glownachomikmapatrocinytags
Stomil Olsztyn - Wigry Suwałki 2:1 (2:0)
16.03.2019 16:00
Stadion OSiR w Olsztynie
Fortuna 1. Liga
Widzów: ~2.300
Cena biletu: 20 zł (Normalny, w dniu meczu)
       

Tym razem obrałem kierunek na warmińsko-mazurskie. Tam jeszcze nie byłem, a pomyślałem, że warto się wybrać, póki jeszcze Stomil gra w 1. lidze. Po tym, co zobaczyłem, mam wrażenie, że ten pośpiech nie był taki potrzebny.

Dotarcie na mecz
 

Do Olsztyna wybrałem się pociągiem relacji Kraków Główny - Olsztyn Główny, wsiadając na stacji Warszawa Centralna z zespołem Varmia w słuchawkach. Podczas postoju na stacji w Ostródzie widziałem pasjonata, który mierzył różne odległości na peronie przy pomocy zwijanej miarki, a następnie zapisywał swoje odczyty w kajeciku wyglądającym jak Kalendarz Nauczyciela. Moją pierwszą reakcją był cichy śmiech, ale po chwili zorientowałem się, że jestem ostatnią osobą, która może się śmiać z dziwnych zajawek.

Po przejechaniu pociągiem 100 mil 144 mil, wysiadłem na dworcu w Olsztynie i stwierdziłem, że pociąg przyjechał o czasie, jest 12:41 i teraz muszę sobie jakoś zorganizować te trzy godziny w Olsztynie (następny pociąg do Olsztyna przyjeżdżał planowo ok. 14:45, czyli z kolei nieco za późno, żeby móc na spokojnie obejrzeć okolicę, obfotografować stadion i podelektować się swoim jedynym tego dnia meczem). W pierwszej kolejności wybrałem się spacerowym krokiem na stadion, po drodze zaglądając do różnych sklepów, gdzie zgodnie z informacjami znalezionymi w internetach, miały być energy drinki Stomilu - oczywiście ich tam nie znalazłem. Przy okazji, stan dróg, chodników oraz niska liczba sygnalizacji świetlnych w Olsztynie wskazują, że miasto jest niedoinwestowane (za to komunikacja miejska jest bardzo dobra), więc trochę przestałem się dziwić, że stadion Stomilu podobno jest jaki jest (a jaki jest, to wytłumaczę w następnej sekcji).

W stadionowej kasie biletowej poza biletami udało mi się dostać dwa energy drinki, dzięki czemu istotny punkt wycieczki został odhaczony (przy okazji, smak napoju jest całkiem dobry; inna sprawa, że podejrzewam, że koniec końców wszystkie smakują tak samo...). Następnie obszedłem cały stadion z zewnątrz i stwierdziłem, że o ile trybuna Kryta trzyma fason, o tyle na tyłach Odkrytej (bo pewnie tak ją trzeba nazwać) widok jest przygnębiający. Ale przy obecnych problemach Stomilu dbanie o zaplecze nieużywanej trybuny raczej nie jest priorytetem. Po obejściu stadionu zacząłem kluczyć losowo po Olsztynie, przy okazji zapamiętując lokalizacje plakatów zapraszających na dzisiejsze spotkanie, by wracając z meczu wziąć sobie jeden na pamiątkę (co mi się ostatecznie udało). Zaszedłem na tyle daleko, że na mecz mogłem podjechać komunikacją miejską, autobusem numer 121.

