glownachomikmapatrocinytags
San Marino - Malta 0:2 (0:0)
05.06.2022 15:00
Stadio Olimpico di Serravalle
Liga Narodów, Dywizja D
Widzów: 558
Cena biletu: 10 € (normalny, Tribuna Nord)
       

Tym razem mam coś naprawdę specjalnego - relacja z prawdziwej Kolebki Futbolu i obowiązkowej destynacji każdego prawdziwego fana piłki nożnej, a chodzi tu oczywiście o Najjaśniejszą Republikę San Marino. Relacja będzie wyjątkowa, ponieważ tym razem na meczu pojawiłem się w większym gronie, wraz ze znajomymi: A., Ć. oraz K. (kolejność alfabetyczna)

Dotarcie na mecz
 

Wybranie się do San Marino w celu wspólnego obejrzenia tam meczu to pomysł tak... ekstrawagancki, że aż dziwne, że to nie ja na to wpadłem. Za pomysł ten odpowiada przede wszystkim A., który stwierdził, że warto by było się spotkać całą czwórką w jakimś bardzo dziwnym miejscu - a najlepiej oglądając najgorszy mecz piłki nożnej w całej Europie, czyli mecz międzypaństwowy między ostatnią i przedostatnią drużyną w grupie Dywizji D Ligi Narodów. Swoją drogą, może powinienem nadać wszystkim znajomym jakieś pseudonimy bazujące na nazwach gryzoni, zamiast używać samych inicjałów niczym w przypadku przestępców. Np. Afrowiórka, Chomikomyszka (nie ma gatunków gryzoni na literę Ć) oraz Karczownik.

No więc, Chomikomyszka oraz Karczownik dotarli do Najjaśniejszej Republiki San Marino już w piątek (lotem Modlin - Rimini), gdzie spotkali się z Afrowiórką, który przyjechał pociągiem ze Szwajcarii (taki to pożyje). Ja, ze względu na swoje zobowiązania wobec pracodawcy, mogłem dołączyć do nich dopiero w sobotę. Nie miałem zbyt prostej drogi do San Marino, ponieważ moja podróż od momentu opuszczenia mieszkania do przybycia do hotelu w Domagnano trwała jakieś 10,5 godziny i w zasadzie obejmowała 8 środków transportu... może będzie łatwiej, jeśli to wyliczę:

Warszawa Metro Kabaty → Warszawa Metro Centrum (standardowa podróż metrem)
Warszawa Centralna → Modlin (Koleje Mazowieckie)
Modlin → Lotnisko Modlin (autobus zastępczy Kolei Mazowieckich)
Lotnisko Modlin → Aeroporto Bologna (lot Ryanair)
Aeroporto Bologna → Bologna Centrale (Marconi Express)
Bologna Centrale → Rimini (Trenitalia Frecciarossa)
Rimini → San Cristoforo Marignan (autobus miejski #16)
San Cristoforo Marignan → Domagnano (na piechotę)

