 |
Tottenham Hotspur - West Ham United 2:1 (1:0)
12.01.2020 14:00
The Hive, London
Barclay's FA Women's Super League
Widzów:
855
Cena biletu:
8£ (West Stand, Adult)
| |
Tottenham vs West Ham. Można powiedzieć, że Chomik wreszcie zaczął oglądać piłkę na odpowiednim poziomie.
| | Dotarcie na mecz |
    |
Swój nocleg w Londynie miałem nieopodal stacji metra Upton Park, kilkaset metrów od byłego stadionu WHU, znanego pod tą samą nazwą (inna funkcjonująca nazwa obiektu to Boleyn Ground ). Z racji tego, że stadion ten jest chyba już zrównany z ziemią, nie miałem nic ciekawego do oglądania w tej dzielnicy, więc już po godzinie 10 wsiadłem w pociąg metra. Plan był dość prosty - po przejechaniu dwóch stacji przesiąść się na stacji West Ham w linię Jubilee i przejechać nią w zasadzie cały Londyn, wysiadając na przedostatniej stacji. Musiałem jednak zrewidować swoje plany, kiedy okazało się, że większość linii była w ten weekend zamknięta z powodu prac modernizacyjnych; ostatecznie po paru przesiadkach dojechałem linią Northern do stacji Burnt Oak, która znajdowała się niecałe 2 mile od the Hive Stadium.
Tam mogłem się w końcu rozejrzeć za czymś do jedzenia - z racji tego, że były to już tańsze przedmieścia Londynu i dzielnica mniej muzułmańska niż Upton (osobiście szanuję islam i jestem nawet jego znawcą, ale... ja bym chciał zjeść jakiś bekon, w końcu Mt 15,11), znalazłem tam mój ulubiony rodzaj lokalu, czyli podrzędny bar z angielską kuchnią, gdzie można dostać English breakfast. W programie jajka sadzone, kiełbaski, bekon, fasolka, frytki, wszystko polane ketchupem, HP sauce i malt vinegar, a do tego herbata z odrobiną mleka. Po posileniu się tymi specjałami kupiłem jeszcze w kiosku parę ciekawych gazet, m.in. Non-League Paper - gazetę w całości poświęconą futbolowi poniżej League Two (!), w końcu udałem się na the Hive Stadium, gdzie swoje mecze rozgrywa piątoligowy Barnet i kobiecy zespół London Bees. No i od 2019 roku oczywiście żeńska sekcja Tottenhamu.
Swoją drogą, kiedy planowałem obejrzenie meczu w niedzielę, kobieca Premier League nie była moim pierwszym wyborem (jeśli chodzi o futbol kobiet, z dobrym poziomem kojarzą mi się raczej Bundesliga, czy Division 1 Feminine). W niedzielę na poziomie centralnym odbywały się jednak tylko trzy mecze w całej Anglii:- Aston Villa - Manchester City (z oczywistych względów nawet nie liczyłem na bilety)
- AFC Bournemouth - Watford (żaden szlagier, ale na zdecydowanie najmniejszym stadionie w Premier League)
- Cardiff - Swansea (wiem, Caerdydd i Abertawe to geograficznie już Walia, ale sam mecz w ramach angielskiej Championship; derby Walii, znowu brak szansy na bilety)
| | Stadion |
    |
    |
Stadion the Hive jest dosyć świeżym obiektem, ponieważ został on oddany do użytku w 2013 roku. Wcześniej klub Barnet grał na Underhill Stadium, który po dekadach prowizorycznych modernizacji stał się specyficzną samoróbką z siedmioma trybunami. Z innych ciekawostek, Underhill słynął niegdyś z pochylonego boiska, którego jeden koniec znajdował się 8 stóp niżej niż drugi (sic!), co zniwelowano dopiero na początku lat 90.