Stadion
 

Stadion OSiR w Olsztynie, w niektórych źródłach figurujący jako po prostu Stadion Stomilu Olsztyn. Czasami w internetach można spotkać się z nazwą Estadio da Gruz. W latach 90. frekwencja na tym stadionie na ekstraklasowych meczach OKS-u podobno nie spadała poniżej 10 tysięcy widzów, w porywach dochodząc do kilkunastu tysięcy. Od tamtych czasów na stadionie niewiele się zmieniło, ale jego oficjalna pojemność spadła do 3100 miejsc siedzących. Oczywiście wynika to z wyłączenia z użytkowania właściwie całej trybuny Odkrytej (tak ją będę nazywał w relacji), okalającej boisko z trzech stron. Na tej betonowej trybunie kiedyś znajdowały się ławki, dziś został sam szary beton, częściowo zakrywany przez wielkoformatowe reklamy. Jedyna użytkowana część Odkrytej to sektor gości, który został wydzielony od strony jednego z narożników boiska - ten fragment trybuny został ogrodzony płotem i ustawiono tam jakieś 200 krzesełek. Na pytanie co w takim razie przeszkodziło w umiejscowieniu sektora gości bliżej linii środkowej odpowiadam, że został tam wyznaczony jeszcze w czasach, kiedy funkcjonowały też inne części Odkrytej a nie dało się go w takim razie potem przenieść?.

Najważniejsza jest jednak trybuna Kryta, która jednocześnie pełni funkcję budynku klubowego i gdzie (o ile dobrze rozumiem) znajduje się siedziba Warmińsko-Mazurskiego ZPN-u. Jak powiedziałem, z zewnątrz ta część stadionu prezentuje się całkiem dobrze - biało-niebieskie murale i wielkoformatowe grafiki sprawiają dobre wrażenie. Nieco gorsze wrażenie sprawia znajdujący się w rogu trybuny hotel, który najprawdopodobniej obecnie nie funkcjonuje. A szkoda, ponieważ zanocowanie na stadionie byłoby całkiem nowym wymiarem groundhoppingu. Istnieją internetowe opinie (niepochlebne) na temat noclegu w tym miejscu, więc wnioskuję, że kiedyś było to możliwe. Od zewnątrz Krytej znajdują się otwarte klatki schodowe - na niektóre sektory wchodzi się z najwyższej kondygnacji, na niektóre z korytarza znajdującego się na średniej kondygnacji (średnia kondygnacja wygląda mało reprezentatywnie). Trybuna Kryta, jak sama nazwa wskazuje, znajduje się pod dachem (który nie osłania całej trybuny, czego doświadczyli dzisiaj widzowie znajdujący się na najniższych rzędach oraz... VIP-y). Stadion powstawał w późnych latach 70., stąd dach jest kanciasty i wspierany słupami - słupy te mogą trochę przesłaniać widok widzom siedzącym w wyższych rzędach. Nie mogę narzekać na krzesełka (przytwierdzone do betonowych stopni stadionu), za to w latach 70. architekci nie bardzo mieli pojęcie o funkcjonalności, ponieważ pomiędzy kolejnymi rzędami miejsca wystarczało tylko na nogi i ciężko było kogoś przepuścić, żeby mógł przejść dalej. Stąd, idea stadion to nie teatr jest na Stomilu wyjątkowo żywa - po prostu większość osób zasiada na miejscach, do których akurat ma dostęp. Z tego powodu w przerwie meczu większość osób nie ruszyła się ze swoich miejsc.

W dolnej części sektora znajdował się catering - pod namiotem można było zakupić giętą z grilla, herbatę, piwo, czy spróbować grochówki ze znajdującej się tam old-schoolowej kuchni polowej. Specjały olsztyńskiej kuchni testowali dziś m.in. wysłannicy Weszło.com ze swoim cyklem Stadionowe rewolucje (trochę mnie wkurza, że jego nazwa nawiązuje do pewnego mało ambitnego telewizyjnego show). Ja skosztowałem tego dnia jedynie herbaty - herbata smakowała trochę imbirem, trochę goździkami, generalnie wszystkim, tylko nie herbatą, ale przy dzisiejszej wczesnowiosennej pogodzie to był chyba optymalny napój.

Stomil na jesieni większość meczów rozegrał na wyjeździe ze względu na wymianę murawy na stadionie. Nowa murawa spełnia najwyższe standardy i po wykonaniu przeze mnie niezbyt dokładnego researchu stwierdzam, że kosztowała ona co najmniej 3 miliony złotych. Duży krok ku normalności, wskazujący, że miasto ciągle wiąże jakieś plany ze Stomilem. Niestety, jak to ładnie ktoś powiedział na trybunach, tutaj wszystko robione jest na trzy czwarte. Parę metrów za bramkami nowa i równa jak stół murawa oczywiście kończy się, ale za nią zaczyna się... dosłownie grzęzawisko, w którym stały wielkie, kilkumetrowe kałuże. Widok chłopaków do podawania piłek, którzy musieli okrążać kałuże i robić dziwne podskoki, wyglądał... niefortunnie. I nie-pierwszoligowo.

