glownachomikmapatrocinytags
Mazur Karczew - Proch Pionki 2:0 (1:0)
16.11.2019 12:00
Stadion Miejski w Karczewie im. Mariana Olszewskiego
4. liga mazowiecka, gr. południowa
Widzów: 70 lub 110
Cena biletu: 7 zł (bilet - cegiełka)
       

Chomik znów nadaje z najpiękniejszego poziomu rozgrywkowego w Polsce, czyli czwartej ligi mazowieckiej. Mecz na pograniczu strefy spadkowej, o przysłowiowe 6 punktów.

Dotarcie na mecz
 

W podstawówce wydawało mi się, że Karczew musi być gdzieś na północy Mazowsza, w końcu nazwa Mazur Karczew nie wzięła się przecież z niczego - to musi być gdzieś w pobliżu warmińsko-mazurskiego. Dlatego też myślę, że na wstępie powinienem zacytować pewien urywek z oficjalnej strony Mazura:

Mazowszanie (Mazurzy właściwi) – plemię słowiańskie zaliczane do grupy Słowian zachodnich, zamieszkujące niegdyś Mazowsze nad środkową Wisłą. (...) Mieszkańcem Mazowsza jest Mazur a nie Mazowszanin . Błąd wynikł z potrzeby nazwania (po 1945 r.) mieszkańców nowo powstałych Mazur (Prusów) w 1945 po raz pierwszy wcielonych do Polski.

Karczew znajduje się na południe od Otwocka, nieopodal Wisły. Można tu dostać się m.in. kursującym nieopodal promem Gassy-Karczew, ale z racji tego, że prawa jazdy nie mam, a na dłuższe wycieczki rowerowe jestem zbyt leniwy, ta opcja komunikacyjna mnie nie obchodziła. Do Karczewa dojechałem z Warszawy lokalnym przewoźnikiem Mini-Bus (nazwa firmy sugeruje, że jechałem małą puszką, a w rzeczywistości była to porządna Setra). Wsiadłem w autobus o 9.55 w Warszawie przy Dworcu Centralnym, a wysiadłem ok. godziny 11.02 w Karczewie, w miejscu, z którego miałem na stadion kilka minut spacerem. Na tablicach ogłoszeniowych znajdowały się ładne kolorowe plakaty formatu A3, zapraszające na dzisiejsze widowisko. (po meczu jeden z nich sobie pożyczyłem - niby nie było to niemoralne, ponieważ było to już po meczu, ale z drugiej strony, plakat zapraszał również na mecz rezerw, który miał miejsce dzień później)

Przy okazji, ciekawostka - w Mazurze Karczew swoją karierę kończył słynny Moussa Yahaya. Nie prezentował się tam dobrze, dlatego został w pewnym momencie zesłany do rezerw klubu (które naturalnie, nie grały wówczas na jakimś wysokim poziomie), co było świetną okazją dla dziennikarzy do tworzenia nagłówków w stylu Kiedyś interesował się nim Real Madryt, wczoraj zagrał w A-klasie. Niby clickbait, ale... Yahaya rzeczywiście strasznie zmarnował swój potencjał, a ta ostatnia rozpaczliwa próba reanimacji jego kariery w Karczewie była niczym truskawka na torcie.

Stadion
 

Stadion w Karczewie im. Mariana Olszewskiego (legenda Mazura, najlepszy piłkarz w historii klubu oraz wieloletni trener drużyn młodzieżowych) leży na obrzeżach miasta, obok jeziora Moczydło. Ale nie w pobliżu jeziora, a rzeczywiście obok niego - dosłownie 10 metrów za trybuną jest już linia brzegowa, którą okupują fanatycy wędkarstwa. A tak przy okazji, trybuna nie jest odgrodzona od jeziora, więc jeśli ktoś jest cebulą i nie chce płacić 7zł za bilet/cegiełkę, może obejść cały akwen i zakraść się na trybunę od tyłu (od bramy stadionu należy przejść wokół jeziorka 1,2 km - sam mierzyłem na Krokomierzu na GoogleMaps).