Fajnie, a jak w takim razie prezentuje się nowy stadion the Bees? Cztery schludne trybuny, każda wyglądająca zupełnie inaczej. Główna trybuna (West Stand) jest wysoka, w pełni zadaszona i pokryta 2700 krzesełkami w pomarańczowo-czarnych kolorach. Na trybunie znajduje się estetyczna i widoczna spoza stadionu tablica wyników. Pod trybuną znajduje się dość duża przestrzeń, w której można zagrać w piłkarzyki, coś zjeść, czy też wypić. Dodatkowo na tyłach trybuny znajduje się okienko, gdzie można dostać frytki, hot-dogi, Pukka pies, a także gorące napoje, m.in. gorącą czekoladę w kubeczku z logo Cadbury, czy też tajemniczy mięsny ekstrakt o nazwie handlowej Bovril (zdecydowałem się na czekoladę). Naprzeciwko West Standu znajduje się oczywiście East Stand - jest to dość niska trybuna licząca niecałe 1000 miejsc siedzących. Wpuszczali tam media i jakieś wycieczki dzieciaków. Za trybuną znajduje się główny budynek stadionu, a w nim szatnie, pub, hala sportowa, centrum medyczne, sale konferencyjne (stąd obecność mediów na East Stand), oficjalny sklep Barnet / London Bees, czy kasy biletowe. Trybuna jako jedyna nie jest zadaszona.
North Stand to trybuna przeznaczona podobno dla gości (w trakcie dzisiejszego meczu była ona zamknięta). Jest ona bardzo podobna do West Stand z tą różnicą, że jako trybuna zabramkowa ma ona mniejszą pojemność (1890 krzesełek - dlaczego nie 1888?) i jest od niej nowsza, a więc pomarańczowe krzesełka mają bardziej żywy kolor. Zgodnie z informacjami z Internetu, jej postawienie zajęło zaledwie 6 tygodni. Stadion domyka czwarta trybuna (Bees Terrace ), która jest oldschoolowym niskim zadaszonym blaszakiem z miejscami wyłącznie stojącymi (docelowo ma tam stać taka sama trybuna jak North Stand). Na nią również tego dnia nie sprzedawano biletów.
Łącznie stadion liczy oficjalnie 6200 miejsc, z czego 5534 to miejsca siedzące. Jak na piąty poziom rozgrywkowy przystało, stadion posiada cztery maszty oświetleniowe, co pozwala rozgrywać mecze po zmroku.
| | Atmosfera |
    |
    |
Piłka nożna kobiet w Anglii jest na pewno traktowana dużo poważniej niż w Polsce. Nie wiem, na ile jest to szczere zaangażowanie, a na ile jest to pewnego rodzaju tokenism wielkich klubów piłkarskich, które powołując do życia sekcję kobiet, mogą sobie zrobić bardzo dobry PR stosunkowo niskim kosztem. Ale nie będę tego roztrząsał, ponieważ nie mam na ten temat wystarczającej wiedzy, a poza tym, z punktu widzenia utylitarystycznej filozofii angielskiej nie jest to ważne, ponieważ liczą się efekty. A efekty zrobiły na mnie wrażenie.
Przede wszystkim, meczowi towarzyszyła konkretna marketingowa otoczka. Przede wszystkim, mecz był biletowany - bilet normalny kosztował 8£. Oczywiście jak na angielskie standardy jest to prawie za darmo (analogiczny bilet na Barnet kosztuje prawie trzy razy tyle), ale bilet zakupiony przeze mnie w kasie The Hive Stadium stanowi obecnie 100% całej mojej kolekcji biletów na mecze kobiecej piłki nożnej. Po zakupie biletu udałem się w stronę wejścia na trybunę, przed którym stał van z mobilnym sklepem Tottenhamu, gdzie można było kupić kubki, szaliki, koszulki, kalendarze i inne tego typu gadżety. I znów jest to nic w porównaniu ze Spurs Shop na stadionie Tottenhamu, ale i tak byłem bardzo zadowolony z możliwości zakupienia pamiątek przed meczem kobiecego futbolu (kupiłem sobie kubek Tottenhamu za 6£). Z kolei na trybunie zakupiłem jeszcze jedną pamiątkę, czyli program meczowy za 2£, w którym znajdowały się wywiady, niezbędne informacje przedmeczowe i kadry obydwu zespołów ze zdjęciami zawodniczek tu pasowałby jakiś szowinistyczny żart.