Pierwotny plan był co prawda odrobinę inny, ale na lotnisko w Bolonii przyleciałem z godzinnym opóźnieniem. Częściowo nadrobiłem je poprzez fakt, że na lotnisku udało mi się wyprzedzić cały potok ludzi i załapałem się dość wcześnie na kolejkę Marconi Express, która odjeżdżała spod lotniska do centrum Bolonii. Kolejka ta była jedynym pojazdem użytkującym tor na prowadzącej do miasta estakadzie i co ciekawe, pojazd był niesamowicie ciasny i ledwo pomieścił on fizycznie jakieś 50 osób. Gdyby tylko Tesla produkowała szynobusy, być może zerżnięty od niej pojazd im. Marconiego byłby bardziej funkcjonalny. Po przyjeździe na stację w Bolonii miałem kolejny powód, żeby się denerwować, ponieważ miałem zaledwie 15 minut na zakup biletu na pociąg w automacie, podczas gdy wszyscy będący przede mną w kolejce ludzie uprawiali z tym automatem jakąś strasznie długą grę wstępną, jakby mieli się z tym automatem pieprzyć. I dopiero kiedy przyszła kolej na mnie, zorientowałem się, dlaczego tak długo im to zajmowało. Automat ten ładował kolejne informacje dość długo, a sam dość dużo wymagał od klienta. Należało mu podać m.in... swój numer telefonu oraz imię i nazwisko. W każdym razie, udało mi się przeklikać to wszystko o czasie i zdążyć na pociąg. Bardzo mi się podobało, że na stacji w Bolonii na specjalnych ekranach była wyświetlana informacja, w którym miejscu zatrzyma się dany wagon pociągu, dzięki czemu postój na tak istotnej stacji jak Bologna Centrale mógł trwać jakieś 2 minuty (przy okazji - okazało się, że szarpnąłem się na tzw. Trenitalia Frecciarossa, czyli włoski pociąg premium, rozwijający prędkość ~180 km/h). Podróż do Rimini upłynęła w pięknej scenerii, wszędzie znajdowały się winnice i kolorowe włoskie domki, a w oddali Apeniny. W końcu dojechałem do stacji Rimini z 12-minutowym opóźnieniem; tam zgarnął mnie Afrowiórka, który tego dnia zwiedzał na własną rękę Rimini.

Nasze perspektywy rysowały się w ciemnych barwach, ponieważ ostatni autobus do San Marino odjechał 25 minut temu, a ostatni podmiejski autobus linii #16 (podjeżdżający w pobliże granicy z San Marino) zgodnie z planem powinien był odjechać jakieś 5 minut temu. Można było co najwyżej liczyć na to, że autobus #16 będzie opóźniony. I co ciekawe... po kilku minutach oczekiwania na przystanku rzeczywiście przyjechał po nas autobus linii #16, opóźniony o jakieś 10 minut . Niech żyje południowa kultura mañany, w której wszystkie opóźnienia są tak dobrze skoordynowane, że koniec końców wszędzie można zdążyć. Po zajęciu miejsc w autobusie linii #16 spędziliśmy w nim ponad pół godziny, podczas których zobaczyłem manewry w górskim terenie, których nigdy bym się nie spodziewał po niskopodłogowcu (przede wszystkim, wjazdy po wzniesieniach, na których mógłbym nie dać rady rowerem), aż w końcu wysiedliśmy na położonym nieopodal granicy z San Marino przystanku o nazwie San Cristoforo Marignan. No i teraz przyszła pora na najlepsze - otóż, poszliśmy stamtąd do San Marino na piechotę.

Kiedy jako 9-latek oglądałem w 2002 roku w telewizji mecz San Marino - Polska (straszny zakalec, do jakiejś 75. minuty było 0:0, Zbigniew Boniek był absolutnie tragicznym selekcjonerem), w życiu bym się nie spodziewał, że za niecałe 20 lat sam odwiedzę ten dziwny kraj... i na dodatek pójdę tam na piechotę. San Marino jest krajem górzystym i generalnie chyba bardzo nieprzyjaznym osobom otyłym - nasza droga do hotelu w Domagnano liczyła jakieś 5 kilometrów, ale prowadziła po różnego rodzaju wzniesieniach i jeśli wierzyć Google Maps, najpierw zeszliśmy ok. 120 metrów w dół, by następnie wejść ok. 250 metrów w górę. Do hotelu w Domagnano doszliśmy o godzinie 21:40, a Chomikomyszka oraz Karczownik powitali nas słowami 3 minuty spóźnienia!. Załapaliśmy się jednak jeszcze na otwartą kuchnię i nasyciliśmy się prawdziwą włoską pizzą oraz prawdziwym vino della casa (a przynajmniej ja, ponieważ Afrowiórka wybrał Aperol).

