 |
Podhalanka Milówka - Spójnia Zebrzydowice 3:2 (2:0)
19.10.2019 11:00
Stadion LKS Podhalanka, Milówka
ZINA Klasa okręgowa, gr. Skoczów - Żywiec
Widzów:
< 100
Cena biletu:
5 zł (ale da się za darmo)
| |
Z czym kojarzy się Milówka? Z oscypkami, z nartami, z Golec uOrkierstrą? (oczywiście nie hejtuję ani oscypków, ani nart; Golców też nie, w końcu mają doktoraty) Jak się okazuje, tu też gra się w piłkę nozną i to na całkiem sensownym poziomie.
| | Dotarcie na mecz |
    |
Gdy planowałem swój weekendowy wyjazd, główną atrakcją był mecz w Bielsku-Białej w sobotę o 18.00; przed tymi pierwszoligowymi delicjami postanowiłem zobaczyć jeszcze jakiś inny mecz i skusiłem się właśnie na Milówkę. Po przeanalizowaniu rozkładów pociągów, stwierdziłem, że żeby dotrzeć do Milówki przed godziną 11, muszę zanocować gdzieś na Śląsku. Stąd, w piątek od razu po pracy udałem się na Dworzec Centralny, gdzie wsiadłem o 18:20 w pociąg relacji Warszawa Wschodnia - Bielsko-Biała Główna. W Bielsku byłem o 22:40 i zameldowałem się w całkiem wygodnym hostelu znajdującym się nieopodal dworca. Nazajutrz o 9:43 mogłem wsiąść na stacji BB Główna w pociąg Kolei Śląskich relacji Katowice - Zwardoń, wypełniony ludźmi, którzy zachęceni dobrą pogodą postanowili wybrać się w góry (szanuję, popieram, etc.). O 10:41 wysiadłem na stacji Milówka, skąd na stadion miałem niecałe 5 minut spacerem.
Przy okazji, sam mecz zakończył się ok. godziny 13, co oznaczało, że do pociągu powrotnego (odjazd o 14:27) miałem jeszcze półtorej godziny. W tym czasie obszedłem miejscowość, zdjąłem z drzewa niskobudżetowy plakat zapraszający na dzisiejszy mecz, zjadłem parę niezbyt imponujących w smaku oscypków i udałem się na pobliskie wzgórze w celu zdobycia punktu widokowego. Nie udało mi się osiągnąć tego celu ze względu na brak czasu, a poza tym, jak zwykle pomyliłem drogi i skończyłem na polu, gdzie musiałem uciekać przed traktorem wyposażonym w rozrzutnik obornika.
| | Stadion |
    |
W jakiekolwiek źródło bym nie spojrzał, znajduję tam nazwę Stadion LKS Podhalanka Milówka , więc nie będę z tym polemizował. Obiekt położony jest tuż przy płynącej przez Milówkę Sole. Z jednej strony boiska znajduje się piętrowy budynek klubowy, z drugiej strony - główna trybuna stadionowa. Boisko wzdłuż linii bocznej ogrodzone jest barierą o wysokości nieco ponad metr, dzięki czemu można całkiem wygodnie oglądać mecz na stojąco, w odległości paru metrów od linii bocznej. Co do budynku klubowego, na uwagę zasługuje fakt, że znajdowała się w nim szatnia gości, natomiast gospodarze przebierali się w mniej okazałym budynku, znajdującym się na jego tyłach. Nie spodziewałem się takiej gościnności, stąd na początku meczu założyłem, że ci w czerwonych, którzy przebierali się w głównym budynku, to właśnie drużyna Milówki i dopiero reakcje kibiców na wydarzenia boiskowe uświadomiły mi, że jest dokładnie na odwrót.