Zgodnie z oficjalnymi informacjami zaprezentowanymi przez stronę Tottenhamu, mecz oglądało oficjalnie 855 osób. Czy to dużo, czy mało... oczywiście znów napiszę to samo, co w poprzednim akapicie - znów byłem pod dużym wrażeniem. I znów jak na angielskie standardy jest to prawie nic. Więcej, bo 1333 widzów, było tydzień temu na meczu Barnet, na piątym poziomie rozgrywkowym. Zresztą, nawet jak na ligę kobiet był to słaby wynik, ponieważ w ten sam weekend mecz Man City - Everton obejrzało 1681, a Chelsea - Bristol (rozgrywany gdzieś pod Londynem) 2866 osób. Nie mówiąc o meczu WHU - Tottenham w rundzie jesiennej, który oglądało podobno 28 tysięcy osób (!), przy czym był to chyba rezultat jednorazowej akcji promocyjnej.
Na głównej trybunie zasiedli przemieszani kibice obydwu drużyn, ale dużo więcej osób sprzyjało gospodarzom. Widać to było zarówno po klubowych emblematach (dużo częstsze były gadżety w kolorach Tottenham... w ogóle całkiem duża część kibiców miała jakieś czapki/szaliki/kurtki z klubowym logo), jak i po natężeniu dopingu. Zgromadzeni na trybunach kibice przy okazji groźniejszych akcji dopingowali swoje drużyny. Nie były to jakieś skomplikowane zawołania (ja wychwyciłem jedynie hasła South End! oraz Spurs! ), za to intonowane z przytupem. Dosłownie, ponieważ trybuna była zbudowana z dość lekkich materiałów, więc walenie nogami o podłogę dawało dużo bardziej donośny dźwięk niż klaskanie. Oczywiście był to doping z gatunku raczej piknikowych.
Dla tych, którzy nie lubią pikniku i preferują bardziej old-schoolowe klimaty, też było coś odpowiedniego - otóż na trybunach zabramkowych wisiały flagi. Dość nietypowe, ponieważ za bramką Tottenhamu (nazywam ją bramką Tottenhamu , ponieważ tam Koguty grały podczas pierwszej połowy) wisiała tęczowa flaga z podpisem Official LGBTQ+ Supporters Community - Proud Lily Whites (osobiście... nie rozumiem tego, bo czy to jest w ogóle jakiś istotny wyróżnik grupy społecznej, żeby aż wywieszać flagę? ktoś zbiera znaczki, ktoś kocha osoby tej samej płci, nic mi do tego choć z drugiej strony, patrząc na to, co spotkało np. Turinga, takie deklaracje mogą być ważne). Z kolei za bramką Młotów wisiały trzy flagi w barwach West Ham - Women of Iron , Longhurst - Claret & Blue Blood (Longhurst - piłkarka West Ham, Claret - bordowy po angielsku, przyp. chom.) oraz flaga Korei Południowej w kolorach bordowo-niebieskich z podpisem Cho (też piłkarka WHU). Wszystkie w tej samej kolorystyce, o tych samych rozmiarach - czyli wyprodukowane przez tę samą firmę i można je podciągnąć pod materiały promocyjne West Hamu. Generalnie klimat związany z flagami był nieco inny niż w Polsce, choć domyślam się, że w naszym kraju budziłyby całkiem duże zainteresowanie i pewnie szybko zostałyby przez kogoś zdobyte .
| | Mecz |
    |
Piłkarki wyszły na boisko w akompaniamencie utworu Duel of the Fates ze Star Wars - gratuluję doskonałego doboru tła muzycznego. Co więcej, od momentu kick-offu miałem właściwie to samo wrażenie, jak podczas meczu Charltonu - poziom był po prostu istotnie wyższy niż w przypadku polskiej ligi. Piłka chodziła szybciej, akcje były bardziej płynne, piłkarze piłkarki grały na pierwszy kontakt, ogólnie wszystko były dużo bardziej widowiskowe i dużo bardziej warte oglądania. Tak po prostu, wrażenia estetyczne były dużo wyższe niż w polskiej lidze.
