 |
Charlton Athletic FC - West Bromwich Albion 2:2 (1:1)
11.01.2020 15:00
The Valley, London
Sky Bet Championship
Widzów:
19.720
Cena biletu:
30£ (West Stand, Adult)
| |
Mom, can I have Chelsea?No, we have Chelsea at home.At home: (Charlton).
| | Dotarcie na mecz |
    |
Jak powszechnie wiadomo, w Polsce aktualnie trwa nieracjonalnie długa przerwa zimowa w rozgrywkach. Istnieją jednak miejsca, w których w piłkę gra się nawet w styczniu; zalicza się do nich między innymi Anglia. Stąd, postanowiłem zarezerwować sobie na styczeń lot do Londynu Luton i pooglądać trochę prawdziwego footballu.
Moja podróż zaczęła się w sobotę o 6.20, kiedy wyleciałem z Lotniska Chopina i mniej więcej o godzinie 8.00 czasu lokalnego byłem już w Luton. Początkowo planowałem wybrać się na mecz Premier League pomiędzy Crystal Palace a Arsenalem (12.30 czasu lokalnego), jednak mój entuzjazm został zgaszony zanim zdążyłem opuścić londyński Modlin. Najpierw musiałem bowiem przejść przez kontrolę paszportową, co trwało prawie godzinę (szczególnie, że nie miałem paszportu, a jedynie dowód osobisty, więc musiałem stać w kolejce dla nieuprzywilejowanych), następnie musiałem czekać godzinę na autobus do Londynu, ponieważ w wyniku problemów organizacyjnych wszelkie rezerwacje przepadły i należało czekać na autobus w stujardowej kolejce. Dlatego też, kiedy o 11.30 dojechałem do Londynu, skierowałem się na Stamford Bridge, gdzie o 15.00 miała grać swój mecz Chelsea. Tam odbiłem się od kas biletowych, ponieważ mecz okazał się być już dawno wyprzedany. I nie, nie należy kupować biletów u koników, o czym przypominały tablice rozstawione w całej okolicy Stamford Bridge.
W ramach zarządzania kryzysem, zdecydowałem się więc na zejście o jedną klasę rozgrywkową niżej, ponieważ o 15.00 odbywał się w Londynie również mecz Charlton Athletic - WBA. Po przejechaniu iluś tam stacji trzema liniami metra i przejściu prawie 3 mil (mila to 1852m albo 1609m, w zależności od tego, czy jest morska, czy lądowa; nigdy nie pamiętałem, która jest która, ale na szczęście lądowa to ta krótsza), w końcu trafiłem na The Valley. Ku mojemu wielkiemu szczęściu, na ten mecz można było kupić bilet.
Innymi słowy - wstałem o 3 rano i leciałem do innego kraju po to, żeby zobaczyć mecz drugiej klasy rozgrywkowej. Ale w sumie, wcale tego nie żałuję.
| | Stadion |
    |
    |
Stadion The Valley, położony w dzielnicy... która nazywa się po prostu Charlton. Najbliżej położona od stadionu stacja metra (ta, z której szedłem na piechotę) to North Greenwich, linia Jubilee. Tuż obok stadionu znajduje się co prawda stacja kolejowa National Railways, ale nie jestem na tyle biegły w poruszaniu się po Londynie, by korzystać z usług tego przewoźnika (pozostałem przy metrze).