A następnego dnia wybraliśmy się do Serravalle na mecz. Z Domagnano do Serravalle dojechaliśmy autobusem lokalnego potentata transportowego Bonelli Bus ok. 11:50 - do meczu mieliśmy więc jeszcze ponad 3 godziny, które musieliśmy sobie w odpowiedni sposób zagospodarować. Obejrzeliśmy miasto, zobaczyliśmy stadion z zewnątrz, zobaczyliśmy Piazzale Papa Giovanni Paolo Secondo (w sumie, był to zwykły parking nieopodal stadionu) i zjedliśmy przyzwoity posiłek. Po dokończeniu naszego posiłku, wybraliśmy się na Stadio Olimpico di Serravalle, a Karczownik dokonał zakupu biletów na mecz w tajemniczej budce kasowej, w której niewidoczny kasjer był schowany w ciemnościach za szczeliną niewiele większą niż gloryhole. Karczownik wsunął do szczeliny nasze dowody osobiste oraz pieniądze, a po pewnym czasie nasze dokumenty wyjechały z niej z powrotem, a wraz z nimi najprawdziwsze bilety. Przeszliśmy z nimi przez bramki biletowe i w końcu to, w co zupełnie nie wierzyliśmy, stało się faktem - dostaliśmy się na mecz reprezentacji San Marino!

Stadion
 

Stadion jest znany pod nazwami Stadio Olimpico di Serravalle oraz San Marino Stadium - w sumie, obydwie te nazwy mają w sobie coś dziwnego, ponieważ jedna ma w sobie przymiotnik olimpijski, a druga jest anglojęzyczna. Zgodnie z oficjalnymi danymi, stadion został zbudowany w 1969 roku i liczy 6664 miejsca. Składa się on z dwóch trybun - trybuny głównej, położonej od wschodniej strony boiska i dla niepoznaki nazwanej Tribuna Nord oraz znajdującej się naprzeciw niej trybuny zachodniej, która zapewne nosi miano Tribuna Sud. Pomiędzy trybunami a boiskiem znajduje się niestety bieżnia - i to całkiem szeroka (to chyba jej stadion zawdzięcza swoją olimpijskość w nazwie). Za południową bramką znajduje się wielki telebim pozwalający na wyświetlanie dowolnych treści, z kolei za bramką północną znajduje się wysokie wzniesienie (jak to w San Marino), z którego stoku można oglądać mecze za darmo, a widok jest chyba nie najgorszy (dałoby się w ten sposób zaoszczędzić całe 10€, ale w naszym przypadku mijałoby się to oczywiście z celem).

Swoją drogą, niektórzy zapewne kojarzą, że w języku włoskim poza słowem Tribuna funkcjonuje również inne słowo, a mianowicie Curva - nie znaleźliśmy go jednak ani na biletach, ani na żadnych schematach stadionowych. Po zrobieniu researchu w Internecie wywnioskowałem, że słowo to odnosi się jedynie do trybun zabramkowych - a wzięło się to stąd, że stadionach starszego typu są one wyraźnie łukowate (wł. curva - zakręt/łuk). Na stadionie w Serravalle trybun zabramkowych nie było, a co za tym idzie - również i Curev.

Tego dnia kibice byli wpuszczani jedynie na trybunę wschodnią, czyli Nord - zarówno kibice gospodarzy, jak i kibice gości, pomimo tego, że oficjalny sektor gości mieści się na trybunie Sud (a, właśnie, na meczu pojawiła się całkiem pokaźna delegacja kibiców z Malty, o czym będzie więcej w kolejnych sekcjach). Trybuna Nord liczy jakieś 4,5 tys. miejsc siedzących, a krzesełka są w kolorach białym i błękitnym, a więc oczywiście w barwach narodowych San Marino. Trybuna jest w pełni zadaszona, choć w przypadku deszczu mogłoby się okazać, że ludzie w pierwszych rzędach mogliby zmoknąć (problem ten jest jednak czysto akademicki, ponieważ nie wyobrażam sobie, żeby na jakimś meczu w San Marino mógłby pojawić się komplet publiczności). Pomiędzy trybunami stadionu a boiskiem znajduje się ok. 2,5-metrowa przezroczysta ściana - dość nietypowe rozwiązanie, ale nie zdziwiłbym się, gdyby okazało się, że taka groundhopperska lokalizacja miała w przeszłości problemy z zagranicznymi kibicami wbiegającymi na murawę. Przy trybunie, w tym samym niedużym budynku co kasy biletowe, znajduje się punkt gastronomiczny, ale nie pamiętam, co oferowali (być może piadinę - przekąskę dość charakterystyczną dla San Marino i regionu Włoch, w którym znajduje się enklawa).

