 |
Hiszpania - Belgia 6:2 (2:1)
07.07.2024 18:00
Arena Thun
Women's Euro 2025, Grupa B
Widzów:
7.961
Cena biletu:
25 CHF (sektor H20)
| |
Kolejny rok, kolejny turniej Euro - i znów obskoczony przez Chomika.
| | Dotarcie na mecz |
    |
    |
Sam koncept podróży do Szwajcarii pojawił się jeszcze w 2024 roku - ze względu na to, że kobiece Euro 2025 miało odbyć się właśnie w tym kraju, A. (któremu na potrzeby legendarnej relacji z San Marino nadałem nick Afrowiórka ) zapraszał całą resztę naszego sanmaryńskiego składu do Zurychu w celu obejrzenia któregoś z meczów na żywo. Ostatecznie z różnych powodów logistycznych do Zurychu wybrałem się tylko ja, a w trakcie wyjazdu gwoździem programu miał być mecz Polska-Szwecja, na który wybraliśmy się wraz z A. we wtorek 8 lipca. Korzystając jednak z okazji, że i tak leciałem do Szwajcarii, upolowałem sobie również bilet na spotkanie Hiszpania-Belgia, które odbywało się dzień wcześniej (w tym przypadku jeden, bo A. nie mógł dołączyć do tej imprezy ze względu na obowiązki pracowe) i to właśnie o tym będzie dzisiejsza relacja.
Szwajcaria to cholernie drogi kraj - oczywiście nie mogę narzekać na darmowy nocleg w komfortowych warunkach w mieszkaniu A., ale na wszystko inne będę już narzekał. Zacznijmy od tego, że jedyne loty tanich linii lotniczych, jakie udało mi się tu namierzyć, prowadziły do Bazylei, ale średnio pasowały mi one czasowo (a zresztą, wahałem się tak długo, że rozważany lot przestał być tani ), więc ostatecznie zdecydowałem się na lot normalną linią lotniczą. Taką, w której podróżny nie jest traktowany jak bydło, ale w przypadku której bilet w jedną stronę kosztuje jakieś 500 złotych - było to dla mnie bolesne, bo jeśli tylko mam taką możliwość, wolę być traktowany jak bydło i zaoszczędzić te parę stówek. W każdym razie, wyleciałem z Warszawy w niedzielę o godzinie 19:40 wygodnym samolotem linii Swissair, a na lotnisku w Zurychu wylądowałem około godziny papieżowej. Na lotnisku czekał już na mnie A. (na wypadek gdybym coś popieprzył z transferem z lotniska do właściwego Zurychu), wraz z którym poszliśmy na stację Zurich Flughafen. Kupiłem sobie bilet jednorazowy do stacji Zurich Oerlikon i jako że nie posiadałem żadnych lokalnych zniżek, ta 4-minutowa podróż kosztowała mnie całe 7 CHF - a więc mniej więcej tyle samo ile zapłaciłem kilka dni wcześniej za 2-godzinną podróż marszrutką z Kiszyniowa do Bielców. Przeskok z najtańszego do najdroższego kraju w Europie był naprawdę dotkliwy.
Bilety kolejowe w Szwajcarii są wprost beznadziejnie drogie - za bilet kolejowy w jedną stronę z Zurychu do Thun (zakupiony w dniu meczu) zapłaciłbym prawdopodobnie ok. 50-60 CHF. Na szczęście dla mnie, posiadacze biletu na mecz kobiecego Euro 2025 w dniu meczu mogli podróżować z dowolnego miejsca w Szwajcarii na stadion i z powrotem za darmo. Dlatego też podroż do Thun rozpocząłem dosyć wcześnie - tak, aby w trakcie mojej darmowej podróży ogarnąć jak najwięcej miejscowości. Zacząłem od przyjazdu do Aarau, gdzie obejrzałem tamtejsze bardzo ładnie zachowane stare miasto. Następnie przyjechałem do Olten, gdzie również obejrzałem tamtejsze bardzo ładnie zachowane stare miasto (dołączył tam do mnie również A., który akurat miał tam półgodzinną przerwę w trakcie podróży służbowej) Po opuszczeniu Olten wybrałem się do Berna, gdzie również obejrzałem tamtejsze bardzo ładnie zachowane stare miasto. Ogólnie cała Szwajcaria wygląda bardzo podobnie - wszystko jest estetyczne, zadbane i aż nudne. Pewnym urozmaiceniem mojej podróży było dotarcie na stadion Wankdorf, gdzie swoje mecze rozgrywa drużyna Young Boys Berno. Odwiedziłem tamtejszy sklepik klubowy, ale gdy zapoznałem się z tamtejszymi cenami, zdecydowałem się jedynie na zakup magnesu na lodówkę (na swoją obronę powiem, że nawet gdybym kupił kubek, nie zostałbym z nim wpuszczony na dzisiejsze partidazo w Thun). Ostatecznie o godzinie 14:19 wsiadłem na stacji Bern-Wankdorf w pociąg do Thun i dotarłem na miejsce o godzinie 14:44. W Thun obejrzałem tamtejsze bardzo ładnie zachowane stare miasto, a następnie wsiadłem w autobus specjalnej linii dedykowanej dla kibiców i dotarłem nią na przedmieścia, gdzie znajduje się Arena Thun.