Sam obiekt nie jest zbyt imponujący - składa się z budynku klubowego, trawiastego boiska i trybuny położonej wzdłuż linii bocznej (vis a vis trybuny znajduje się jeszcze całkiem porządne stanowisko spikerskie na wieżyczce). Betonowa trybuna jest mocno nadgryziona zębem czasu i prezentuje standard mniej więcej taki, jak na Drukarzu. Trybuna składa się z kilku rzędów krzesełek w różnych kolorach - czarnym, zielonym, białym i czerwonym. W pierwszych rzędach i na skrajach trybuna jest wybrakowana - szczególnie przy klatce gości znajduje się mały sektor stojący, gdzie z trybuny wystają same betonowe nóżki od siedzisk. Oczywiście, stan trybuny nie jest dla mnie powodem do większego narzekania - w pierwszej połowie siedziałem na krzesełku, w drugiej połowie oglądałem mecz z wspomnianego wcześniej sektora stojącego. Powodem do narzekania jest dla mnie natomiast odległość od pierwszego rzędu trybuny do linii bocznej boiska, która wynosi całe 14 metrów! Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że jak zwykle chodzi tu o pozostałości po bieżni. Tyle, że... bieżni już nie ma, jest trawa.

Na stadionie nie ma tablicy wyników, za to jest dobre nagłośnienie. To, czy jest ono dobrze wykorzystywane przed meczem to kwestia dyskusyjna (a konkretnie, gustu muzycznego), za to w trakcie meczu spiker (który urzęduje na wieżyczce) na bieżąco informuje o najważniejszych wydarzeniach meczowych. A propos informacji, przypomniało mi się, że Mazur ma bardzo fajną stronę klubową. Jak na dzisiejsze standardy informatyczne jest ona co prawda trochę przestarzała (nie składa się z przesuwających się prostokątów, podczas wczytywania podstron nie znika tekst, wszystko jest na niej poukładane, więcej jest treści niż obrazków - generalnie smartfonowcom raczej się nie spodoba) i mniej więcej w takiej postaci funkcjonuje ona co najmniej od lipca 2004 roku (bo z tego okresu mogę znaleźć najstarsze aktualności), ale dużo bardziej podobają mi się takie autorskie rozwiązania niż jakieś konta facebookowe.

Nieopodal głównej płyty znajduje się również boczne boisko ze sztuczną nawierzchnią oraz dość wysoką metalową trybuną - zapewne komfort oglądania z niej meczu jest nieco wyższy niż na głównym boisku (choć oczywiscie wolę oldschool i klasyczną betonową trybunę). Należy tylko wejść na samą górę, ponieważ nie wiedzieć czemu, boisko od trybuny oddziela wysokie ogrodzenie. Boczne boisko wyposażone jest w piłkochwyty, czego mocno brakuje na płycie głównej.

Atmosfera
 

Oficjalna strona Mazura podała, że frekwencja na meczu wyniosła 110 osób. Z kolei Proch w swojej relacji z meczu podał, że widzów było w sumie 70 - jak na czwartą ligę, goście również mają całkiem niezły marketing, stąd po meczu na ich koncie facebookowym powstała całkiem długa relacja z całą galerią zdjęć. Oprócz fotoreportera, z Pionek na dzisiejszy mecz przyjechali kibice gości, w liczbie jakichś kilkunastu; paru z nich miało nawet szaliki i czapki w zielonych barwach klubu z miasta, w którym niegdyś działały zakłady chemiczne Pronit (zakłady wydawały też vinyle, np. KAT-a, czy Turbo). Jeden z kibiców gości przyjechał nawet na mecz rowerem (ciekawe, czy z Pionek - to ponad 80 kilometrów). Co prawda goście nie prowadzili dopingu, ale i tak fakt, że przybyli na mecz, zrobił na mnie wrażenie. Przy okazji, jeden z kibiców gości, który był trochę zrobiony (cóż, sobota południe, pewnie mały klin), dodawał meczowi nieco kolorytu swoimi dziwacznymi uwagami w kierunku murawy. Do piłkarza gospodarzy wiążącego obuwie: Ziemniaki se kop, a nie buty tam, ty. O liniowym, w momencie gdy akcja miała miejsce po drugiej stronie boiska: Wkurwia mnie, stoi za linią, bliżej nie pójdzie, biega tylko do tej linii (sic!). Ocenę kibiców gości nieco obniża fakt, że na kilka minut przed końcowym gwizdkiem zabrali się z trybuny, choć trzeba przyznać, że ich piłkarze ich nie rozpieszczali.