Stadion liczy sobie dokładnie 27.111 miejsc siedzących, na które składają się cztery trybuny. Trzy z nich są połączone i tworzą w miarę spójną kompozycyjnie konstrukcję - dwie trybuny są dwupierścieniowe, a trzecia nie dzieli się na pierścienie. Wszystkie są zadaszone. Pokryte są one czerwonymi krzesełkami z domieszką białych, które na trybunie zabramkowej składają się w napis CAFC , a na trybunie położonej wzdłuż linii bocznej tworzą napis THE VALLEY . Sens nazwy stadionu (The Valley ) można dostrzec, patrząc na czwartą, zabramkową trybunę, która jest tradycyjnie przeznaczona dla kibiców gości. Jest ona oparta na stromym nasypie (za trybuną, na wzniesieniu, znajduje się z kolei wieżowiec, którego mieszkańcy mogą w jako takich warunkach oglądać mecze Championship, nie płacąc za bilety). Po jednej stronie trybuny znajduje się Skybox, po drugiej wielki telebim, na którym odtwarzane są przyzwoite treści multimedialne (o których szerzej za chwilę). Nad telebimem znajdują się strome schody biegnące od jednego z wejść na stadion. Ciężko to oddać słowami, ale rzeczywiście, po otoczeniu tej trybuny widać, że stadion znajduje się w pewnym sensie w dolinie.
Ciekawe jest to, że Charlton jest chyba dość niedoinwestowanym klubem. Świadczy o tym choćby brak reklam na koszulkach piłkarzy, jak również dość specyficzne ogłoszenia wyświetlane na pasku na telebimie. Fan Charlton, który jest skłonny zapłacić twardą walutą, jest w stanie załatwić wszystko. Przykładowe ogłoszenia:
Get down the pitch before the game - 80£
Walk out with your Charlton heroes from 250£
Kids parties 18£ per child
Obiektywnie należy stwierdzić, że to straszna desperacja. Na szczęście w programie meczowym znajdował się wywiad z szejkiem Saidem bin Tahnoun (który był cały czas tytułowany jako His Highness ) - hajs nowego właściciela powinien uratować Chartlon przed spadkiem do League One.
| | Atmosfera |
    |
    |
W miarę gdy przybliżałem się do stadionu, widziałem coraz więcej osób w ubraniach z emblematem WBA. Co więcej, zacząłem dostrzegać, że im bliżej byłem stadionu, tym więcej zacząłem zauważać osób z żółto-zielonymi motywami na czapkach, szalikach, czy butach. Nie potrafiłem tego jednak racjonalnie wytłumaczyć, ponieważ barwy Chartlon są czerwono-czarne, a barwy WBA niebiesko-białe; z kolorami żółtym i zielonym kojarzyło mi się jedynie Norwich. Jak się okazało, te barwy Norwich to tak naprawdę wyjazdowe kolory WBA. Na meczu pojawiło się bowiem ponad 3 tysiące fanów West Bromwich (!). Ze względu na kulturę kibicowania w Anglii, bez problemu mogli się oni obnosić ze swoimi barwami i ciągnęli na mecz wraz z tłumem kibiców gospodarzy (wśród których barwy można było dostrzec zdecydowanie rzadziej).
Pod stadionem znajdowała się cała niezbędna infrastruktura dla kibiców. W oficjalnym Charlton Athletic Superstore zakupiłem sobie niezbyt imponujący kubek, na którym znajdował się oficjalny przydomek CAFC, czyli The Addicks . Dla kogoś średnio obeznanego z angielskim brzmi to dosyć specyficznie (Dick addicts?); po małym researchu stwierdzam, że przydomek został nadany na podstawie funkcjonującej w tej części Londynu nazwy Haddocka (Addick ). Fani Charlton podobno otrzymali ten przydomek ze względu na swoje zamiłowanie do fish'n'chips.
Skoro już o tym mowa, pod stadionem można było zakupić coś do jedzenia. Burger, który składał się z bułki, kotleta i smażonej cebuli, ku mojemu zdziwieniu kosztował całe 5£; należy za to przyznać, że przygotowanie burgera trwało kilka sekund, tak więc kolejka była rozładowywana bardzo efektywnie. Po zjedzeniu burgera nabyłem obowiązkowy program meczowy za 3£ od głośno nawołującego sprzedawcy (Matchday programmes! ), a potem udałem się do nieoficjalnego sprzedawcy pamiątek, który za 10£ nałożył mi na szyję szalik z napisem Charlton Athletic . Tak wyposażony, udałem się na stadion. Przed bramką biletową przeszedłem niezbędną kontrolę plecaka, po której nałożono na niego official seal of approval i mogłem zasiąść na trybunie. Przy okazji, przed stadionem znajdowały się tabliczki, które zalecały kibicom zajmowanie swoich miejsc na 15 minut przed pierwszym gwizdkiem - nie wiem, czy kibice byli posłuszni temu zaleceniu, ale było ono bardzo sensowne.