Atmosfera
 

Przed meczem Sklep Kibica Stomilu rozstawił przy stadionie kramik z bardzo bogatym asortymentem - dużo wzorów koszulek, szalików, vlepek, pinów, smyczy (wśród nich również smycze Polonii Bydgoszcz), kubków. No dobra, wzory kubków były trzy. Szukałem dostatecznie piknikowego wzoru, ale zdecydowałem się na kubek zgodowy, na którym znajdował się również herb Wisły Płock. Jest to gadżet projektowany przez kibiców, stąd obok herbu Stomilu znajduje się old-schoolowy herb ZKS-u z lat 90., co oczywiście trzeba ocenić na plus. Szkoda tylko, że herby są za bardzo przesłonięte przez centralny motyw 1945 & 1947 - można było trochę inaczej dobrać proporcje. Dla brata oczywiście zakupiłem smycz.

Ciężko mi oszacować liczbę kibiców, która tego dnia była na stadionie; oficjalne źródła Stomilu jak na razie podają, że było ich ponad 2300. W tej liczbie było jakieś 150 kibiców gości. Specyfika trybuny nie pozwoliła mi na poczynienie jakichś szczególnych obserwacji co do młynu. Młyn znajdował się na skraju trybuny Krytej, tej samej, na której siedziałem ja, tylko dwa sektory dalej. Na trybunie siedzi się w dużym zagęszczeniu (a kibice dopisali, piknik też, wokół mnie autentycznie nie było żadnych pustych krzesełek), dlatego ciężko mi było zrobić jakieś zdjęcia młynu, nie przeszkadzając przy okazji innym widzom. Kibice wywiesili na ogrodzeniu flagę STOMIL OLSZTYN, a obok transparent z hasłem Prosty przekaz w Polskę leci - przed zbokami chrońmy dzieci, nawiązujący do aktualnie dyskutowanych w polityce nowych koncepcji edukacji seksualnej dzieci w szkołach (jak dla mnie alarm trochę przesadzony, przecież te pomysły o uczeniu kilkulatków zabawy w lekarza to fake, prawda? błagam, powiedzcie, że prawda). Na gnieździe wisiała flaga Denaturat Boys. Z tyłu trybuny, mocno w cieniu, wywieszono flagę KRAINA TYSIĄCA JEZIOR. Młyn prowadził równy doping przez cały mecz, wzmacniany przez akustykę trybuny. Kibice zaczęli od piosenki Wygraj to dla nas, OKS wygraj to dla nas!. Z ciekawszych rzeczy śpiewano Ooooo, Stomil Olsztyn, Ooooo-KS, To my fanatycy z warmińskiej stolicy, za Stomil, za OKS, pójdziemy aż po życia kres, Tylko Stomil, OKS!, Nigdy nie zginie, OKS nigdy nie zginie. Bardzo dobrze wyszło śpiewanie na dwa głosy z piknikiem prostych rzeczy takich jak - Kto wygra mecz? Stomil! oraz - Był, będzie, jest! - Stomil OKS!. Pozdrowiono Wisłę Płock, Polonię Bydgoszcz, były pozdrowienia do więzienia. Była fajna piosenka, w której było coś o mazurskich lasach i jeziorach, ale prawie nie zapamiętałem słów, więc nie ma sensu jej przytaczać. Pod koniec drugiej połowy Stomilowcy długo śpiewali bardzo fajną piosenkę o następującej treści:

Stomilu nasz, wygraj ten mecz
My nie od dziś dopingujemy Cię!
Stomilu nasz, śpiewamy Ci,
Będziemy z Tobą aż do końca Twoich naszych dni