Co się tyczy kibiców gospodarzy, nie jestem w stanie napisać wiele o atmosferze. Ci rownież nie prowadzili dopingu, atmosfera była raczej koneserska - zajmowano się komentowaniem wydarzeń boiskowych i krzyczeniem w stronę boiska rad mniej lub bardziej użytecznych. Jeśli chodzi o ogólną liczbę widzów, jestem bliższy skłonienia się do oficjalnej wersji Mazura, bo jak dla mnie, ludzi na trybunach było rzeczywiście co najmniej 100, co jak na połowę listopada nie jest chyba wynikiem zawstydzającym.

Na stronie Mazura można znaleźć informację o przeróżnych pamiątkach, które da się tu kupić, a moją uwagę zwróciły przede wszystkim kubki. Dlatego w przerwie meczu wybrałem się w stronę budynku klubowego, gdzie zacząłem męczyć najpierw stewarda, a potem chyba kierownika z pytaniem, czy da się kupić tu jakąś pamiątkę. Zawracałem im głowę tak długo, aż dostałem proporczyk... i to za darmo bylebym tylko się odczepił. Aż mi było głupio, bo w sumie, wolałbym zapłacić. Wracając w stronę trybuny, minąłem tablicę upamiętniającą mecz w 1943 roku rozegranym między AKS-42 Karczew a Falą Grochów, który przerwała niemiecka łapanka. A, właśnie - oficjalną datą założenia Mazura jest rok 1942 (rzadko się zdarza, żeby klub został założony w trakcie wojny; nie jestem co prawda znawcą tematu, ale to chyba pierwszy taki przypadek, z którym się spotkałem).

Mecz
 

Przed dzisiejszym meczem Mazur znajdował się na 14., a Proch na 9. miejscu w 16-zespołowej 4. lidze. W rzeczywistości dystans pomiędzy drużynami wynosił zaledwie 3 punkty (12 punktów vs 15), więc ciężko mi było wskazać faworyta. Osoba sędziego też nie sugerowała jednoznacznie, kto będzie miał dziś łatwiej - niby miał na nazwisko Karcz, ale za to pochodził z Wydziału Sędziowskiego Radom.

Od początku meczu lepiej prezentowali się gospodarze, co częściowo było spowodowane faktem, że grali z wiatrem (wiatr dzisiaj wiał na tyle mocno, że czasami utrudniał bramkarzowi bicie piątek). W 3. minucie po kopaninie w polu karnym nagle oko w oko z Wnukowskim stanął Raszka, ale bramkarz Prochu wygrał ten pojedynek. W 11. minucie Wnukowski popisał się kolejną bardzo dobrą interwencją, kiedy odbił nad poprzeczkę bezpośredni strzał z rzutu rożnego Staluszki. Bramkarz gości był jasnym punktem zespołu, ale jednocześnie zaliczył on kilka bardzo słabych wybić w aut, co było spowodowane częściowo wiatrem, a częściowo nierówną murawą (ciężko rozgrywać jak Neuer, kiedy trzeba się skupić na tym, żeby na pewno trafić w piłkę) i pressingiem piłkarzy Mazura. W 19. minucie po kolejnej próbie wkręcenia z rzutu rożnego (nie wiem, czy było to celowe, czy piłka zeszła na wietrze) Wnukowski nie sięgnął piłki, ale wybił ją z bramki stojący na długim słupku Kapusta. Jednak w 20. minucie Mazur wreszcie udokumentował swoją przewagę - z prawego skrzydła w pole karne zagrał Staluszka, a tam Raszka w podręcznikowy sposb wykończył akcję strzałem z pierwszej piłki.

No dobra, a jak poczynali sobie w ofensywie goście? Otóż dość słabo, ponieważ ich taktyka polegała głównie na pałowaniu do osamotnionego Joela Tata Nsah, który zwykle był dobrze pilnowany przez obrońców Mazura. Po raz pierwszy ten patent wypalił dopiero w doliczonym czasie pierwszej połowy, ponieważ Kameruńczyk dobrze wystartował do długiej piłki i dopiero w ostatniej chwili został uprzedzony przez Anusiewicza; bramkarz Mazura złapał piłkę na linii pola karnego.

