 |
Queens Park Rangers FC - Sunderland AFC 1:0 (1:0)
30.08.2014 15:00
Loftus Road, London
Barclays Premier League
Widzów:
17.930
Cena biletu:
25£ (Young Adult 16-21, School End Lower Stand)
| |
Retrochomik wspomina 2014 rok, kiedy miał okazję spędzić cały miesiąc w Londynie. Jako że nie znałem wtedy jeszcze prawdziwego piękna niższych lig, byłem zdeterminowany, żeby zobaczyć mecz Premier League, nic poniżej. Biorąc pod uwagę, że Londyn stanowił wtedy 30% Premier League, miałem do dyspozycji zespoły: Chelsea, Arsenal, West Ham, Tottenham, Crystal Palace oraz QPR. W końcu dokonałem optymalnego wyboru.
| | Dotarcie na mecz |
    |
Kiedy zakomunikowałem swój wybór różnym znajomym, wszyscy byli dosyć skonsternowani:
Queens Park Rangers? - zapytał właściciel baru, u którego dorabiałem na płyty i zwiedzanie Londynu Queens Park Rangers? - zapytał znajomy, który również pracował w tym barze Queens Park Rangers? - zapytał kolega mojego taty, u którego wtedy pomieszkiwałem
Tak, chociaż w puli była między innymi Chelsea Londyn, zdecydowałem się na Queens Park Rangers. Mój wybór był podyktowany przede wszystkim względami finansowymi - bilet na mecz QPR był tani choć nie był tani jak na polskie standardy, to jednak był najtańszy spośród wszystkich innych rozpatrywanych opcji. Plus z Northfields mogłem tam dojść na piechotę - to było zaledwie 5 mil. Dzięki temu przy zakupie biletów zaoszczędziłem... całe 3 funty. Nie jest to co prawda fortuna, ale za 2 funty mogłem przeżyć wtedy cały dzień, takie to były studenckie czasy.
Kiedy dzień przed meczem doszedłem na Loftus Road, było jeszcze przed 10, więc kasy biletowe były zamknięte. Zajrzałem więc do otwartego o tej porze sklepu kibica, skąd szybko się wycofałem po zapoznaniu się z tamtejszymi cenami. Wszelkie gadżety QPR zdecydowałem się zakupić w sklepie internetowym, gdzie mieli naprawdę tani towar z zeszłych sezonów. Za szalik QPR (na rewersie znajdowała się twarz Park-Ji-Sunga) dałem chyba 89p. Miernej jakości kubek kosztował już nieco ponad funta.
Po dezercji z klubowego sklepu ustawiłem się w kolejce do jeszcze zamkniętych kas - bilet należało bowiem kupić po normalnej, uczciwej, angielskiej cenie. Kolejka składała się tylko ze mnie i jednego starszego pana, któremu opowiedziałem przedziwne w jego ocenie rzeczy o identyfikacji kibiców w Polsce oraz o konieczności wyrabiania Kart Kibica (wtedy w Ekstraklasie to było chyba jeszcze obowiązkowe). I doszedłem wtedy do wniosku, że całkiem dobrze porozumiewam się po angielsku. A później poszedłem do kasy i... powiedziałem, że jestem 21 years ago . Ale dostałem swój upust, ponieważ w tym sektorze bilet normalny kosztował 30 funtów, a ja zapłaciłem 25 (a i tak kupiłem bilet na miejsce w prawie najtańszym sektorze, za bramką; taniej było tylko w narożnikach trybuny).
Następnego dnia stwierdziłem jednak, że nie ma sensu drugi dzień pod rząd robić 10 mil na piechotę i przejechałem się na mecz metrem, jak prawdziwy burżuj. Wsiadłem na stacji Ealing Broadway (przy okazji, na miniaturce pokazałem jakąś losową odwiedzoną przeze mnie stację - cały przejechany przeze mnie odcinek był linią naziemną), a wysiadłem na White City.
