glownachomikmapatrocinytags
FCSB - AFC Hermannstadt 1:1 (0:1)
17.01.2025 20:00
Arena Naţională, Bucureşti
Superbet Superliga
Widzów: 5.404
Cena biletu: 30lei (normalny, Tribuna 2. Est)
               

Co prawda w Polsce nadal mamy przerwę zimową, jednak na szczęście są miejsca, gdzie w styczniu gra się w piłkę. Tym razem wybrałem się do Rumunii, a wycieczkę zaczynamy od meczu Steauy Bukareszt klubu o enigmatycznej nazwie FCSB.

Dotarcie na mecz
 
 

Wydaje mi się, że aktualnie nie ma tanich lotów między Polską a Rumunią, dlatego aby dostać się tam dostać musiałem trochę pokombinować z przesiadkami. W końcu jednak znalazłem odpowiednie tanie połączenie między Warszawą a Bukaresztem - z przesiadką... na lotnisku Sztokholm - Skavsta. Tak więc wyleciałem z Warszawy o 5:50 (po zapoznaniu się z nocnym rozkładem jazdy autobusów stwierdziłem, że aby bezproblemowo zdążyć na lotnisko, musiałem wstać o 1:30) i mniej więcej o 7:30 znalazłem się na lotnisku w Sztokholmie w Sztokholmskim Radomiu, skąd o 9:25 odlatywał samolot w kierunku Rumunii. Po ponad 2,5-godzinnym locie (którego znaczna część odbyła się nad Polską) wylądowałem na lotnisku Otopeni pod Bukaresztem o godzinie 13:10 czasu lokalnego (UTC+2). Stamtąd dojechałem na dworzec Gara de Nord kolejką, która co prawda strasznie się wlokła, jednak kosztowała zaledwie 6 lejów.

Po dotarciu po 14:00 w okolice Gara de Nord udałem się do lokalnego Mega sklepu w celu kupienia jakichś lokalnych przekąsek. Sklep był Mega wyłącznie z nazwy (połowa sklepów i sklepików w okolicy nazywała się właśnie Mega), stąd nie znalazłem w nim zbyt wielu ciekawych produktów, ale natrafiłem tam na popularną w Rumunii pastę z kawiorem... z karpia. Następnie zameldowałem się w swoim hotelu (wybrałem strategiczne miejsce, czyli tuż przy Gara de Nord), gdzie skonsumowałem wątpliwy rumuński przysmak (smakowało jak karp z zamulownego stawu), po czym wybrałem się na ekspresowe zwiedzanie Bukaresztu, bo pierwszy gwizdek na Arena Nationala miał mieć miejsce już o 20:00.

Jak na weekendowego entuzjastę historii przystało, najbardziej interesowały mnie wszelkie ślady związane z osobą Geniusza Karpat, dlatego głównymi punktami wycieczki były Casa Poporului (koniecznie od strony Bulevardul Victoria Socialismului/Unirii), niewielkie Muzeum Komunizmu na Starym Mieście, oraz parę placów (Piata Universitatii, Piata Palatului/Revolutiei, Piata Romana) - punkty, pomiędzy którymi starałem poruszać się metrem, zahaczając co ciekawsze stacje (Eroilor, Piata Romana, Titan). Po drodze napawałem się wyglądem kamieniczek oraz socjalistycznych budynków, ale przyznam, że nie miałem na to wszystko wiele czasu, ponieważ należało dotrzeć na rumuńską Arenę Nationala. Nie zdążyłem co prawda zjeść nic konkretnego, przez co przez cały dzień głównie odbijało mi się mulistym karpiem, ale obiecywałem sobie, że wynagrodzę to sobie jakąś dobrą przekąską na Arena Nationala (w końcu, to najbardziej nowoczesny stadion w całej Rumunii). Ale o tym chyba w kolejnej sekcji.

W drodze na stadion na małym osiedlowym skrzyżowaniu przytrafiła mi się dość specyficzna przygoda. Otóż w trakcie przechodzenia przez przejście dla pieszych patrzyłem w lewo na skręcający w moją stronę samochód - wiedząc, że musi się on zatrzymać przed przejściem (w końcu w Polsce wjazd na przejście, na którym jest już pieszy jest bardzo ciężkim wykroczeniem), przyspieszyłem, żeby kierowca nie musiał tyle czekać, ale ku mojemu zdziwieniu zorientowałem się, że... on wcale się nie zatrzymuje. Zacząłem więc biec, kierowca jechał dalej, a ostatni metr skoczyłem do przodu, w ostatniej chwili unikając uderzenia maski, którą już widziałem kątem oka (przez ułamek sekundy przemknęła mi już myśl - cholera, na pewno mnie uderzy, a ja nie wyrobiłem sobie karty EKUZ). Kierowca zatrzymał się parę metrów dalej, popatrzyliśmy się na siebie i odjechał. Idąc dalej, zastanawiałem się, dlaczego kierowca próbował mnie z premedytacją przejechać, ale po parodniowej obserwacji chaosu drogowego w Rumunii dochodzę do wniosku, że... to ja mogłem zachować się w tej sytuacji nieobliczalnie. Całkiem możliwe, że zgodnie z przyjętymi tu zwyczajami to ja miałem się zatrzymać na przejściu, a kierowca chciał szybko przede mną przejechać. No nic, w każdym razie udało mi się dotrzeć na stadion bez szwanku.

