 |
Valur - Vestri 1:1 (0:0)
06.04.2025 14:00
N1-völlurinn Hlíðarenda (Reykjavik)
Besta Deildin
Widzów:
658
Cena biletu:
3000 ISK (opłata za wstęp)
| |
Przyznam, że strasznie mnie nudzą nazwy klubów w stylu Orzeł , czy Sokół (a może chodzi o strach, bo Chomik znajduje się na dużo niższym szczeblu łańcucha pokarmowego). Wystarczy jednak przetłumaczyć słowo sokół na islandzki, żeby od razu wzbudzić moje zainteresowanie: dlatego dziś ochoczo zapraszam na relację z meczu klubu piłkarskiego VALUR.
| | Dotarcie na mecz |
    |
Dzisiejszy meczyk jest kontynuacją mojej islandzkiej podróży, dlatego ta sekcja będzie dużo mniej spektakularna niż w przypadku wczorajszej relacji. Mój dzień zaczął się od tego, że obudziłem się w hostelu na przedmieściach w Kópavogur, po czym zjadłem śniadanie (oczywiście nie skorzystałem z hostelowej oferty śniadaniowej, tylko zjadłem rogala 7days zakupionego jeszcze w Polsce), a następnie udałem się na przystanek Arnarneshæð, skąd raz jakiś czas odjeżdżał autonus linii 1 jadący do centrum Reykjaviku. Wsiadłem w autobus o godzinie 11:00 i wysiadłem 13 minut później, na przystanku Klambratun. Rozejrzałem się trochę po okolicy, m.in. obejrzałem z zewnątrz (wstęp oczywiście był płatny) Muzeum Sztuki Nowoczesnej i Główny Meczet Islandii (wejście było co prawda za darmo, no ale nie skorzystałem z oczywistych powodów). Co do meczetu, trochę rozśmieszył mnie fakt, że w tym samym budynku znajdował się hostel - wygląda na to, że jednymi drzwiami wchodzą muzułmanie aby się modlić, a drugimi wchodzą studenci, aby walić wódę i się ruchać.
Poza tym, wszedłem na wzgórze, na którym znajdowało się Muzeum Historii Naturalnej (oczywiście, je również obejrzałem tylko z zewnątrz, ponieważ wstęp był płatny), po czym udałem się szlakiem totalnie zdewastowanych pozostałości fortyfikacji z czasów II wojny światowej (Islandia co prawda nie została zaatakowana przez III Rzeszę... ale to może właśnie dzięki tym fortyfikacjom) oraz lokalne lotnisko w Reykjaviku obsługujące loty wewnątrzkrajowe. Po napatrzeniu się na te wszystkie cuda udałem się w kierunku stadionu Hlíðarenda.
| | Stadion |
    |
    |
Stadion Hlíðarenda jest położony w Reykjaviku (swoją drogą, choć przez cały mój islandzki weekend nie ruszałem się poza stołeczną aglomerację, to jest jedyny mecz, który oglądałem rzeczywiście na terenie właściwego Reykjaviku), przy przystanku Valsheimilið. Konstrukcja obiektu to dość typowy islandzki patent, ponieważ składa się on z jednej prostej trybuny, która jest zespolona z halą sportową. Hala wydaje się być na Islandii nieodzowną częścią kompleksu sportowego, ponieważ albo jest ona połączona ze stadionem, albo znajduje się w jego pobliżu (niektóre kluby, takie jak Breiðablik, mogą nawet poszczycić się halą z pełnowymiarowym boiskiem piłkarskim). Takie kompleksowe podejście Islandczyków do infrastruktury sportowej jest chyba elementem większego planu sportowej aktywizacji społeczeństwa. Ze względu na położenie Islandii i niski poziom nasłonecznienia (słońce nawet w lecie nie góruje zbyt wysoko, a w okolicach przesilenia zimowego dni to podobno jedynie parogodzinne epizody szarówki), kraj ten tworzy wprost idealne warunki do popadnięcia w alkoholizm lub narkomanię, dlatego też państwo próbuje z kolei zorganizować swoim obywatelom jakieś inne zajęcie - szczególnie na czas zimy. Stąd, na Islandii bardzo popularne są zarówno szczypiorniak jak i futsal - a popularne jest zarówno granie w nie (na każdym obiekcie sportowym i o każdej godzinie kręciły się chmary dzieciaków i młodzieży) jak i oglądanie tego wszystkiego na żywo.