| | Stadion |
    |
Stadion QPR mieści się oficjalnie przy South Africa Rd (przy skrzyżowaniu z Bloemfontein Rd - może jeszcze ktoś, kto oglądał MŚ 2010, pamięta o istnieniu takiego miasta), jednak oficjalną nazwą stadionu jest Loftus Road . Stadion, całkiem obiektywnie, nie wygląda imponująco (mi tam się podobał, ale mi podoba się wiele rzeczy, które normalnych ludzi nie urzekają). Co więcej, w tamtym momencie był to chyba najmniej efektowny obiekt całej Premier League. Obiekt ma pojemność nieco ponad 19 tysięcy widzów i z zewnątrz wygląda jak ciemnoniebieski blaszany krzywokanciastowielościan (takiego słowa użyłem oryginalnie na swoim starym blogu, kiedy opisywałem wrażenia z tego meczu), taki bardziej kojarzący się z supermarketem niż z najbogatszą ligą świata. W środku okazał się on być równie toporny i kanciasty (ponoć jedną z jego nieoficjalnych nazw jest Blue Box ). Trybuna znajdująca się vis a vis trybuny głównej wyglądała jak wybudowana w latach 50. (być może rzeczywiście tak było) - jednokondygnacyjna, z dachem podpieranym słupkami przesłaniającymi kibicom widok. Górne rzędy krzesełek na tej trybuny znajdowały się w półmroku
Pozostałe trybuny, czyli trybuna główna oraz trybuny zabramkowe, miały już po dwie kondygnacje. Ja zasiadłem na trybunie zabramkowej od zachodniej strony stadionu. W dolnej kondygnacji. W drugim rzędzie, czyli tuż za bramką, ale już poza jej światłem. Biorąc pod uwagę, że na angielskich stadionach z reguły nie ma piłkochwytów, oszacowałem prawdopodobieństwo, że dostanę podczas meczu piłką w twarz jako duże. Uspokoiłem się dopiero podczas treningu bramkarskiego i strzeleckiego. Dorzucający w pole karne/bramkowe trener bramkarzy nie trafił tylko jednego z kilkudziesięciu dośrodkowań. Z kolei napastnikom też nie zdarzało się nie trafiać w bramkę. Dla człowieka przyzwyczajonego do standardów T-Mobile Ekstraklasy było to naprawdę dużo.
Co jest jeszcze ciekawe, jeśli chodzi o angielskie stadiony, to fakt, że jedyne, co odgradza trybuny od boiska, to banda reklamowa o wysokości niecałego metra. Naprawdę, nic więcej nie oddzielało kibiców od piłkarzy, nawet żadna prowizoryczna barierka. Jedyne, co powstrzymuje w Anglii kibiców przed wbiegnięciem na boisko, to właśnie te niskie bandy reklamowe. No i może fakt, że ja po zrobieniu takiego wyskoku nie wypłaciłbym się przez trzy pokolenia.
Na wyższej kondygnacji naszej trybuny znajdował się z kolei... sektor gości. To też jest coś dziwnego jak na polskie standardy. Gdyby bowiem goście chcieli, mogliby obrzucić znajdujący się pod nimi bezbronny piknik racami, petardami, papierami, piwem, fish'n'chips, ekskrementami i wszystkim innym, co by się znalazło pod ręką. Tylko że w Anglii chyba nikomu takie rzeczy nie przychodzą do głowy.
| | Atmosfera |
    |
Kiedy kupowałem bilet w kasie, sprecyzowałem, że chciałbym kupić bilet na sektor piknikowy, gdzie nie znajduje się żaden młyn, żeby nie przeszkadzać żadnym die-hard fans moim brakiem barw klubowych oraz nieznajomością przyśpiewek. Kasjer strasznie zdziwił się tym, co do niego mówię i wytłumaczył mi, że tutaj (jak zrozumiałem, to tutaj dotyczy nie tylko Loftus Road, ale ogólnie całej Anglii) nie ma żadnego podziału na sektory fanatyków i chomików pikników. Wszyscy są doskonale przemieszani - ci dopingujący, ci piknikowi oraz ci przypadkowi (tacy jak ja), którzy chcieli się trochę polansować na trybunach, często przy okazji eksponując flagi swojego kraju (ktoś wywiesił flagę Maroka do góry nogami; doskonale to rozumiem, bo też nie lubię Maroka). W efekcie, pomimo tego, że stadion był wypełniony prawie do ostatniego miejsca, z widzów dzisiejszego spotkania udało się utworzyć mieszaninę prawie w ogóle nie reagującą na wydarzenia boiskowe. Z trybun gospodarzy dochodziły tylko krótkie zaśpiewy takie jak kjupja QPR , Hoops! , Rio, Rio (to o Ferdinandzie), Charlie, Charlie (to o Austinie), czy śpiewane w rytmie riffu z hitu White Stripes Ooooo, Bobby Zamora .