Stadion
 
 

Arena Nationala jest to najnowocześniejszy obiekt w Rumunii i jedyny w kraju stadion pięciogwiazdkowy, cokolwiek to znaczy (przyznam, że mam trochę braki jeśli chodzi o tematykę wysokiej klasy obiektów sportowych). Jeśli miałbym w jakiś krótki sposób scharakteryzować ten stadion, to jest to... taki rumuński odpowiednik naszego Stadionu Narodowego. Wszystko tu się zgadza: obiekt został oddany do użytku w 2011 roku, liczy 55 tysięcy miejsc (niektóre źródła podają 63 tysiące, ale to hipotetyczna pojemność w przypadku rozbudowy) utrzymanych w kolorystyce flagi narodowej, posiada zamykany dach (a na środku całej tej konstrukcji znajduje się wielki czterostronny telebim) i został on wybudowany na miejscu starego rozległego stadionu (oddanego do użytku w latach 50.). W zasadzie wszystko się zgadza, brakuje tylko plecionki w barwach narodowych na fasadzie obiektu.

W każdym razie, nie ma chyba większego sensu się rozpisywać na temat samego obiektu, ponieważ informacje o nim łatwo jest znaleźć w Internetach (stamtąd zresztą wziąłem dane do pierwszego akapitu). Jest to obiekt z najwyższej europejskiej półki - i tym dziwniejszy jest fakt, bilet na moje świetne miejsce właściwie na wysokości linii środkowej kosztował zaledwie... 30 lejów (czyli niecałe 26 zł). Co więcej, wstęp na najwyższej klasy sektor VIP wiązał się z zaledwie stulejowym (hehe) wydatkiem, ale ostatecznie się nie skusiłem (100 lei = 85 zł). A propos biletów, bilety na mecz były sprzedawane w dość popularnym w tym kraju trybie polegającym na tym, że pewna pula biletów została juz dawno wydrukowana, a prosząc w kasie o bilet nie można było wybrać konkretnego miejsca, a jedynie sfomułować swoje oczekiwania, licząc na to, że kasjer(ka) ma pod ręką coś, co będzie im w przybliżeniu odpowiadało. Taki tryb sprzedaży oznacza, że nie ma chyba możliwości wydrukowania biletów kupionych przez Internet (czego na szczęście tym razem nie zrobiłem).

Jak wspomniałem we wcześniejszej sekcji, zmierzając na mecz nie mogłem się doczekać odwiedzenia jakiegoś punktu gastronomicznego na stadionie, choćby w celu przepłacenia za hot-doga (szukając dalszych podobieństw z naszym Stadionem Narodowym). Na miejscu bardzo się jednak zdziwiłem, ponieważ w sprzedaży były jedynie chipsy, popcorn, napoje gazowane i gorąca przesłodzona herbata owocowa. Co więcej, nie jest to nawet kwestia wadliwej organizacji na samej Arena Nationala, ponieważ dokładnie taki sam zestaw przekąsek był dostępny na dwóch innych stadionach (pamiętających jeszcze Ceausescu), które odwiedziłem w kolejne dni. Wygląda to jakby jakaś jedna firma (za odpowiednią łapówką, bo nie da się tego inaczej wytłumaczyć) zmonopolizowała catering na rumuńskich obiektach - w każdym razie, tak to skomentował K., bo ja sam nie wykazałbym się taką przenikliwością.

Atmosfera
 
 

Każdy zapewne kojarzy nazwę Steaua Bukareszt. Stołeczny klub był pierwszym klubem zza Żelaznej Kurtyny, który wygrał Ligę Mistrzów (wówczas znaną jako Puchar Europy Mistrzów Krajowych), pokonując w 1986 roku Barcelonę (po bezbramkowym remisie Steaua wygrała w karnych, a Helmuth Duckadam obronił wszystkie cztery jedenastki Katalończyków). Za czasów Socjalistycznej Republiki Rumunii Steaua (jak na wojskowy klub przystało) była czołowym klubem i zgarnęła w tym czasie 14 mistrzostw kraju, a po upadku Ceausescu nadal utrzymała się na topie i dołożyła 12 kolejnych, po czym... nastąpił rok 2017, w którym klub utracił prawa do nazwy Steaua oraz herbu. Nastąpił przymusowy rebranding, który do złudzenia przypominał zmiany, które na użytek Pro Evolution Soccer robiło Konami (a od pewnego czasu również i EA Sports w serii FIFA) w przypadku gdy nie miało licencji na daną ligę/drużynę. Klub przyjął więc enigmatyczną nazwę Piemonte Calcio FCSB oraz niebudzący totalnie żadnych emocji mierny emblemat z raczej niespotykanym motywem ośmioramiennej gwiazdy.