No dobra, a co z samym stadionem? Trybuna prosta składa się z jednolitych czerwonych krzesełek i liczy ok. 1200 miejsc siedzących. Na stadionie na szczęście nie ma bieżni, stąd trybuna znajduje się w bliskiej odległości od boiska. Trybuna jest w pełni zadaszona. Naprzeciw trybuny znajduje się dziwna budka z dwoma wąskimi prostokątnymi okienkami, co do złudzenia przypomina wielką tablicę wyników. NIe jest to jednak tablica wyników (choć być może kiedyś była), a stanowisko kamerzysty. Właściwa tablica wyników znajduje się za południową bramką - trochę konsternujący był fakt, że po jej obydwu stronach znajdowały się reklamy... KFC. Sport i fast food, każdy wie, że to idzie z sobą w parze (chyba, że reklama jest adresowana do tłustych pikników takich jak ja, wtedy to w sumie ma sens). A propos reklam, boisko z trzech stron jest dość szczelnie otoczone różnego rodzaju banerami reklamowymi, które skutecznie uniemożliwiają potencjalne obejrzenie meczu za darmo (a szczególnie dobrze by to wychodziło za trybuną zabramkową, ponieważ tamtejszy chodnik znajduje się kilka metrów powyżej poziomu boiska. Na boisku znajduje się w zasadzie obowiązkowa na tej szerokości geograficznej sztuczna murawa oraz standardowe islandzkie sztuczne oświetlenie o standardzie polskiej okręgówki (wyjątkowo nie miałem okazji zobaczyć jak się ono sprawuje, ponieważ ten mecz miał miejsce o 14:00 czasu lokalnego).
| | Atmosfera |
    |
Organizacja meczu była bardzo... konfundująca. Po przyjściu na obiekt sportowy udałem się do wnętrza hali, bo wszystko wskazywało, że właśnie tędy należało dostać się na trybunę. Tyle tylko, że na miejscu... niewiele się działo. Owszem, przyznaję, że byłem na miejscu na godzinę przed pierwszym gwizdkiem (groundhopping zamienia człowieka w zwierzę np. Chomika - zamiast po prostu cieszyć się meczykiem, musi wejść na stadion dopóki ten jest jeszcze pusty, żeby zdążyć nastukać zdjęć, które nikogo nie obchodzą), a więc trochę zbyt wcześnie... ale nie dostrzegłem tu właściwie żadnych znaków wskazujących na to, że właśnie tu ma się odbyć mecz islandzkiej ekstraklasy. Wchodziłem wgłąb obiektu na pięterko i z powrotem do holu, będąc trochę zagubionym. Widzialem co prawda powoli rozstawiające się stoisko gastronomiczne, ale poza tym, na korytarzu nie działo się nic szczególnego - wszędzie tylko krążyły dzieciaki w strojach sportowych, same lub wraz z rodzicami - jedne wracały włąśnie z futsalu, a drugie szły grać w szczypiorniaka, lub też na odwrót. W końcu, spostrzegłem, że w okolicach wejścia ktoś ustawił w poprzek korytarza biurko... co przynajmniej budziło skojarzenia z kontrolą biletów. Wróciłem się więc w kierunku wejścia na obiekt, mijając owo biurko i czekałem, aż sprzedaż biletów ruszy. NIestety, przez kilka następnych minut nic przy tym biurku się nie działo, poza tym, że przechodzące dzieciaki w strojach sportowych były zmuszone je mijać, idąc na halę lub z niej wracając. Aż w końcu rozpoczęła się sprzedaż biletów - a w zasadzie to weryfikacja kodów QR zakupionych w Internecie. Niestety, podobnie jak na innych islandzkich stadionach, także i tutaj nie prowadzono żadnej sprzedaży biletów w formie fizycznej.
Zakupienie biletu QR kodu dało mi właściwie tylko tyle, że dostałem się do wnętrza hali Valura. Czyli właściwie osiągnąłem to, co miałem już wcześniej i jedynie zalegalizowałem swoją obecność w tym miejscu. Krążyłem więc po galerii (tak chyba należy to nazwać fachowo?) hali sportowej, na parkiecie której dzieciaki ćwiczyły grę w szczypiorniaka - oprócz mnie krążyło tutaj też kilka innych osób, wyraźnie zainteresowanych wejściem na trybunę. W końcu kilkoro drzwi się otworzyło i można było wydostać się na trybunę. Towarzyszący mi Islandczycy udali się na lewy skraj trybuny, aby zawiesić na nim flagę Vestri (a więc byli to kibice gości, co trochę tłumaczy, dlaczego byli tak samo zdezorientowani jak ja), a ja zacząłem łazić po trybunie i fotografować wszystko jak leci. Następnie wróciłem na chwilę do środka, żeby poszukać kubka na stoisku z pamiątkami. Zdążyłem się przyzwyczaić, że angielskie słowo mug , nie jest jakoś powszechnie rozumiane, ale na szczęście nauczyłem się islandzkiego słowa bolli ... niestety, budziło ono wśród Islandczyków jednak jeszcze większe niezrozumienie. Jak się później okazało, w języku islandzkim głoska ll jest wymawiana w przeróżne sposoby (tl, k'), tylko nie tak, jak Polakom wydaje się, że powinna być wymawiana. W każdym razie, kubków nie było, dlatego tego dnia zakupiłem sobie bardzo ładny czerwony szalik, na którym znajdował się napis VALUR oraz dwa herby klubowe, które w przypadku normalnego nałożenia szalika były ułożone... do góry nogami.