Przed meczem miało miejsce bardzo sympatyczne wydarzenie, ponieważ uhonorowano 92-letniego fana Charltonu, który po raz pierwszy na the Valley zjawił się jeszcze przed II Wojną Światową. Wywiad z nim znajdował się również w programie meczowym, gdzie stwierdził on zgodnie z prawdą, że za małolata zaczął chodzić na Charlton, z tego prozaicznego powodu, że stadion Arsenalu znajdował się za daleko od jego domu. Cały stadion (a właściwie ci wszyscy ludzie, którzy stawili się na The Valley na pół godziny przed meczem) oklaskiwał fana CAFC na stojąco.
W końcu piłkarze wyszli na murawę, a 19.720 kibiców (zgodnie z oficjalnymi informacjami) oklaskiwało ich. Przed meczem miała miejsce jeszcze jedna specjalna uroczystość, ponieważ tego dnia postanowiono uhonorować minutą ciszy wszystkie osoby związane z Chartlonem, które odeszły z tego świata w 2019 roku. Piłkarze stanęli na środku boiska, na telebimie zaczęły przesuwać się nazwiska tych, którzy odeszli, a kibice... zaczęli klaskać. Jak się okazuje, w Anglii funkcjonuje nie tyle minuta ciszy , co Minute of Applause . Klaskaliśmy i klaskaliśmy, aż na telebimie przeleciały nazwiska wszystkich ludzi związanych z Charltonem (trwało to dobre parę minut) i piłkarze mogli rozpocząć widowisko.
Byłem już kiedyś w Anglii na meczu i był to nawet mecz Premier League. Na podstawie meczu QPR wyrobiłem sobie mylne wrażenie, że kibicowanie w Anglii (przynajmniej jeśli chodzi o gospodarzy) jest na poziomie totalnie piknikowym. Okazało się jednak inaczej - kibice gospodarzy od pierwszych minut prowadzili intensywny i zróżnicowany doping z bębnem. Niestety, ze względu na barierę językową, nie jestem w stanie określić tematyki śpiewów. Zauważyłem tylko, że w momencie gdy kibice Charltonu chcieli dojechać przyjezdnym, śpiewali oni mniej więcej Who are ya? . Poza tym, gdy kibice West Bromwich przetrzymywali w swoim sektorze piłkę zamiast oddać ją piłkarzom Chartlonu, kibice gospodarzy śpiewali podobno You're fucking Aston Villa! . Poza tym, nie rozszyfrowałem żadnych konkretnych zawołań, ale ogólnie byłem pod wrażeniem dopingu prowadzonego zarówno przez gospodarzy jak i przez gości (ponad 3 tysiące na meczu drugiej klasy rozgrywkowej!).
| | Mecz |
    |
Na początku wspomniałem, że choć obejrzałem mecz zaledwie drugiej klasy rozgrywkowej, wcale tego nie żałuję. Dawno nie oglądałem bowiem na żywo meczu stojącego na tak przyzwoitym poziomie. Widać było, że piłkarze autentycznie mają umiejętności - bezbłędnie przyjmowali piłkę, a akcje konstruowali szybko, kombinacyjnie, grając na pierwszy kontakt. Tylko tyle i aż tyle - szczerze mówiąc, nie przywykłem do oglądania tak wysokiego poziomu i po prostu byłem tym zaskoczony. Kojarzyłem przecież jedynie dwóch grających na boisku piłkarzy - Hala Robsona-Kanu i Charliego Austina z WBA (wszedł w tym meczu na zmianę - poza tym, strzelił on jedynego gola w jedynym meczu Premier League, który oglądałem na żywo sześć lat temu). Przy okazji, Kamil Grosicki przeszedł z Hull City do WBA dopiero 31 stycznia.