Tak się składa, że dzisiejszym przeciwnikiem FCSB był również dość specyficzny klub. AFC Hermannstadt został założony zaledwie 10 lat temu i z bliżej nieokreślonych (przynajmniej dla mnie) przyczyn w jego nazwie zastosowana jest niemiecka nazwa miasta, z którego pochodzi (Sibiu w Siedmiogrodzie). Nazwa klubu niezbyt dobrze przyjęła się w Rumunii, m.in. nie jest akceptowana przez samych kibiców klubu (którzy dziś dopingowali swoją drużynę z sektora gości głównie okrzykami Sibiu! Sibiu!). Miałem też wrażenie, że spiker stadionowy witając na dzisiejszym meczu kibiców, mówił o meczu FCSB z gośćmi z Sibiu (przy czym, mówił to po rumuńsku, więc jest całkiem duża szansa, że źle to zinterpretowałem).

Przyznam, że mocno mnie zastanawiało, jak będzie wyglądała atmosfera na dzisiejszym meczu. Steaua to oczywiście wielka marka, jednak biorąc pod uwagę, że klub utracił do niej prawa w 2017 roku, a wojsko powołało w międzyczasie do życia nową sekcję piłkarską (drużyna o nazwie CSA Steaua Bukareszt gra aktualnie na drugim poziomie rozgrywkowym), FCSB jawi się jako sztuczny twór i zastanawiałem się, czy wspierają go w ogóle jakieś grupy kibicowskie. Otóż odpowiedź brzmi - tak, i to całkiem licznie. Na trybunie zabramkowej zebrało się jakieś 1500 osób, które przez cały mecz prowadziły w zasadzie nieprzerwany doping - czasem cichszy, czasem głośniejszy, w każdym razie, faktem jest, że cały czas było coś śpiewane, a bęben chyba ani razu nie umilkł (niestety, nie jestem w stanie przytoczyć absoltunie żadnej piosenki, która była śpiewana). Tak samo przez cały mecz kilkunastu kibiców niestrudzenie wymachiwało flagami na kijach. Na froncie młynu wywieszone było kilka flag, w których nazwie przede wszystkim przewijało się słowo Nord (co jest o tyle zabawne, że trybuna, którą zajmowali kibice była położona od południowej strony boiska). Jak wspomniałem, na stadionie byli obecni również kibice gości, na oko w liczbie ok. 30-40. Kiedy natrafili na odpowiedni moment, ich okrzyki Sibiu! Sibiu! były dobrze słyszalne. Ogólnie dzisiejszy mecz zgromadził na stadionie ponad 5 tysięcy kibiców, co biorąc pod uwagę piątek i temperaturę ok. 0'C było niezłym wynikiem, jednak biorąc pod uwagę, że spotkanie odbywało się na 55-tysięczniku, wyglądało to dość nijako.

Jeszcze przed meczem, idąc alejką w stronę bram stadionowych, ujrzałem dość zabawny widok, jakim były dwa bardzo podobne modułowe sklepiki klubowe położone po obydwu stronach alejki. Po jednej stronie znajdował się sklep kibiców, po drugiej sklep klubu. Co ciekawe, na obydwu sklepikach znajdowała się informacja, że sklep/pamiątki są oficjalne, na obydwu sklepikach znajdowały się również oficjalne emblematy FCSB. Jestem ciekaw jak to możliwe, że vis a vis oficjalnego sklepu klubu znajduje się konkurencja, która używa dokładnie tego samego herbu ale chyba nikogo to nie obchodzi, dopóki żaden ze sklepów nie używa herbu Steauy. Udałem się do oficjalnego sklepu klubu, gdzie za 40 lejów kupiłem sobie szalik - i wyglądał on dokładnie tak, jak powinien wyglądać szalik sztucznego tworu, ponieważ był to zapakowany w foliową torebkę pas cienkiego materiału z wysokiej jakości wielokolorowym nadrukiem (przy czym, to nie jest kwestia samej sztuczności FCSB, ponieważ w Rumunii taki szalik to dość popularny gadżet).

