważ ich mieszkania są w zasadzie stadionowymi lożami VIP. Za to w przypadku mieszkańców niższych kondygnacji... cóż, ich widok z okna to jedynie betonowa ściana stadionu.
Jeśli mam jednak kontynuować owo porównanie stadionów w Botoszanach i Gałaczu, mogę wskazać jedną podstawową różnicę. Otóż stadion w Gałaczu został zbudowany w biednych latach 80. w zasadzie w ramach czynu społecznego, podczas gdy arena dzisiejszego spektaklu została zbudowana na początku lat 70., a więc w okresie, który można określić mianem względnej prosperity w Socjalistycznej Republice Rumunii. Na obiekcie w Gałaczu trybuny są rozległe i o stosunkowo niskim nachyleniu, bo zbudowane na wałach ziemnych. Stadion w Botoszanach w porównaniu z tym w Gałaczu jest nawet odrobinę finezyjny . Betonowe trybuny mają odpowiednie nachylenie, i są lekko podniesione względem poziomu boiska. Z zewnątrz też wygląda to jak stadion, choć betonowa fasada jest już trochę nadgryziona zębem czasu.
No i czas powiedzieć o ostatniej rzeczy - oferta gastronomiczna na stadionie była równie dramatyczna co na innych obiektach, które miałem okazję zwiedzić w trakcie tego weekendu. W ofercie stoiska gastronomicznego jak zwykle były jedynie chipsy, popcorn, napoje w stylu cola/fanta oraz ciepły słodki napój owocowy określany mianem herbaty .
| | Atmosfera |
    |
Po przybyciu pod stadionul miejski w pierwszej kolejności udałem się do znajdującego się nieopodal sklepu klubowego. W ofercie sklepu niestety nie było kubków, ale były szaliki - były to gadżety podobne jak te w sklepie FCSB, czyli pasy syntetycznego materiału z nadrukiem (materiał mógłbym porównać do bazarowych koszulek, które nosiło się 20 lat temu na podwórku). W przypadku relacji z meczu FCSB trochę się podśmiewywałem, że sztuczny klub sprzedaje sztuczne szaliki, ale należy uczciwie przyznać, że tego rodzaju gadżet okazuje się być w Rumunii dość powszechny (takie szaliki były dostępne również w sklepiku klubowym Oţelulu, ale tam wolałem dopłacić 10 lejów za porządną dzianinkę). Przy okazji kupiłem również bilet na dzisiejszy mecz - znów w tym samym trybie co poprzednio, czyli wskazałem interesujący mnie sektor i otrzymałem już dawno wydrukowany bilet na miejsce, które mniej więcej odpowiadało moim oczekiwaniom.
Ze względu na fakt, że informacje o frekwencji w Rumunii są kolportowane strasznie wolno, początkowo oceniłem frekwencję na dzisiejszym meczu na oko i stwierdziłem, że widzów było nie mniej niż 4 tysiące. W rzeczywistości, było ich minimalnie powyżej 3 tysięcy (a konkretnie 3.048). Owe 3 tysiące ludzi nie zrobiło niezapomnianego widowiska, ponieważ atmosfera na dzisiejszym meczu była mocno koneserska. Przed meczem bardzo dobrze sobie zaplanowałem, z którego sektora powinienem oglądać wydarzenia boiskowe oraz trybunowe , bo zająłem miejsce, z którego teoretycznie powinienem mieć dobry widok na sektor stojący dla fanów. I jak się okazało, mój wybór okazał się po dwakroć nietrafiony - nie wkalkulowałem bowiem tego, że sektor ten będzie mi przesłaniał znajdujący się w dość nietypowym miejscu maszt oświetleniowy, jak również tego, że... na wspomnianym sektorze nic się nie będzie działo. Parę osób machało flagami, trochę dzieciaków krzyczało Botoşani! - generalnie, nie było tu dużo materiału do fotorelacji (w sumie, najciekawszym zdjęciem do fotorelacji był autokar gości z Kłużu, który sfotografowałem dzięki uprzejmości jednego z porządkowych).
Pierwszą połowę spędziłem na trybunie wschodniej w całkiem korzystnym miejscu, z którego bardzo dobrze było widać wydarzenia boiskowe - w miarę wysoko, w miarę blisko linii środkowej boiska. Jednak po kilkunastu minutach pierwszej połowy zdałem sobie sprawę, że moje miejsce nie było wcale takie korzystne. Na trybunie było dosyć ciasno, a prawie wszystkie krzesełka w sektorze były zajęte, więc byłem na niej w zasadzie unieruchomiony, co było znaczną niedogodnością, kiedy zgromadzeni na trybunie widzowie zaczęli... palić papierosy, nawet nie ruszając się ze swoich miejsc. Co prawda już na meczu w Gałaczu miałem okazję zauważyć, że w Rumunii istnieje jakieś przyzwolenie społeczne na palenie przy osobach postronnych (może to być spowodowane brakiem sprzedaży piwa na stadionie, w związku z czym kibice muszą relaksować się w jakiś inny sposób), jednak w Botoszanach skala zjawiska była zupełnie inna. W zasadzie przez całą połowę cały czas oddychałem dymem papierosowym (do czego zupełnie nie jestem przyzwyczajony), a pod koniec połowy miałem już wrażenie, że się w końcu porzygam. Po gwizdku na przerwę zdecydowałem się na przeniesienie się na inne części stadionu i eksplorowanie sektorów na łukach. Raz znalazłem się również w pobliżu sektora gości, ale znajdowało się tam zaledwie parę osób, więc tu również nie ma za bardzo o czym pisać.