Ciekawe jest to, że poprzedni mecz Charlton - WBA miał miejsce zaledwie tydzień wcześniej i to nawet na the Valley: 5 stycznia 2020 w FA Cup Charlton przegrał z West Bromwich 0:1 po golu Kennetha Zohore. Trener 19. drużyny Championship (CAFC), Lee Bowyer, zapowiadał jednak, że tym razem jego drużyna postawi się wiceliderowi ligi (WBA). Jego plan polegał chyba na przyczajeniu się i grze z kontry. Ten plan mógł nawet wypalić już w 7. minucie, kiedy bramkarz West Brom (Johnstone) zagrał niefrasobliwie pod nogi Callaghera, a piłkarz CAFC minimalnie chybił z 20 metrów. W 17. minucie dobrą akcję mieli goście - po dośrodkowaniu w pole karne i strzale w długi róg (przy czym nie jestem pewien, czy nie była to próba interwencji obrońcy Charltonu) gospodarzy przed utratą gola obronił Phillips, który wyciągnął się jak długi i odbił ten strzał na korner. WBA objęło prowadzenie w 22. minucie, kiedy Zohore odebrał piłkę obrońcy na lewym skrzydle i pociągnął w pole karne; jego pierwszy strzał zablokował jeszcze interweniujący rozpaczliwie obrońca, ale dobitka trafiła w krótki róg bramki Phillipsa. Kibice gości zaintonowali w rytmie riffu do utworu Seven Nation Army Ooooo, Kenneth Zohore! i wiele wskazywało na to, że będziemy mieli powtórkę z meczu sprzed tygodnia.
Sześć minut później piłkarzom Charltonu udało się jednak wyrównać. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Sarr strzałem głową... po prostu trafił Davisona, który z 5 metrów trafił do siatki. Gdyby to była polska liga, stwierdziłbym, że było to niesamowicie szczęśliwe zagrania. Skoro jednak mówimy o Championship, to chyba istnieje niezerowe prawdopodobieństwo, że to wszystko było ćwiczone i zamierzone. W 40. minucie WBA miało szansę na odzyskanie prowadzenia, ale strzał jednego z graczy minimalnie minął słupek bramki Phillipsa. Ja podczas tej akcji skupilem się jednak na spięciu pomiędzy Walijczykami Lockeyerem (Charlton) a Robsonem-Kanu (WBA), które skończyło się jakimś absurdalnym pojedynkiem wrestlingowym, podczas którego piłkarz Addicksów omal nie udusił piłkarza the Baggies. Co ciekawe, sędzia ocenił to starcie w ten sposób, że przyznał obydwu piłkarzom po żółtej kartce. Na przerwę piłkarze obydwu drużyn schodzili przy rezultacie remisowym, który raczej cieszył gospodarzy.
Drugą połowę piłkarze gości rozpoczęli z wysokiego C, ponieważ już po kilkudziesięciu sekundach było 1:2. Po dograniu Phillipsa (skrzydłowy WBA) Robson-Kanu mocnym strzałem w krótki róg pokonał Phillipsa (bramkarza Charltonu). Po drodze piłka odbiła się jeszcze od obrońcy Charltonu, co na pewno zmyliło bramkarza. I choć goście mieli parę szans by podwyższyć wynik, ostatecznie spotkanie skończyło się wynikiem 2:2. W 76. minucie po wrzutce z lewego skrzydła Doughty'ego strzał głową oddał Lockyer; piłka odbiła się od słupka i od próbującego interweniować bramkarza WBA, po czym wpadła do bramki. Do końca meczu wynik nie uległ zmianie - piłkarze WBA mieli co prawda lekki niedosyt, ale gospodarze grali nieźle i w sumie zasłużyli na ten punkt.
|
| |
| |
  
|
|