Pierwszą groźną okazję w meczu odnotowałem, kiedy w 3. minucie Ayane (Tottenham) podała do Percival, a ta oddała niecelny strzał sprzed pola karnego. W 6. minucie zaatakowały piłkarki West Ham - po wrzutce Lehmann ekwilibrystyczny strzał głową oddała Leon, ale piłka przeleciała nad bramką. W 9. minucie miała miejsce jedna z tych akcji, które dyskredytują w oczach mężczyzn kobiecy futbol - Graham (Tottenham) odebrała piłkę bramkarce WHU (!) i oddała ją do Ayane. Jej strzał był jednak na tyle lekki, że Brosnan (bramkarka Młotów) zdążyła dopaść do piłki, zanim ta przekroczyła linię bramkową. Aby dodać jeszcze trochę szowinizmu do tej relacji, mogę wspomnieć, że w 18. minucie pani Oliver (sędzia) totalnie popieprzyła interpretację przywileju korzyści w futbolu. Puściła ona akcję West Hamu pomimo faulu piłkarek Tottenhamu - kiedy jednak liniowa/linowy (asystenci byli obydwu płci - niestety, nie zapamiętałem, kto był po której stronie) zasygnalizował/a w tej akcji spalonego, sędzia powróciła do momentu faulu. Generalnie... nie powinno się tak robić.
Ogólnie więcej z gry miały piłkarki Tottenhamu. Oddawały one groźne strzały sprzed pola karnego, ale ani ten Ayane ani ten Green nie trafił w światło bramki. W końcu jednak piłkarki Kogutów udokumentowały swoją przewagę. W 31. minucie Ayane przejęła dostała piłkę jeszcze na swojej połowie, pociągnęła lewym skrzydłem i oddała strzał w długi róg bramki strzeżonej przez Brosnan. Ten strzał bramkarka Młotów jeszcze sparowała na długi róg. Gospodynie jednak wykorzystały rzut rożny - sprzed pola karnego niezbyt mocny, ale za to mierzony strzał oddała Mitchell. Piłka minęła dwie obrończynie West Ham i odbijając się od słupka, wpadła do bramki. W 42. minucie po strzale głową Ayane piłka trafiła w poprzeczkę, ale strzelczyni w momencie dośrodkowania była na spalonym. Pierwsza połowa zakończyła się zasłużonym prowadzeniem The Spurs.
W drugiej połowie to piłkarki Tottenhamu miały więcej okazji do podwyższenia prowadzenia. W 63. minucie po bardzo dobrej kontrze przestrzeliła swoją sytuację Ayane. W 69. minucie po dość topornie wykonanym rzucie wolnym przez Davison piłka po małym zamieszaniu trafiła do Dean, która uderzyła z 10 metrów z woleja - Brosnan przeniosła jednak ten strzał nad bramką. W 77. minucie po wrzutce z rzutu rożnego strzał głową oddała Godfrey, ale piłkę na linii bramkowej zablokowała obrończyni West Hamu. W 86. minucie Davison dośrodkowała w pole karne z prawego skrzydła, Quinn odegrała piłkę na linii pola karnego, a tam z woleja huknęła Mitchell, ale jej strzał minimalnie minął bramkę.
Pod koniec meczu piłkarki Młotów trochę się ogarnęły - w 87. minucie Kiernan dostała dobrą piłkę na dobieg, jednak bramkarka Tottenhamu, Morgan (w przerwie trenerka Tottenhamu dokonała zmiany w bramce) była minimalnie szybsza. W 90. minucie gościnie jednak wyrównały; Galabadaarachchi (to nazwisko musiałem skopiować z portalu Soccerway, bo nie jestem w stanie go przepisać) odegrała w polu karnym do Dali, a ta mierzonym strzałem w długi róg pokonała Morgan. Z racji przerwy spowodowanej kontuzją jednej z piłkarek WHU (podczas której pobiegłem na stoisko gastronomiczne po hot chocolate, co sprzedawczyni zrozumiała początkowo jako hot-dog with... ) do drugiej połowy sędzia asystent doliczył aż 9 minut, więc jeszcze coś się działo. Parę minut po wyrównaniu, Middag (WHU) miała na nodze piłkę meczową, ale jej strzał z kilku metrów został zblokowany przez jedną z obrończyń, tak więc bramkarka Tottenhamu zdołała złapać piłkę. W 6. minucie doliczonego czasu the Spurs zdobyły zwycięską bramkę - po szybkiej kontrze piłka trafiła do Addison, która została tym podaniem została jednak wygoniona pod linię końcową boiska. Zdecydowała się więc na wrzutkę w pole bramkowe, gdzie Dean świetnym strzałem głową pokonała Brosnan.
|
| |
| |
  
|
|