glownachomikmapatrocinytags
Ursus Warszawa - Pelikan Łowicz 1:2 (1:1)
03.06.2023 17:00
Stadion KS Ursus, Warszawa
3. liga, gr. I
Widzów: ~400
Cena biletu: - (bilet darmowy)
     

Odkąd pamiętam (a w zasadzie, od kiedy interesuję się piłką na poziomie niższym niż pierwszoligowy), Ursus zawsze występował w III lidze. W końcu jednak nadszedł dzień, kiedy mogło to się zmienić, a Ursus mógł niestety przypieczętować spadek na piąty poziom rozgrywkowy. Nie mogło mnie oczywiście tam zabraknąć (a także K., który również zainteresował się dzisiejszym szlagierem).

Dotarcie na mecz

Cóż, nie mam zbyt wiele ciekawego do napisania w tej sekcji, a nawet nie zrobiłem żadnych zdjęć, które mógłbym tu wrzucić w miniaturce. Z racji tego, że aktualnie mieszkam w Warszawie, wsiadłem w autobus miejski (chyba #220, ale nie chce mi się już dokładnie szukać) i wysiadłem gdzieś na Ursusie. Po 10-minutowym spacerze spotkałem się z K. (a.k.a. Karczownik, zgodnie z pseudonimami, które przypisałem uczestnikom futbolowej pielgrzymki do San Marino) w umówionym punkcie przy burgerowni, gdzie spożyliśmy przedmeczową strawę i udaliśmy się w stronę stadionu Ursusa.

Na obiekcie odbywał się jakiś festyn z okazji Dnia Dziecka, były jakieś tam dmuchańce i inne atrakcje, ale nas zainteresował głównie fakt, że można było zarówno zobaczyć boczne boisko (parę lat temu zapłaciłem za taką przyjemność całe 10 PLN i to w czasach, gdy 10 PLN jeszcze coś znaczyło), jak i zakupić pamiątki na działającym stoisku. Na stoisku zakupiłem sobie bardzo fajny szalik Ursusa (wśród dzieciaków większą popularnością na stoisku cieszyły się szaliki... legijne) - kubka nie potrzebowałem, ponieważ nabyłem go jeszcze w czasach przedchomikowych. W końcu, weszliśmy na teren właściwego stadionu.

Stadion
 

Co nieco o stadionie Ursusa napisałem parę lat temu w mojej relacji z meczu Ursusa z ŁKS-em Łomża. Co prawda tamten mecz odbył się na boisku bocznym, ale i tak poświęciłem wówczas głównemu obiektowi dość długi akapit.

Od tamtego czasu niewiele zmieniło się na samym stadionie - nadal składa się on z trybuny głównej liczącej ok. 1000 miejsc - przyzwoite krzesełka w kolorach pomarańczowym i niebieskim tworzą napis URSUS. Część trybuny objęty jest przez dość estetyczny niebieski daszek, który tego dnia uratował nas przed udarem słonecznym, ponieważ mecz odbywał się w pełnym słońcu, a sama trybuna znajduje się od północnej strony boiska. Trybuna stadionowa niestety nie jest zbyt wysoka, a dodatkowo sam stadion posiada dość szeroką bieżnię, która powoduje, że odległość od linii bocznej boiska do pierwszych krzesełek to jakieś 14 metrów. Jedyną zaletą bieżni jest fakt, że ten kolor tartanu całkiem ładnie komponuje się z kolorem trybuny (stadion Ursusa kiedyś mignął mi też jako tło do jakiejś reklamy telewizyjnej).

Już przed meczem wiedziałem, że wejście na stadion jest niestety darmowe, ale ku mojej radości, w momencie wejścia na trybunę dostaliśmy po darmowym bilecie. Co prawda przy bramkach wejściowych znajdowała się również pucha, gdzie można było wrzucić coś co łaska, ale jej również się nie spodziewałem i nie miałem niestety przygotowanych na tę okazję żadnych drobnych. Po wejściu na stadion, K. oddał mi swój bilet, argumentując, że i tak zamierzał go wyrzucić. Co ciekawe, w przerwie meczu okazało się, że bilety są jednocześnie losami, które brały udział w jakiejś loterii (do wygrania były chyba pamiątki piłkarskie). Niestety, nic nie wygrałem (i to pomimo podwójnej szansy).