Za obydwiema liniami końcowymi znajdują się piłkochwyty, które nie do końca spełniają swoje zadanie. Częściowo w wyniku uszkodzeń, a częściowo ze względu na to, że tak zostały zamontowane, efektywnie osłaniały one przestrzeń za bramką dopiero od wysokości jakichś 2 metrów nad boiskiem. W drugiej połowie fakt ten pozwolił gospodarzom ukraść całkiem dużo czasu, ponieważ po niektórych niecelnych strzałach gości bramkarz gospodarzy mógł wybrać się na dłuższy spacer po piłkę, podczas którego oczywiście mu się nie spieszyło. Z innych elementów, mógłbym przyczepić się murawy, która ewidentnie nie była równa i było widać na niej nawet kilkucentymetrowe deniwelacje. Czasami wpływało to na jakość gry kombinacyjnej, a bramkarzom utrudniało bronienie strzałów po ziemi.
Wreszcie, możemy przejść do opisu właściwej trybuny. Liczy ona oficjalnie 264 miejsca siedzące, jest dość wysoka, a przede wszystkim - jest to solidna betonowa konstrukcja, zadaszona równie solidnym blaszanym dachem. Konstrukcja dachu jest bardzo fajna, przede wszystkim dlatego, że całe jego podparcie znajduje się z tyłu trybuny, stąd widzom nie przesłaniają widoku żadne słupki ani filary. Na trybunie znajduje się 6 rzędów krzesełek - 3/4 tych krzesełek to krzesełka z wysokimi oparciami, 1/4 to mniej wygodne siedziska bez oparć (na starszych zdjęciach znalezionych w Internecie w miejscu siedzisk znajdują się normalne krzesełka - czyżby tamten sektor posłużył jako źródło zapasowych krzesełek?). Na minus należy ocenić fakt, że trybuna oddalona jest od boiska o co najmniej 10 metrów. Nigdy nie potrafię zrozumieć tego rodzaju zabiegów. Po bokach trybuny znajdują się kilkumetrowe estetyczne tuje, które przy okazji mogą przesłaniać pole karne w przypadku gdy ktoś zajmie nieodpowiednie miejsce na trybunie. Z kronikarskiego obowiązku wspomnę na koniec, że na stadionie nie ma tablicy wyników.
Zapomniałbym o najważnieszym - z którejkolwiek strony ogląda się mecz, zawsze w tle widać góry - to jest element, który na pewno dodaje stadionowi uroku.
| | Atmosfera |
    |
Gdy przyszedłem na stadion, z radością przeczytałem informację na plakacie, że mecz jest biletowany, a koszt biletu wynosi 5zł. Ucieszyłem się, że będę miał jakąś pamiątkę z meczu... tyle że z początku wyglądało na to, że nikt się nie pali, żeby wyciągnąć ode mnie tego piątaka. Przeszedłem przez bramę główną stadionu powoli i uważnie, żeby na pewno nie przeoczyć osoby sprzedającej bilety (a przede wszystkim, żeby ta osoba nie przeoczyła mnie), ale nikogo takiego nie było. Następnie, powoli pokręciłem się przy budynku klubowym, gdzie stało parę osób wyglądających na pełniących funkcję stewardów, ale tam też nikt mnie nie zwindykował. Trochę rozczarowany tym faktem udałem się na trybunę i zacząłem chłonąć mecz. Mniej więcej w 30. minucie spostrzegłem, że po trybunie chodzi dwóch stewardujących gości w pomarańczowych kamizelkach, z czego jeden miał w ręku pęk żółtych papierków, a drugi PRL-owską szkatułkę. A więc jednak! Z wielką radością uiściłem opłatę i otrzymałem swój bilet, na którym znajdował się numer 33. Biorąc pod uwagę, że na trybunie zasiadało ponad 50 osób, a do mnie stewardzi doszli właściwie na samym na końcu, mam wrażenie, że części widzów udało się wymówić z zapłacenia tego piątaka. Swoją drogą, bilety nie wyglądały jakoś imponująco - na żółtym kartoniku był wydrukowany napis Bilet wstępu oraz cena i numer. Równie dobrze mógłby to być bilet na Dni Milówki albo do kina Tęcza. Ale najważniejsze, że jest jakaś pamiątka z meczu.