Trybuna zachodnia (Sud) jest nieco mniejsza - liczy ona ok. 2 tys. miejsc siedzących (utrzymanych w podobnej kolorystyce do tych na trybunie Nord) i jest zaledwie częściowo zadaszona (a konkretnie, zadaszona jest jej środkowa część). Jak wspomniałem, znajduje się tam m.in. sektor gości, ale tego dnia goście zostali wpuszczeni na mecz na takich samych warunkach jak kibice gospodarzy.

Atmosfera
 

Jeszcze przed meczem żartowaliśmy sobie, że poza San Marino (oraz Włochami), to Polska będzie najliczniej reprezentowaną nacją na trybunach, z racji naszej silnej grupy wyjazdowej liczącej 4 osoby. Pomysł, że ktoś z Malty mógłby pofatygować się do San Marino specjalnie na mecz dość ogórkowej Ligi Narodów, był dla nas totalnie abstrakcyjny. Kiedy jednak przed meczem siedzieliśmy w znajdującej się kilkaset metrów od stadionu restauracji (gdzie z kolei śmieszkowaliśmy, że właściciel zamyka o 14, ponieważ o 15 gra mecz Ligi Narodów), nasz posiłek przerwały dochodzące z zewnątrz dźwięki trąbki i jakieś dziwne śpiewy. Po wyjrzeniu z naszego lokalu, zobaczyliśmy cały pochód kibiców z Malty, w liczbie ponad 100 osób, a wszyscy byli w biało-czerwonych narodowych barwach. Kibice przemarszowali nieopodal naszego lokalu, śpiewając i machając do sanmaryńczyków, którzy robili im zdjęcia (w tym Chomikomyszce oraz Chomikowi). Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, że Liga Narodów dla takich krajów jak Malta to przecież jest wspaniała okazja do przeżywania po raz pierwszy prawdziwych futbolowych emocji - są to przecież oficjalne rozgrywki w ramach UEFA, w których ich reprezentacja w przypadku pokonania równorzędnych przeciwników (San Marino i Estonii - przyp. chom.) ma szansę awansować do wyższej dywizji, a nawet więcej - o ile dobrze kojarzę, wygranie swojej grupy uprawnia do wzięcia udziału w play-offach z jakimiś innymi ogórami z Dywizji D, w których stawką jest... awans na Euro. Dla takiej Malty Liga Narodów jest więc chyba czymś dużo ważniejszym niż odbębnianie porażek w eliminacjach do kolejnych międzynarodowych imprez.

Jak wspomniałem, w trakcie meczu na trybunie nie było istotnej separacji kibiców gości i gospodarzy. Goście z Malty co prawda zgromadzili się w jednym miejscu, na południowym skraju sektora C, ale nie byli oni oddzieleni żadną fizyczną barierą od kibiców gospodarzy. Swoją drogą, kiedy po wejściu na stadion zapoznaliśmy się z danymi na naszych biletach, okazało się, że również i nam przypisano bilety w sektorze Malty (chyba z racji tego, że byliśmy obcokrajowcami) - z tego powodu przed pierwszym gwizdkiem parokrotnie musieliśmy przemieszczać się po trybunie z jednego miejsca na drugie... aż w końcu trafiliśmy do sektora, z którego nikt nas już nie przeganiał i mogliśmy sobie obejrzeć w spokoju mecz aż do samego końca. Kibice gości przez cały mecz organizowali bardzo pozytywny i niestrudzony doping, wykorzystując do tego bęben oraz wspomnianą wcześniej trąbkę, na której ktoś wygrywał przeróżne melodie. Dość często grał on całkiem popularne kawałki, dzięki czemu parę razy zdarzyło się, że... do klaskania i śpiewania przyłączali się kibice gospodarzy. Co do gospodarzy, przyznam szczerze, że rozczarował mnie trochę brak większego fanatyzmu z ich strony (chyba, że za przejaw fanatyzmu uznać pewnego gościa, który krzyczał w stronę boiska do któregoś z piłkarzy, że życzy mu śmierci - tłumaczone przez Karczownika) - nie było w zasadzie wykrzykiwania żadnych haseł, a doping ograniczał się do oklaskiwania co lepszych zagrań i rytmicznego klaskania w przypadku stałego fragmentu gry. W naszym sektorze nie było też za dużo barw i gadżetów, a nasza czwórka w białych kaszkietówkach San Marino chyba całkiem nieźle się wyróżniała.