Czegoś w tej relacji brakuje? Na pewno wulgaryzmów. Byłem zdziwiony, że do Olsztyna przyjeżdża drużyna z Suwałk (czyli klimat jest lekko derbowy), a kibice odnosili się względem siebie totalnie neutralnie. Co więcej, Stomil pozdrowił zgody, ale przez cały mecz chyba ani razu nie zaśpiewał nic o swoich kosach - nawet na koniec piosenki ... pójdziemy aż po życia kres, gdzie większość grup kibicowskich dodaje jeszcze przynajmniej jedną wulgarną linijkę. Podobnie było po stronie gości, którzy np. zaśpiewali Kto dziś wygra ważny mecz? Oczywiście SKS! Eeeeeooooo. Ej no, jakie eeeeeoooo, przecież tu brakuje co najmniej paru linijek! Piosenka fanów Wigier nie wyjaśniła wielu istotnych kwestii, przez co pozostawiła u mnie uczucie niedosytu (kto jest starą kurwą, kogo należy jebać, jebać?). Co do fanów z Suwałk - w momencie pierwszego gwizdka byli już w komplecie na sektorze (jak już wcześniej wspomniałem, jakieś 150 osób). Rozwinęli flagę Wigry Suwałki oraz mniejszą flagę Olimpii Grudziądz. Ze względu na to, że byłem bliżej młynu niż sektora gości, nie słyszałem za wiele z ich piosenek. Zaczęło się oczywiście od Jesteśmy zawsze tam..., potem były krótsze i dłuższe hasła o Wigrach oraz pozdrowienia dla zgody z Grudziądza. Po ich stronie również była duża kultura.

Sielanka trwała do 51. minuty, kiedy Piotr Skiba ze Stomilu obronił rzut karny. Cały stadion zaśpiewał wtedy Taki chuj! Taki chuj! i było to niczym jeden niewinny łyk denaturatu alkoholu dla alkoholika trzymającego się do tej pory dzielnie na odwyku. Potem poszło już z górki. Zaraz po tym kibice zaśpiewali bowiem Jazda z kurwami, OKS jazda z kurwami!, a gdy gniazdowy w jednej z piosenek intonował Wigry pokonamy!, młyn oczywiście wykrzyczał kurwy pokonamy!. Kibice Wigier podchwycili klimat i odpowiadali gospodarzom głównie okrzykami Jebać, jebać, jebać OKS!. Jeśli chodzi o inne przyśpiewki, to o ile do tej pory kibice OKS-u śpiewali (mniej więcej w rytmie Jesteśmy zawsze tam...):

Lalalalalala, lalalala,
Ae, ao, OKS gol!

...to teraz było to już częściej:

Lalalalalala, lalalala,
Ae, ao, Wigry, kurwo!

Mecz
 

Jak to mówią: pierwsza liga styl życia. W Stomilu od dawna się nie przelewało i zawsze było słychać o opóźnieniach w wypłatach, niemniej jesienią coś się ostatecznie zacięło. Nie wiem, ilu miesięcy sięgały zaległości, ale tym razem sytuacja była naprawdę tragiczna. Obóż przygotowawczy dla piłkarzy został sfinansowany przez kibiców. Oczywiście w Polsce, nie mówimy o żadnych Turcjach czy Cyprach, ale i tak 30 tysięcy piechotą nie chodzi, więc jestem pod dużym wrażeniem tego kroku. Wielu piłkarzy rozwiązało kontrakty, a tych, którzy zostali, dodatkowo pozytywnie zmotywował PZPN, który odebrał Stomilowi za zaległości 3 spośród 22 zdobytych przez nich jesienią punktów (jaki sens mają takie działania?). Na jakiś tydzień przed rozpoczęciem sezonu kadra Stomilu wyglądała tak, że aby wystawić pełny skład, trener musiałby wystawić w polu drugiego bramkarza (oczywiście dosztukowałby skład piłkarzami z dwójki, ale wersja z bramkarzem brzmi bardziej efektownie). I właśnie na kilka dni przed inauguracją Stomil otrzymał zastrzyk finansowy; był on na tyle duży, że udało się sprowadzić w ostatniej chwili kilku jako-takich piłkarzy i w ogóle wystartować w lidze, ponieważ mecz z Tychami miał być odwołany. Wynik? 2:0 dla Stomilu. Pierwsza liga styl życia.