W drugiej połowie Proch (cholera, dlaczego drużyna nazywa się Proch, a nie np. Pronit? taka nazwa nadałaby klubowi prawdziwej kultowości, tak samo jak Stomil Olsztyn jest bardziej kultowy niż np. Opona Olsztyn, a Stilon Gorzów bardziej kultowy niż Włókno Gorzów) grał już z wiatrem, co przełożyło się na więcej akcji... ale nie za bardzo na celne strzały. W 50. minucie Joel Tata Nsah będąc tyłem do bramki, dostał piłkę w polu karnym. Mając obrońcę na plecach, nagle błyskawicznie obrócił się i oddał mocny strzał, który minimalnie minął spojenie bramki gospodarzy. W 59. minucie Joel oddał kolejny tego typu niesygnalizowany strzał, tym razem celny, ale prosto w Anusiewicza, który złapał piłkę w koszyczek.

W 60. minucie miała miejsce mała kontrowersja - w bardzo dobrej sytuacji znalazł się dopiero wprowadzony na boisko Koriażnow (gracz gospodarzy), ale przy próbie strzału został on zablokowany, lub też zahaczony. Lub też przysymulował, jak zinterpretował to sędzia Karcz, który pokazał Ukraińcowi żółtą kartkę. W 67. minucie miała zaś miejsce kontrowersja innego rodzaju - po interwencji Wnukowskiego piłka przeszła nad bramką mniej więcej dokładnie nad środkiem poprzeczki, co oznaczało korner dla gospodarzy. W kierunku chorągiewki udał się jeden z piłkarzy Mazura, co robił dostojnym emeryckim truchtem (nie będę tracił sił, jak wytłumaczył sędziemu). Piłkarz w końcu doczłapał do ustawionej w narożniku piłki, po czym... zaczął się z nią przemieszczać w kierunku drugiej chorągiewki, by stamtąd wykonać rzut rożny. To jest dopiero sztuka kradzieży czasu. Biorąc pod uwagę, że na karczewskim obiekcie nie ma piłkochwytów i że w czwartej mazowieckiej podczas meczu każda drużyna może dokonać aż siedmiu zmian (w obydwu drużynach miało ich miejsce łącznie jedenaście), sędzia powinien doliczyć do drugiej połowy co najmniej 10 minut.

W 83. minucie Proch miał najlepszą okazję by wyrównać, ponieważ po wrzutce w pole bramkowe piłka przeszła wszystkich zawodników, a na długim słupku akcję zamykał wślizgiem Szczepański; jego strzał z niełatwej pozycji minął w zasadzie pustą bramkę Mazura. Oczywiście niewykorzystane okazje się mszczą i takie tam, stąd w 89. minucie Mazur podwyższył prowadzenie - lewym skrzydłem pociągnął Filipczak, podał do Zembola, a pomocnik gospodarzy mierzonym strzałem po ziemi z 17 metrów pokonał Wnukowskiego. Strzelec gola minutę później zszedł z boiska, co nie przeszkodziło mu... obejrzeć przed ostatnim gwizdkiem czerwoną kartkę. Zaczęło się od tego, że w 4. minucie doliczonego czasu jeden z graczy Prochu w walce o piłkę podniósł za wysoko nogę i kopnął w głowę gracza Mazura. Po gwizdku sędziego winowajca wrócił do poszkodowanego, ale zamiast go przeprosić, coś mu nawrzucał - w każdym razie, po chwili wszystkich 22 zawodników skompresowało się na przestrzeni wielkości pola bramkowego i zaczęło się wzajemnie przepychać, a do akcji dołączali również gracze rezerwowi. Po rozdzieleniu graczy sędzia pokazał w sumie trzy żółte kartki graczom z pola i jedną wspomnianą już wcześniej czerwoną.

Mazur dociągnął prowadzenie do końca i przezimuje ponad strefą spadkową. Proch, który tak samo jak Mazur może po tym meczu pochwalić się średnią 1 punktu na mecz, też znajduje się minimalnie nad kreską.

next  prev