| | Stadion |
    |
    |
W oficjalnej aplikacji UEFA Ticketing (niestety, aktualnie jedynym sposobem dystrybucji biletów przez UEFA jest gówniana apka... choć na szczęście trzeba przyznać, że jak na apkę nie jest ona aż tak gówniana) stadion oznaczony jest jako Arena Thun i właśnie tak określiłem miejsce rozgrywania meczu w nagłówku posta. Oficjalną nazwą stadionu jest natomiast Stockhorn Arena . Nie wiem czemu UEFA wygumkowała taką piękną nazwę, przecież to nawet nie jest nazwa żadnej firmy, tylko malowniczego szczytu położonego w odległości kilku kilometrów od miasta Thun. Zarys tego szczytu znajduje się na froncie stadionu i stanowi on pewnego rodzaju logo obiektu.
Sam stadion nie jest niczym niesamowitym - jest to typowe schludne pudełko , oddane do użytku 15 lat temu. Łączna pojemność obiektu to ok. 9500 miejsc. Z zewnątrz fasada stadionu wygląda dość przeciętnie i jedynym, co nadaje jej jakiegoś wyrazu to właśnie zamieszczone na niej logo z zarysem Stockhornu. No i może jeszcze ciekawe maszty oświetleniowe w formie kilku słupków umieszczonych na zadaszeniu, na których umieszczone są światła, mniej więcej niczym bazie na gałęzi. Od środka stadion również prezentuje się dosyć standardowo - ze wszystkich stron boiska znajdują się dość podobnie wyglądające trybuny, a tyłach jednej z trybun prostych można zobaczyć przeszklone loże dla VIP-ów. Krzesełka na trybunach utrzymane są w szarej kolorystyce i jedynie na wschodniej trybunie prostej cześć krzesełek jest czerwona i tworzą one napis FC THUN . Parę centralnych sektorów na trybunie południowej stanowią miejsca stojące, jednak na meczu oficjalnej imprezy UEFA takie coś jak miejsca stojące oczywiście by nie przeszło, stąd na sektorze tym były zamontowane trochę spartańskie tymczasowe miejsca siedzące. Stadion jest w pełni zadaszony, aczkolwiek mam wrażenie, że pierwsze rzędy mogły nie być nim w pełni objęte zasięgiem dachu i znajdujący się tam widzowie mogli zostać zlani przez alpejską ścianę wody, która tego dnia przeszła nad miastem.
Z innych informacji, na stadionie znajdują się dwa telebimy, które umieszczone są na trybunach zabramkowych, na zadaszeniu (ale na szczęście nie zwisają z niego, dzięki czemu nie przesłaniają widoku ludziom na tych trybunach). Co ciekawe, na stadionie nie ma żadnych barier pomiędzy poszczególnymi trybunami, dzięki czemu w trakcie fotografowania obiektu doszedłem aż do przeciwległego narożnika (a mogłem pewnie i dalej, ale uznałem, że to już przegięcie). Na tyłach trybun oczywiście znajdowały się punkty cateringowe - w jednym z nich kupiłem bardzo smaczną lokalną kiełbasę za 8 CHF. Co ciekawe (i chyba charakterystyczne dla krajów z obszaru niemieckojęzycznego ), do kiełbasy nie dostałem żadnych sztućców i należało ją zjeść rękami. Na szczęście znalazłem sposób na oszukanie systemu, ponieważ w charakterze narzędzia chwytnego wykorzystałem bułkę, którą dostałem do posiłku.