No dobra, ale w końcu ta sekcja nazywa się Atmosfera - co jestem więc w stanie powiedzieć o rzeczonej atmosferze? Na dzisiejszym meczu pojawiło się łącznie 658 widzów, co na pewno jest wynikiem dużo mniej spektakulartnym niż w przypadku wczorajszego meczu Breidabliku. Jak zdążyłem wspomnieć, na meczu pojawili się również kibice gości, co jest o tyle imponujące, że klub Vestri nie pochodzi z aglomeracji Reykjaviku, a z Ísafjorður, a więc miasta położonego na północno-zachodnim skraju Islandii. Jeśli chodzi o doping, na trybunach dominowali oczywiście kibice gospodarzy; prowadzony przez obydwie strony doping nie był zbyt skomplikowany - zwykle ograniczał się on do wykrzykiwania haseł Valur! oraz Vestri! . Ale trzeba przyznać, że gospodarze czasem zdobywali się na bardziej skomplikowane piosenki - najbardziej zdziwiła mnie ta śpiewana w rytmie arii La donna e mobile (choć jak się potem okazało, nie jest to w Islandii coś wyjątkowego, ponieważ melodię tę usłyszałem również na jakimś innym stadionie).
| | Mecz |
    |
    |
Z racji tego, że dzisiejszy mecz był meczem pierwszej kolejki Besta Deildin 2025, w celu właściwego nakreślenia sytuacji muszę przedstawić jak drużyny radziły sobie jeszcze w poprzednim sezonie. Otóż Valur zakończył sezon 2024 na podium, konkretnie na jego najniższym miejscu, z kolei Vestri cudem uratowało się przed spadkiem, wyprzedzając HK Kópavogur jedynie bilansem meczów bezpośrednich lub też bilansem bramkowym (w przypadku Vestri wynosił on -21, a w przypadku HK -37). Faworyt dzisiejszego meczu był więc tylko jeden.
Gospodarze mogli (i powinni byli) wyjść na prowadzenie już w 4. minucie meczu, kiedy jeden z piłkarzy Vestri przypadkowo zagrał do Tryggvi Hrafna Haraldssona. Skrzydłowy Valura popędził w stronę bramki i oddał strzał sprzed pola karnego, który trafił w słupek bramki strzeżonej przez Guya Smita. Piłkę mógł jeszcze dobić do bramki Albin Skoglund, ale strzał Szweda w szczęśliwy sposób obronił powracający do bramki Smit. Gdzieś ok. 20 minuty gospodarze mieli kolejną groźną akcję, ale po dograniu piłki z prawego skrzydła w ostatniej chwili wybił ją sprzed opuszczonej bramki Sergine Fall. W 40. minucie gospodarze przeprowadzili bardzo podobną akcję, jednak nacierający z prawego skrzydła zawodnik Valura (zapewne Jonatan Ingi Jónsson) tym razem zdecydował się ściąć w pole karne i strzelać, jednak jego strzał poszybował nad bramką. Na przerwę zespoły schodziły przy rezultacie bezbramkowym. Mecz jak na razie był dosyć nudny, bo choć Vestri w zasadzie tylko się broniło, robiło to całkiem sensownie, bo nie dopuścili Valura do zbyt wielu klarownych sytuacji.
Druga połowa rozpoczęła się w istnie absurdalny sposób, ponieważ... goście wyszli na prowadzenie już w jej 12. sekundzie. Jeden ze stoperów Vestri zagrał lagę w kierunku pola karnego gospodarzy, piłkę głową strącił Vladimir Tufegdzić, a obrońca Valura, Orri Sigurdur Ómarsson ubiegł Diego Montiela, kierując przy tym piłkę do własnej bramki (Stefan Thor Agustsson nie miał w tej sytuacji nic do powiedzenia, został idealnie przelobowany). Bramka podrażniła piłkarzy Valura, którzy zmienili nastawienie na zdecydowanie bardziej ofensywne niż do tej pory. W 55. minucie Jónsson wbiegł z prawego skrzydła w pole karne Vestri i oddał mierzony strzał w kierunku okienka bramki gości. Smit tylko stał i patrzył jak piłka... odbija się ostatecznie od słupka i wraca wprost w jego ręce. W 65. minucie gospodarze w końcu wyrównali - długą piłkę na dobieg w pole karne zagrał Aron Jóhansson, przed linią końcową zdołał ją jeszcze wycofać Haraldsson, a Patrick Pedersen oddał silny strzał nie do obrony. Po wyrównaniu gra nieco się ustabilizowała - co prawda gospodarze nadal prowadzili grę, ale nie tworzyli już klarownych sytuacji. Najbliżej szczęścia byli w 81. minucie, kiedy po niezbyt udanym piąstkowaniu Smita piłkę głową próbował wybijać jeden z obrońców Vestri - jednak było to również niezbyt udane, ponieważ... skierował on piłkę w kierunku własnej bramki, lobując przy tym własnego bramkarza. Napastnik Valur i obrońca Vestri stoczyli przed opusczoną bramką kluczowy pojedynek główkowy, z którego zwycięsko wyszedł reprezentant gości. Ostatecznie mecz skończył się wynikiem 1:1, co należy ocenić jako sukces gości.
|
| |
| |
  
|
|