50-60 osób na trybunie, kilkanaście osób stojących przy boisku w różnych miejscach... to dawałoby ok. 80 widzów na meczu, ale nie przeliczałem dokładnie widowni, więc postanowiłem podać pewną informację, jaką jest liczba widzów mniejsza od 100. Widzowie nie byli specjalnie żywiołowi (zresztą, była sobota, godzina 11) i dopiero w 9. minucie po ich reakcjach (Jedź! ) wywnioskowałem w ogóle, która drużyna to gospodarze, a która to goście. Na trybunach nie było ani przejawów zorganizowanego dopingu, ani też nie dostrzegłem u kibiców żadnych barw klubowych (stąd, nawet nie próbowałem molestować stewardów pytaniami o szaliki), ograniczano się do oklaskiwania dobrych zagrań i krzyczenia w kierunku boiska w przypadku zagrań nieudanych, lub też niesatysfakcjonujących decyzji sędziowskich. W drugiej połowie, gdy mecz zrobił się bardzo wyrównany, kibicom udzieliła się atmosfera i wszystko uległo intensyfikacji: poziom braw, głośność okrzyków w kierunku swoich piłkarzy oraz arbitra. Po jednej z na pozór dziwnych decyzji arbitra (sędzia puścił grę po faulu na bramkarzu, ponieważ w zamieszaniu w polu bramkowym wpadł na niego własny obrońca) doszło do ciekawego ewenementu, ponieważ piłkarz Spójni tłumaczył kibicom gospodarzy motywacje sędziego. Ale wszystko odbywało się w cywilizowanych warunkach, a poziom bluzgów na trybunach znajdował się znacznie poniżej polskiej przeciętnej.
| | Mecz |
    |
Patrząc na tabelę okręgówki, czekał nas dosyć wyrównany mecz, ponieważ przed tym spotkaniem Podhalanka była 8., a Spójnia 10. (na 16 drużyn). Jeśli chodzi o inne aspekty, które pozwoliłyby ocenić drużynę przed meczem, piłkarze z Zebrzydowic prezentowali się dużo bardziej profesjonalnie, ponieważ mieli bardzo fajnie zaprojektowane koszulki z kilkoma reklamami lokalnych sponsorów - dla kontrastu, piłkarze z Milówki grali w jasnozielonych strojach bez reklam (ale oczywiście, zeby dość do takich wniosków, najpierw trzeba było wiedzieć, która drużyna jest która). Jak dla mnie, na początku meczu lepsze wrażenie sprawiali piłkarze Spójni - gra toczyła się głównie na połowie gospodarzy, gdzie goście konstruowali ataki pozycyjne. Podhalanka grała bardziej z kontry (może po prostu gospodarze lepiej wiedzieli, że na tym boisku są średnie warunki do uprawiania tiki-taki). Jeśli chodzi o godne uwagi akcje, to w 2. minucie strzału nożycami w polu karnym próbował Kozieł (Podhalanka), ale w tej niełatwej sytuacji nie trafił czysto w piłkę. W 18. minucie bramkarz gospodarzy znajdując się z dala od swojej bramki, nieopatrznie wybił piłkę do znajdującego się na 35. metrze piłkarza Spójni, który natychmiast kopnął w kierunku bramki - nie wiem tylko , czy chciał on podawać do kolegi, czy strzelać do pustaka, bo farfocel, którego posłał, nie był ostatecznie ani podaniem, ani strzałem. W 24. minucie z jakichś 30 metrów rzut wolny wykonywał Kopiec (Zebrzydowice), a jego strzał dobrze obronił Barcik.