W następnym meczu Stomil zremisował u siebie z aspirującą (a właściwie udającą, ponieważ tak naprawdę nikt tam nie chce teraz awansować, żeby zagrać cały sezon w Niecieczy) do awansu Sandecją. I teraz przyszedł czas na kolejny mecz, znów u siebie. Tym razem o tzw. sześć punktów, ponieważ przeciwnikiem był bezpośredni sąsiad w tabeli z Suwałk. Od początku meczu nieco lepiej w tym spotkaniu wyglądały Wigry. Akcje gości były bardziej składne, Stomil grał chaotycznie. Ale pierwsza groźna akcja Wigier wzięła się z totalnego chaosu - mniej więcej w 9. minucie w niegroźnej sytuacji obrońca Stomilu odpuścił górną piłkę, a tę w polu karnym przejął chyba Robert Bartczak. Nie udało mu się jednak oddać strzału. Raz w sytuacji niemal sam na sam (Kamil Sabiłło) refleksem wykazał się Piotr Skiba, raz Suwalczanie bardzo dobrze wykonali rzut wolny (strzał na niskiej wysokości przez przerwę wykonaną w murze), ale minimalnie chybili. Stomil był jednak w pierwszej połowie niesamowicie skuteczny - wyprowadził w zasadzie dwie groźne akcje i strzelił dwa gole. Pierwsza z nich miała miejsce w 30. minucie - po solowym rajdzie Szymon Sobczak świetnie wystawił do Grzegorza Lecha, który precyzyjnym strzałem w krótki róg pokonał Damiana Węglarza. Następnie w 42. minucie Mateusz Gancarczyk wbiegł ze skrzydła w pole karne Wigier, strzelił wprost mocno wprost w Węglarza, a były bramkarz Jagi źle zainterweniował, ponieważ odbił piłkę przed siebie. Z bliska dobił ją do bramki Szymon Sobczak. Do przerwy Olsztynianie prowadzili 2:0.

Po przerwie Wigry szybko miały szansę na gola kontaktowego, ponieważ w 50. minucie jeden z piłkarzy Stomilu co prawda przypadkowo (o ile dobrze widziałem, poślizgnął się), ale jednak podciął w polu karnym gracza Wigier. Rzut karny wykonywał Robert Bartczak - podbiegał do piłki dość niepewnie, zmieniając tempo i robiąc jakieś dziwne kocie ruchy (choć może tylko wydaje mi się, że tak było, bo znam efekt końcowy). Gracz Wigier strzelił na ulubionej wysokości dla bramkarzy, choć oczywiście Skiba w bardzo dobrym stylu obronił jego strzał. Przez większość drugiej połowy Wigry lekko przeważały, ale Stomil w zasadzie kontrolował grę, ponieważ goście nie dochodzili do groźnych sytuacji. Aż w 82. minucie piłkę mniej więcej na 35. metrze otrzymał Bartosz Bida, który po ograniu jednego z graczy Stomilu wbiegł w pole karne (wszystkie gole tego dnia zostały zrobione przez takie solowe rajdy) i bardzo dobrze przymierzył w krótki róg bramki Skiby. W 90. minucie gola na 3:1 mógł strzelić Dziemidowicz, jednak jego strzał głową minął bramkę gości - były chyba zarzuty, że przeszkadzający mu w tej akcji jedyny obrońca zagrał ręką, ale to było pod przeciwną bramką, a ja mam wadę wzroku (mogę przynieść odpowiedni papier). W ostatniej minucie meczu miał miejsce rzut rożny dla Wigier, podczas którego w polu karnym znalazła się cała drużyna gości, chyba poza jednym obrońcą. Zamieszanie w polu karnym skończyło się tym, że Węglarz (bramkarz gości) przy próbie wykonania przewrotki zamiast piłki kopnął obrońcę Stomilu, za co dostał żółtą kartkę.

Sędzia odgwizdał koniec meczu. Stomil po 3 meczach rundy wiosennej zamiast 3 walkowerów ma już 7 punktów.

next  prev