A, właśnie, a propos kaszkietówek - na stadionie działał trochę zaimprowizowany (ale całkiem nieźle wyposażony) punkt sprzedaży pamiątek. Punkt sprzedaży składał się z dwóch stolików ustawionych przy wejściu na trybunę. Każde z nas kupiło sobie w tym punkcie po kaszkietówce, a ja dodatkowo wziąłem kubek, przypinkę oraz informator meczowy; szalików niestety nie było. Kubek jest wykonany dość nietypowo, ponieważ jest on zaskakująco lekki, a po bliższym przyjrzeniu się mu - nieforemny i nierówny (zastanawiam się, czy jest to celowe, czy to po prostu sanmaryńska fuszerka). Zarówno kubek jak i przypinka miały na sobie nowy logotyp piłkarskiej federacji San Marino. W porównaniu z poprzednim emblematem nowe logo jest wprost fatalne i reprezentuje ono ogólnoświatową tendencję do upraszczania każdego znaku graficznego tak, aby dobrze się prezentował na Androidzie. Choć muszę przyznać, że jak przypadek współczesnego rebrandingu, jest ono całkiem niezłe, tzn. na pewno był potencjał, żeby spieprzyć je dużo bardziej.

Mecz
 

Spotkanie nie stało na porywającym poziomie, ale niczego innego się nie spodziewaliśmy. San Marino może się bowiem poszczycić najprawdopodobniej najgorszą reprezentacją piłkarską w całej UEFA (choć trzeba zaznaczyć, że Malta w oficjalnych rankingach plasuje się zaledwie kilka miejsc wyżej). Owszem, mam wobec tej drużyny dużo sympatii, ale obiektywnie trzeba przyznać, że jest to zbieranina półamatorów i amatorów. Widać to było już podczas rozgrzewki, kiedy poszczególni piłkarze gospodarzy pozdrawiali swoich krewnych siedzących na trybunach, nie mówiąc już o tym, że... nie wszyscy rozgrzewający się Sanmaryńczycy mieli profesjonalne getry. Mimo wszystko, była w nas wiara, że San Marino może dziś ugrać jakiś w miarę korzystny wynik, w każdym razie, poparliśmy ją dokonanymi przez nas internetowymi zakładami (opiewającymi na totalnie przypadkowe kwoty, takie jak 6,90zł lub 21,37zł).