Co innego kibice gości. Wyjazd (nawet w Anglii) dość skutecznie oddziela prawdziwych fanatyków od pikników. Były odśpiewywane całe piosenki, ale niestety nie zrozumiałem z nich właściwie niczego. Wyłapywałem głównie pojedyncze hasła takie jak Sunderland, Sunderland , różne uprzejmości pod adresem Newcastle oraz przeraźliwe buczenie za każdym razem gdy przy piłce był Joey Barton, któremu nadal pamiętali, że ten parę sezonów temu grał w barwach Srok.
| | Mecz |
    |
A właśnie - niby oglądałem najgorszy mecz Premier League, jaki tylko mógł mi się trafić (na koniec tego sezonu QPR spadł z ligi; Sunderland skończył 3 punkty nad strefą spadkową, ale po paru latach spadł chyba aż do League One), ale trochę gwiazd zobaczyłem. W Queens Park Rangers grali między innymi Robert Green, Rio Rio Ferdinand, Shaun Wright-Phillips (ponoć w kadrze QPR jest również Jermaine Jenas, ale jego w lśniącym programie meczowym za 3 funty nie znalazłem), Joey Barton, czy Ooooo, Bobby Zamora. Można wywnioskować, że QPR to była taka przystań dla emerytów, ktorzy kiedyś byli na topie, a obecnie chcą sobie jeszcze gdzieś pokopać w Premier League. Taki angielski Górnik Łęczna, z zachowaniem odpowiednich proporcji. Choć trzeba przyznać, że w kadrze Hoops było również paru obiecujących piłkarzy, takich jak Isla, Taarabt, czy Fer (uprzedzając pytania, w QPR nie było wtedy ani Wszołka, ani Borysiuka). Po stronie Sunderlandu mogłem zobaczyć Mannone, Browna (Wes Brown i Rio Ferdinand na tym samym placu gry - to budzi pewne skojarzenia), O'Shea (o, tym bardziej), Giaccheriniego, czy Altidore'a.
To wszystko sprawiło, że drużyny nie walczące o nic więcej niż uniknięcie spadku (szczególnie QPR to taki typowy meteor) grały naprawdę fajnie dla oka. Celne podania, szybka gra, wszystkie wrzutki trafiały w pole karne, a żenujący strzał zdarzył się chyba tylko raz. Owszem, przykładam w tym momencie polskie standardy do Premier League, ale to tylko dlatego, że inaczej nie umiem. Oczywiście, z mojego miejsca niewiele było widać - przy akcjach, które miały miejsce w środku pola widziałem niewiele ponad to, kto aktualnie jest przy piłce, a akcje pod przeciwległą bramką w ogóle widziałem w przestrzeni dwuwymiarowej. Za to akcje, które miały miejsce pod moją bramką to był zupełnie inny wymiar rozgrywki. Akcja toczyła się dosłownie kilka metrów ode mnie i choć siedziałem grzecznie w swoim krzesełku, czułem się jakbym brał w tym jakiś czynny udział. Zupełnie jakbym tam był. Pod koniec pierwszej połowy, po jednej z takich namacalnych akcji gola dla QPR zdobył Charlie Charlie Austin.
Najbardziej namacalne momenty meczu miały miejsce w ostatnim kwadransie drugiej połowy, kiedy QPR chciało dociągnąć jednobramkowe prowadzenie i zaczęło grać na czas. Wtedy to parę razy piłka wychodziła poza linię końcową i wpadała do naszego sektora. Wówczas podchodził do nas Robert Green i wyciągał rękę w geście proszącym o piłkę, jednocześnie wyrazem twarzy wyraźnie wskazując, że wcale nie chce jej tak szybko dostać. Ale za każdym razem jakiś podekscytowany piknik odrzucał mu ją tak szybko, jak to było możliwe (też bym pewnie tak zrobił). Nadal całkiem dobrze pamiętam rozczarowanie na jego twarzy, kiedy niemal od razu dostawał piłkę wprost do rąk.
Pod koniec meczu Sunderland rzucił się do ataku i przy kornerze w ostatniej minucie w polu karnym QPR znalazł się nawet Vito Mannone. QPR dociągnął jednak prowadzenie do końca i odniósł swoje pierwsze zwycięstwo w tym sezonie Premier League. Tym samym zobaczyłem na żywo zdobycie przez QPR 10% ich całego dorobku punktowego w tym sezonie (na koniec zajęli ostatnie, 20. miejsce)
|
| |
| |
  
|
|