Mecz
 
 

Utrata praw do nazwy Steaua była dla FCSB dużym ciosem, za którym poszedł chyba też pewien regres poziomu sportowego, jednak w 2024 roku zespół zdobył mistrzostwo Rumunii - 27., lub też 1., w zależności od tego, jak na to patrzeć. W sezonie 2024/25 po rundzie jesiennej FCSB było viceliderem Superbet Superligi z 37 punktami na koncie, walcząc przy okazji o miejsca TOP8 w Lidze Europy. Z kolei drużyna z Hermannstadt Sibiu zajmowała po 22 kolejkach 9. miejsce w tabeli z 26 punktami na koncie. Goście wbrew pozorom mieli o co dziś walczyć, bo po 30 kolejkach liga rumuńska dzielona jest na 2 części i zespoły z miejsc 1-6 walczą w tzw. grupie mistrzowskiej (a pozostałe w grupie spadkowej). Ale to gospodarze byli dziś zdecydowanym faworytem.

I rzeczywiście, w ciągu pierwszych pięciu minut piłkarze FCSB wykręcili już spore xG - już w 3. minucie Catalin Cabuz w bardzo szczęśliwy sposób obronił strzał z kilku metrów Florina Tanase... w zasadzie to nawet nie tyle obronił, co piłka odbiła się od jego nogi i trafiła w poprzeczkę. Dwie minuty później po dośrodkowaniu z kornera Cabuz popełnił duży błąd przy wyjściu na przedpole przez co jeden z piłkarzy FCSB skierował głową piłkę w kierunku pustej bramki, na linii jednak bardzo dobrze interweniował jeden ze stoperów gości. Zaledwie pół minuty później po kolejnej wrzutce w pole karne Daniel Birligea znalazł się sam na wprost Cabuza, jednak w tej sytuacji musiał uderzać dość ekwilibrystycznie i jego wolej minimalnie minął bramkę gości. Bramki były chyba tylko kwestią czasu.

Przy czym, zupełnie niespodziewanie to goście z Sibiu (wczuję się w Rumunów i nie będę używał nazwy Hermannstadt) wyszli na prowadzenie. W 13. minucie po bardzo dobrze wyprowadzonej kontrze Ianis Stoica podał w polu karnym do ustawionego na 6. metrze tyłem do bramki Aureliana Chitu. Napastnik Sybińczyków mimo tego, że miał za sobą obrońcę (Joyskim Dawa) zdołał obrócić się i skierował piłkę do bramki między nogami Stefana Tarnovanu. Zapamiętajcie dobrze nazwisko bramkarza FCSB, ponieważ... nie pojawi się ono już więcej w tej sekcji. Był to bowiem jedyny strzał gości w tym meczu. I nawet nie chodzi tu tylko o strzały celne - chodzi o jakiekolwiek strzały (!).

Od tego czasu aż do końca meczu mieliśmy już tylko akcje FCSB. Gospodarze grali dość fajnie w ataku pozycyjnym i widać było, że pod względem technicznym piłkarze prezentowali dużo wyższą jakość niż np. zawodnicy z naszej Ekstraklasy. Niemniej, goście z Sibiu, choć bronili się bardzo głęboko, całkiem dobrze się ustawiali i nawet jeśli piłkarze FCSB wymieniali wielokrotne podania w ich polu karnym, nie dochodzili zwykle do klarownych sytuacji. W 36. minucie po dośrodkowaniu z kornera Cabuz obronił zarówno strzał głową Dawy, jak i dobitkę z bliska Malcoma Edjoumy. W przerwie trener FCSB dokonał dwóch zmian w składzie (na boisko weszli Juri Cisotti oraz Alexandru Baluta) i ciężar gry coraz bardziej zaczął się przenosić pod bramkę gości. W 59. minucie Cisotti świetnie zagrał piętą do Baluty, a ten dorzucił piłkę do Birligei, którego strzał z woleja po rykoszecie nieznacznie minął długi słupek bramki Cabuza. W 79. minucie po świetnym zagraniu Mariusa Stefanescu (kolejny zmiennik) Baluta znalazł się oko w oko z Cabuzem, ale jego strzał z ostrego kąta trafił tylko w boczną siatkę. W 84. minucie po dośrodkowaniu z rzutu wolnego piłka uderzona głową przez Adriana Suta zmierzała w światło bramki, ale z linii bramkowej znów wybił ją jeden z obrońców z Sibiu (chyba Tiberiu Capusa).

W końcu jednak gospodarzom udało się wyrównać. W 86. minucie piłka trafiła w polu karnym do Valentina Cretu, który miał na tyle dużo miejsca, że przełożył sobie jeszcze piłkę na lewą nogę i oddał idealny techniczny strzał prosto w okno bramki strzeżonej przez Cabuza (który akurat w tej sytuacji nawet nie interweniował). W doliczonym czasie gry świetną okazję w miał jeszcze znajdujący się w polu bramkowym Baluta, ale w ostatniej chwili jego strzał zablokował kapitan gości, Ionut Stoica. Mecz zakończył się podziałem punktów.

next  prev