Atmosfera
 

Dzisiejszy mecz o wszystko przyciągnął dość dużą publiczność - na trybunach znalazło się jakieś 400 widzów (nie jestem dobry w liczeniu ludzi, ale najwyższy spośród wygrywających tego dnia biletów miał chyba numer z przedziału 200-300, więc myślę, że nic nie zaniżyłem). Atmosfera na meczu była bardzo specyficzna - dopingu nie było tego dnia zbyt dużo, a kiedy już był, to robiły go przede wszystkim dzieciaki (przy okazji, parę razy rolę gniazdowego odgrywał... spiker stadionowy). Dzieciaki machały flagami i śpiewały przeróżne hasła, takie jak Ursus KS!, Ursus Warszawa!, czy też parę dłuższych piosenek. Zdecydowanie najczęściej śpiewano sztandarową Ursusową przyśpiewkę (na tyle sztandarową, że znajdowała się ona również na zakupionym przeze mnie szaliku), czyli:

Traktorki, Traktorki, Traktorki to My!

(śpiewane w rytmie Kalinki) Poza tym, spośród innych piosenek najbardziej zapadł mi w pamięć fakt usłyszenia takiej piosenki jak:

Kto tak gra, kto tak gra, kto tak pięknie w pilkę gra?
To nasz Ursus ukochany, to jest Ursus Warszawa!

Jest to o tyle ciekawe, że piosenka ta jest raczej Polonijna, więc... jestem ciekaw, skąd dzieciaki ją podłapały i czy doszło do jakiegoś importu przyśpiewki ze stadionu im. Sosnkowskiego (KSP) na stadion przy ul. Sosnkowskiego (Ursus). Oczywiście zdecydowanie więcej było prób przystosowywania do lokalnych potrzeb piosenek Legijnych. Przyznam, że jedna z nich wyszła zaskakująco dobrze:

Nie poddawaj się,
KS Ursusie!

Pomimo tego, że spotkanie zakończyło się porażką gospodarzy (Pelikan po prostu grał dużo lepiej), kibice docenili swoich piłkarzy za ambicję i zaangażowanie i podziękowali im po meczu. Bardzo ciekawa odmiana, ponieważ na zdecydowanej większości stadionów po meczu definitywnie przesądzającym o spadku drużyny należałoby raczej spodziewać się przede wszystkim bluzgów.

Mecz
 

Sytuacja Ursusa przed dzisiejszym meczem była, delikatnie mówiąc, nie najlepsza. Może najpierw oddajmy głos spikerowi stadionowemu, który nakreślił przed meczem sytuację klubu:

Nasza drużyna zajmuje 18. miejsce w tabeli. Dlaczego mówię, że Ursus jest na 18. miejscu, a nie, że Ursus jest ostatni? Bo, proszę Państwa, Ursus nigdy nie jest ostatni!

A konkretnie, sytuacja wyglądała tak, ze na 3 kolejki przed końcem sezonu Ursus znajdował się na ostatnim 18. miejscu ze stratą 6 punktów do zajmującej 15. miejsce Warty Sieradz (po zakończeniu sezonu okazało się, że 16. miejsce również było bezpieczne, ponieważ po sezonie z ligi wycofał się Sokół Ostróda... ale niewiele to zmieniało, bo gospodarze tracili 6 punktów także i do 16. miejsca). W zasadzie tylko komplet zwycięstw przy korzystnym układzie wyników na innych boiskach mógłby dać Traktorkom utrzymanie. Nie było to niemożliwe, w poprzedniej kolejce gracze Ursusa wywieźli punkt z Grodziska Mazowieckiego, skutecznie komplikując tamtejszej Pogoni walkę o awans.

Problem w tym, że dzisiejszym rywalem Warszawiaków był bardzo solidny Pelikan Łowicz - w przypadku tej drużyny zaliczyłem jakiś totalny ewenement, ponieważ w tym sezonie był to już mój trzeci mecz ligowy, kiedy oglądałem gości z Łowicza (poza dzisiejszym meczem, widziałem Pelikana w Mławie oraz w Błoniu). Już od początku meczu było widać różnicę w poziomie gry obydwu drużyn - co prawda ciężko było rozróżnić piłkarzy po strojach (jedni byli jednolicie zieloni, drudzy jednolicie niebiescy, a biorąc pod uwagę, że mecz oglądało się pod słońce, kolory te były prawie identyczne), ale ewidentnie gra toczyła się pod bramką gospodarzy. W 14. minucie goście wyszli na prowadzenie - Jakub Pawlicki wrzucił w pole karne, gdzie goście oddali w jednej akcji w sumie 3 strzały. Dwa pierwsze zostały zablokowane przez wślizgi obrońców Ursusa, ale już trzecia próba (uderzał Adrian Olpiński) po odbiciu się od słupka trafiła do bramki.