| | Atmosfera |
    |
    |
Mój dzień meczowy w Thun zaczął się od wizyty w znajdującej się w centrum miasta Strefie Kibica. Co ciekawe, inaczej niż w Niemczech (gdzie do Strefy Kibica nie wpuszczano nawet z plecakami i to nawet w przypadku gdy waszmość posiadał dostatecznie jasną karnację), nie była ona w żaden sposób zabezpieczona i wchodziło się tam po prostu z marszu, niczym na lokalny jarmark. Na kibiców w Fan Zone czekały różnego rodzaju interaktywne atrakcje, a także stoiska z przekąskami i napojami, a czas umilała niezbyt dobra popowa muzyka. Nie zabawiłem tam zbyt długo ze względu na dość duże zagęszczenie ludzi i generalną ciasnotę, ale zdążyłem zauważyć, że kibiców reprezentacji Hiszpanii jest w Thun zdecydowanie więcej niż Belgów.
(swoją drogą, dokonałem rozróżnienia na kibiców reprezentacji Hiszpanii oraz Belgów , ponieważ o ile mogę wyobrazić sobie postronną osobę kibicującą Hiszpankom, o tyle w przypadku nijakiej reprezentacji Belgii jest to dla mnie niewyobrażalne)
Po dotarciu pod Arena Thun/Stockhorn Arena udałem się w kierunku stoiska z oficjalnymi pamiątkami UEFA, ale po zapoznaniu się z cenami stwierdziłem, że tego dnia pozostanę neutralnym widzem w neutralnych barwach, który tego dnia chce po prostu popatrzeć na dobry futbol (bez ironii - reprezentacja Hiszpanii to była zdecydowanie najbardziej spektakularnie grająca drużyna na WEURO 2025). Gdy tak przechadzałem się pod stadionem, załapałem się na darmowe lody ze stoiska Lidla; co prawda po otworzeniu pudełeczka okazało się, że to nie lody, a owocki, ale za darmo i owocki dobre (tym bardziej, że obiektywnie były smaczne). Poza tym, miałem okazję zobaczyć większą grupę kibiców reprezentacji Hiszpanii, którzy przemaszerowali z centrum miasta na stadion wymachując flagami i śpiewając coś tam w swoim języku (którego nie jestem zbyt wielkim entuzjastą). Moje łażenie dookoła stadionu zakończyło się dość nagle i nieoczekiwanie, kiedy obejrzałem się w stronę zachodnią (w stronę m.in. szczytu Stockhorn) i stwierdziłem, że część horyzontu zakrywa biała ściana wody sunąca w naszą stronę. Ustawiłem się w kolejce do wejścia na trybunę i udało mi się znaleźć pod dachem zanim wszystko się zaczęło.
Przed meczem czas umilała m.in. przechadzająca się wzdłuż trybun Maddli, czyli oficjalna maskotka WEURO 2025. Maskotka była bardzo fajnie wykonana (w bardzo podobny sposób do misia Albärta, który był oficjalną maskotką EURO 2024) i zgodnie z założeniem twórców, była to bernardynka (tzn. samica psa rasy bernardyn). Jej koncept był całkiem przemyślany, w każdym razie pasowała ona do kraju-gospodarza m.in. ze względu na dobór zwierzątka, jak i imienia - została nazwana na cześć Madeleine Boll, czyli pierwszej profesjonalnej szwajcarskiej piłkarki. Atmosfera w trakcie samego meczu była... dość letnia. Częściowo jest to kwestia stadionu, który jest chyba najmniejszą areną WEURO, a częściowo tego, że kobieca piłka ciągle nie jest katalizatorem wielkich emocji. Ludzie na stadionie ubrani byli bardzo różnie (część osób była pewnie postronnymi widzami, w każdym razie ja nie byłem emocjonalnie związany z żadną drużyną i miałem po prostu nadzieję, że zobaczę jak Hiszpanki wbijają kilka bramek) i jedynie sektory zabramkowe były ubrane trochę bardziej jednolicie. Trybuna zabramkowa północna była z założenia trybuną Hiszpanów i tak na oko co piąta-szósta osoba była tam ubrana w barwy La Furia Roja. Z kolei w centralnej części trybuny, na której siedzialem znajdowało się coś, co nazwałbym małym młynkiem kibiców reprezentacji Belgii. Doping nie był zbyt skomplikowany, głównymi wykrzykiwanymi hasłami były España! oraz Belgium! (zdaje się, że Flamandowie i Waloni musieli zostać pogodzeni językiem angielskim). Poza tym, kibice na trybunach dość często robili meksykańską falę. I to w sumie tyle, jeśli chodzi o atmosferę na meczu.