W 26. minucie gola strzeliła Podhalanka - bardzo dobrym strzałem sprzed pola karnego w długi róg popisał się Motyka. Gospodarze stwierdzili chyba, że strzały z dystansu to dobry pomysł, bo w 31. minucie sprzed pola karnego strzelał po ziemi Grygny - teoretycznie niegroźny strzał na nierównej murawie sprawił duże problemy bramkarzowi gości. W 33. minucie Podhalanka podwyższyła prowadzenie - po wrzutce z rzutu rożnego, piłka po paru losowych odbiciach od piłkarzy nagle niemal zatrzymała się, a było to mniej więcej na 6. metrze od bramki. Jako pierwszy ogarnął sytuację Rozmus, który dopadł do piłki i pokonał Salacha strzałem w długi róg. Do końca pierwszej połowy gospodarze mieli jeszcze parę dobrych okazji do dalszego poprawiania rezultatu - w 39. minucie po bardzo ładnej kombinacyjnej akcji na lewym skrzydle Nicosia i Grygnego ten drugi wycofał na środek pola karnego, gdzie idealnie nabiegał na piłkę Motyka - niestety, sam strzał był nieudany. W 43. mincie po bardzo dobrym podaniu z głębi pola Balcarek wbiegł w pole karne z piłką w asyście tylko jednego obrońcy Spójni, jednak zdecydowanie przestrzelił.
Na szczęście dla piłkarzy gości, nadeszła przerwa, a po niej obraz gry uległ znacznej zmianie. Goście nie mając wiele do stracenia, od razu po gwizdku rozpoczynającym drugą połowę rzucili się do odrabiania strat. Po kilku minutach przyniosło to skutek, ponieważ sędzia przyznał gościom rzut karny (przyznam szczerze, nie widziałem momentu faulu - zobaczyłem dopiero leżących na murawie piłkarzy, po jednym z każdej drużyny). Karnego wykorzystał Kopiec - wykonał go nie najlepiej, tak że piłka przeszła po ręce Barcika, ale najważniejsze, że udało się strzelić na 2:1. Dwie minuty później Spójni być może należał się kolejny karny, ponieważ jeden z graczy Podhalanki odbił przypadkowo w polu karnym piłkę ręką, ale sędzia chyba stwierdził, że dwa lekko dyskusyjne karne to za wiele i nakazał grać dalej. W 68. minucie po świetnej akcji Śleziona został sfaulowany mniej więcej na 20. metrze od bramki Podhalanki. Co prawda nie było tu nawet kontaktu pomiędzy obrońcą Podhalanki a graczem Spójni, jednak faktem jest, że obrońca nie dotknął przy swojej interwencji piłki, za to wyszło mu z tego coś w stylu rzucenia się pod nogi Śleziony, który musiał go w ekwilibrystyczny sposób przeskoczyć. Mieliśmy więc kolejny stały fragment wykonywany przez Kopca i kolejną jego bramkę - tym razem było to znakomite, precyzyjne uderzenie tuż przy długim słupku bramki Barcika. Na 20 minut przed końcem rezultat uległ wyrównaniu.
Tuż po bramce wyrównującej na boisko w drużynie Podhalanki wszedł Pytel - i ten zawodnik pięć minut później wyprowadził gospodarzy z powrotem na prowadzenie świetnym strzałem w okienko z odległości ponad 25 metrów. Goście musieli znów odrabiać straty i mieli kilkuminutowy okres gry, podczas którego wydawało się, że musi im się to udać. W 83. minucie po kornerze jeden z obrońców Podhalanki o mało nie zaliczył samobója, ale jego wybicie przeszło minimalnie obok słupka. Po kolejnym kornerze miała miejsce sytuacja, w której bramkarz złapał piłkę w polu bramkowym, ale po chwili ją wypuścił, ponieważ wpadł na niego inny piłkarz - z racji tego, że był to obrońca Podhalanki, sędzia kazał grać dalej. W rozpaczliwej kopaninie w polu bramkowym piłkarzom Podhalanki udało się zablokować wszystkie strzały. W 85. minucie Strach został sfaulowany niemal na linii pola karnego Podhalanki - rzut wolny wykonywał sam poszkodowany, ale jego strzał trafił w mur, a dobitka z woleja minęła bramkę gospodarzy. Ostetecznie gospodarzom udało się dociągnąć prowadzenie do końca.
|
| |
| |
  
|
|