Żeby zobrazować adekwatnie poziom spotkania - miałem wrażenie, że Malta prezentowała się jak średniak polskiej III ligi, a San Marino niczym średniak polskiej IV ligi. Główną taktyką Sanmaryńczyków była laga na Lukę Ceccaroliego i czekanie, co lewoskrzydłowy Tre Penne z tym zrobi. Czasem była to wrzutka, a czasem wywalczony rzut rożny i dopiero wtedy wrzutka. Malta konstruowała ataki w sposób nieco bardziej imponujący, a w oczy rzucał się prawoskrzydłowy Hapoelu Kiryat-Shmona Joseph Mbong, który kręcił przeciwnikami trochę jak na podwórku. W 12. minucie Borg wrzucił miękko w pole karne, tam jeden z Maltańczyków zgrał piłkę klatką do Velli, a pomocnik reprezentacji Malty, mając na plecach stopera z San Marino, obrócił się i posłał piłkę tuż obok bramki. Równie dużym zagrożeniem dla Sanmaryńczyków była inna akcja Malty, w wyniku której w zamieszaniu w polu karnym jeden z Sanmaryńczyków przy próbie wybicia piłki nabił swojego kolegę; odbitą w ten sposób w stronę bramki piłkę złapał jednak Elia Benedettini (bramkarz Ceseny - brzmi to całkiem nieźle, ale nie ma czym się jarać, bo oznacza to tyle, że grzeje ławę w Serie C). Kolorytu było zresztą więcej, ponieważ zobaczyłem m.in. jak Ceccaroli wywrócił się przy próbie zwodu - schowałem wtedy twarz w dłoniach... i ku mojemu zdziwieniu, kiedy 5 sekund później znów zacząłem patrzeć na boisko, Ceccarolli z powrotem był przy piłce (co mówi też trochę o poziomie Maltańczyków). Zobaczyliśmy też sytuację, w której piłkarz wyskakujący do główki przewraca się o innego piłkarza, który po jakimś starciu był akurat na czworaka. Pierwsza połowa zapowiadała, że mógł być to najgorszy w całej Europie mecz międzypaństwowy o stawkę w całym 2022 roku. Ale pozytywem był fakt, że Sanmaryńczycy dociągnęli do przerwy satysfakcjonujący ich wyniik. Mało tego - po jednej z wrzutek (pewnie Ceccaroliego) mogli nawet prowadzić, ale strzał (choć strzał to może trochę zbyt dużo powiedziane) z linii bramkowej wybił obrońca Malty.

W 54. minucie miała miejsce akcja meczu Sanmaryńczyków. A być może nawet ich największa akcja w całej obecnej edycji Ligi Narodów. Piłka trafiła w pole karne do Nicoli Nanniego, a napastnik San Marino przewrócił się w starciu ze Steve'em Borgiem, wskutek czego sędzia wskazał na wapno. Sanmaryńczyk ustawił piłkę na jedenastym metrze, ale nie został dopuszczony do strzału, ponieważ arbiter dostał na słuchawce podpowiedź z wozu VAR. Konsultował się z nimi jakiś czas, po czym zdecydował się sam pobiec do ekranu, żeby przeanalizować sytuację. W końcu, po prawie 3 minutach od odgwizdania karnego, sędzia ogłosił, że po wideoweryfikacji cofa swoją pierwotną decyzję i przyznaje Malcie rzut wolny. Ale to były 3 minuty wielkich emocji dla Sanmaryńczyków - przez całe 3 minuty mieli bowiem szansę (bo trwała dopiero wideoweryfikacja) na szansę na gola (bo karny to jeszcze nie gol). Niestety, nie tym razem.

A że niewykorzystane sytuacje i niepodyktowane karne się mszczą, Malta 2 minuty później objęła prowadzenie. Wprowadzony w przerwie Jan Busuttil otrzymał podanie w okolicy koła środkowego, popędził w stronę bramki gospodarzy, a następnie oddał niezbyt imponujący strzał z 18 metrów, który jednak znalazł drogę do bramki. Cała drużyna Malty oraz cała ławka rezerwowych rzuciła się w stronę narożnika boiska i świętowała to wydarzenie niczym gola w finale MŚ (jak wspomniałem, dla takich poniewieranych krajów Liga Narodów jest rzadką okazją do przeżywania pozytywnych piłkarskich emocji). Od tego momentu gra gospodarzy siadła, ponieważ nie mieli oni totalnie pomysłu na atak pozycyjny. A w 75. minucie było już definitywnie po meczu, ponieważ po wrzutce Corbalana w pole karne Guillaumier uprzedził wychodzącego z bramki Benedettiniego (który na dodatek zderzył się z własnym obrońcą) i wpakował głową piłkę do siatki. Malta spokojnie dociągnęła rezultat 2:0 do końca meczu.

next  prev