| | Mecz |
    |
    |
Sytuacja w tabeli przed dzisiejszym meczem była następująca - FC Botoşani znajdowało się na 15. (przedostatnim) miejscu, z 18 punktami na koncie, podczas gdy goście z Kłużu zajmowali 5. lokatę, mając na koncie 35 punktów. Biorąc pod uwagę format rumuńskich rozgrywek, gdzie po fazie zasadniczej tabela dzielona jest na dwie nierówne połówki (miejsca 1-6 i miejsca 7-16), a punkty dzielone są na pół, można powiedzieć, że to goście grali o większą stawkę (utrzymanie się na miejscach dających awans do grup mistrzowskiej). Ale to tylko takie chomicze pieprzenie do pierwszego akapitu niniejszej sekcji, bo wiadomo, że każdej drużynie po prostu zależy na punktach. Żeby więc wnieść coś więcej do tego akapitu, wspomnę coś o nazwie klubu gości. CFR (wymawiaj czefere ) to bodajże skrót od Căile Ferate Române , czyli Koleje Rumuńskie , a nawet gdyby ktoś nie był tego świadomy, to czoło lokomotywy znajdujące się w herbie drużyny wyjaśnia to jednoznacznie. Przyznam też, ze w liceum wraz z E. bardzo śmieszyła nas znajdująca się w oficjalnej nazwie klubu rumuńska nazwa miasta, czyli Cluj, co wizualnie jest dość podobne do pewnego polskiego wulgaryzmu na Ch . Wypracowaliśmy więc w rozmowie takie piękne frazeologizmy jak zrobić kogoś w Kłuża .
Pierwsze minuty dość niespodziewanie należały do gospodarzy - coś tam sobie popykali na połowie gości, wyprowadzili też parę stosunkowo groźnych akcji. Zostali oni jednak bardzo szybko skarceni - już w 10. minucie po zamieszaniu w polu karnym nagle sam przed bramkarzem gospodarzy znalazł się Meriton Korenica. Giannis Anestis obronił co prawda pierwszy strzał Kosowianina, ale odbił piłkę na tyle niefortunnie, że napastnik CFR zdołał jeszcze dobić piłkę do bramki. 10 minut później Korenica bardzo dobrze podał do Louisa Munteanu, ale napastnik CFR przegrał pojedynek sam na sam z Anestisem. Przy okazji tej sytuacji grecki bramkarz gości został sfaulowany... przez własnego obrońcę, przez co mieliśmy co najmniej 3-minutową przerwę w grze. Po jakimś czasie jednak piłkarze gości uspokoili się i zaczęli dość ostentacyjnie grać na czas, broniąc tego 1:0 z przedostatnią drużyną w tabeli. A piłkarze z Botoszan coraz częściej zapuszczali się pod ich pole karne - najgroźniejszą sytuację mieli pod koniec pierwszej połowy, gdy z kilkunastu metrów lobem strzelał Alexandru Cîmpanu, ale Otto Hindrich (wbrew pozorom, rodowity mieszkaniec i obywatel Rumunii, a konkretnie Sas siedmiogrodzki) przeniósł piłkę nad poprzeczką.
W drugiej połowie nadal piłkarze z Kłużu grali ostentacyjnie na czas i ograniczali się do kontr, sami najczęściej oddając gospodarzom piłkę (którzy nie za dużo z tego mieli, bo brakowało im jakości piłkarskiej - nie bez powodu znajdowali się na przedostatnim miejscu w lidze). W 71. minucie piłkarze CFR wyprowadzili bardzo groźną kontrę, w wyniku której Beni Nkololo znalazł się niemal w sytuacji sam na sam z bramkarzem (ostatecznie jego strzał został zblokowany), a następnie w kierunku pustej bramki piłkę skierował Munteanu, ale jeden z obrońców gospodarzy (Ale Diez) wybił piłkę z linii bramkowej. W ostatnim kwadransie piłkarze Botoşani zaczęli jednak dociskać gości, aż w końcu w 84. minucie udało się wyszarpać punkt, kiedy wprowadzony kilkanaście minut wcześniej Jaly Mouaddib zagrał na siódmy metr bo wprowadzonego kilka minut wcześniej Enzo Lopeza, a ten pomimo spartolonego przyjęcia zdołał pokonać Hindricha strzałem po ziemi. Mecz zakończył się wynikiem 1:1.
|
| |
| |
  
|
|