Gospodarze raczej odstawali dziś pod względem sportowym, ale nie można było odmówić im woli walki. W 25. minucie udało im się wywalczyć rzut rożny, który został rozegrany w taki sposób, że Bartosz Wiśniewski (który niecałe 20 lat temu w Zniczu Pruszków tworzył słynny duet napastników z niejakim Robertem Lewandowskim) wrzucił na krótki róg, a tam głową do bramki trafił Mateusz Muszyński. Do przerwy gospodarze mieli całkiem niezły wynik, dający jeszcze nadzieję na zgarnięcie pełnej puli.

Drugą połowę Ursus zaczął bardzo ambitnie - w pierwszej akcji drugiej połowy po wrzutce z lewego skrzydła piłka znalazła się w bramce gości. Do wrzutki wyskoczyli Adam Osica (gracz Ursusa) oraz Mateusz Wlazłowski (bramkarz Pelikana). Gracze zderzyli się w polu bramkowym, przez co Wlazłowskiemu piłka wyślizgnęła się z rąk i złapał ją on dopiero za linią bramkową. Sędzia rozstrzygnął tę sytuację jako faul na bramkarzu i podyktował rzut wolny - decyzja ta była raczej prawidłowa; po tej sytuacji doszło do zmiany bramkarza, a kontuzjowanego Wlazłowskiego zmienił Patryk Orzeł. Gospodarze próbowali wykorzystać fakt, że przeciwnik gra pod słońce i to z rezerwowym bramkarzem i coś tam atakowali, ale w końcu nadeszła feralna 61. minuta. Po spóźnionym wejściu Patryka Jurczyńskiego piłkarze Pelikana dostali rzut wolny z nieco ponad 30 metrów. Do piłki podszedł Jakub Garnysz i świetnym strzałem w długi róg pokonał nie najlepiej chyba ustawionego w tej sytuacji Mateusza Barana.

Niemniej, spiker stadionowy przekonywał nas, że nic się nie stało, jest jeszcze dużo czasu, nadal należy wierzyć w piłkarzy Ursusa, itp. Nie wiem, czy było to poparte jakimiś racjonalnymi argumentami, czy był to już zwykły urzędowy optymizm. W każdym razie, gospodarze rzeczywiście mogli wyrównać już w 65. minucie, kiedy to z kornera wkręcał Maciej Prusinowski, a Orzeł był na tyle zajęty nieprzepisowym odpychaniem gracza Ursusa, że interweniował z opóźnieniem i ledwo udało mu się strącić spadającą mu za kołnierz piłkę. Ta trafiła do Wiśniewskiego, który zagrał z pierwszej piłki w pole bramkowe, ale tam Filip Dzielak (to chyba był on) niestety przegrał pojedynek główkowy z obrońcą Pelikana. To była zdecydowanie najlepsza okazja Ursusa na wyrównanie. Gospodarze stopniowo przechodzili na coraz bardziej rozpaczliwe wrzutki w kierunku pola karnego Pelikana, ale niestety, wynik już nie uległ zmianie.

W końcu, wybrzmiał ostatni gwizdek, a Ursus definitywnie pożegnał się z III ligą, ponieważ nawet w przypadku odrobienia 6-punktowej straty do 15. miejsca, miał on nadal niekorzystny bilans meczów bezpośrednich z Wartą Sieradz i Sokołem Ostróda. Spiker stadionowy rozstrzygnął zaś zastanawiającą mnie kwestię, czy jego optymizm w trakcie dzisiejszego meczu był uzasadniony jakimiś merytorycznymi argumentami:

Niestety, dziś nie udało się wygrać, jednak ciągle mamy nadzieję, że Ursusowi uda się utrzymać w lidze.

...czyli jednak nie był.

next  prev