| | Mecz |
    |
    |
W dzisiejszym meczu był tylko jeden faworyt. W pierwszej kolejce spotkań grupy B Hiszpanki rozjechały Portugalki 5:0, pokazując totalną dominację nad rywalkami, z kolei Belgijki przegrały 0:1 z Włoszkami (ale nie wiem w jakim stylu, bo nie oglądałem tego w TV). I rzeczywiście, od samego początku wydarzenia działy się głównie pod naszą bramką (tzn. tą, którą w pierwszej połowie atakowały Hiszpanki i która znajdowała się nieopodal mojego miejsca na trybunie). Belgijki broniły się nawet sensownie, jednak w 22. minucie Hiszpanki rozgrały świetną kombinację i rozmontowały ich obronę po raz pierwszy. Patri Guijarro zagrała do Vicky López, ta do Alexii Putellas, a napastniczka Barcelony (w sumie to wszystkie te trzy piłkarki grają w Barcelonie) pokonała strzałem w długi róg Lisę Lichtfus. Co ciekawe, zaledwie dwie minuty później... Belgijki wyrównały. Z kornera wrzuciła Tessa Wullaert, a Justine Vanhaevermaet strzałem głową w krótki róg pokonała Adrianę Nanclares (o ile się nie mylę, był to pierwszy strzał Belgijek w tym meczu). Hiszpanki wyszły ponownie na prowadzenie dopiero w 39. minucie, gdy Irene Paredes wykończyła głową dośrodkowanie z kornera Claudii Piny. Do przerwy było 2:1 dla Hiszpanek.
Druga połowa zaczęła się bardzo ciekawie. W 50. minucie jedna z Belgijek zagrała lagę do Hanny Eurlings, która wyprzedziła goniące ją Hiszpanki i w sytuacji sam na sam pokonała pewnym strzałem Nanclares. Liniowa pokazała jednak w tej sytuacji spalonego (który zresztą wyglądał na dość ewidentny). Dla pewności sprawdzono jeszcze sytuację na VAR i po pewnym oczekiwaniu okazało się, że... gol został zdobyty prawidłowo i tym samym udało się wyrównać stan meczu. Nie potrwało to jednak długo, ponieważ już po 2 minutach Putellas zagrała dobrą piłkę na dobieg do Esther Gonzalez, a napastniczka Gotham FC (wtf?) pokonała Lichtfus w sytuacji sam na sam. W 60. minucie Hiszpanki podwyższyły na 4:2 kiedy po wrzutce z kornera i dużym zamieszaniu w polu bramkowym stytuację ostatecznie wyjaśniła strzałem po ziemi Mariona Caldentey. W ostatnich 10 minutach meczu Hiszpanki dołożyły jeszcze 2 bramki, ustalając wynik na 6:2. Najpierw w 81. minucie genialnym strzałem w okienko popisała się Pina (działo się to pod przeciwległą bramką, a więc dość daleko, ale z mojego miejsca idealnie było widać ten strzał), a w 5 minut później po pinballu w polu karnym bardzo przytomnie zachowała się Putellas, która uderzyła z powietrza z pierwszej piłki. W 87. minucie Belgijki mogły zmniejszyć rozmiary porażki, kiedy po wrzutce w pole karne Janice Cayman trafiła głową w poprzeczkę, a dobitka Wullaert trafiła do bramki, jednak jak się okazało, Cayman była w tej sytuacji na spalonym (tym razem VAR nie cofnąl tej decyzji).
|
| |
| |
  
|
|