 |
Śląsk Wrocław - KS Cracovia 3:2 (0:0)
25.06.2020 19:00
Stadion Wrocław
PKO BP Ekstraklasa
Widzów:
4.416
Cena biletu:
30 zł (normalny, trybuna C)
| |
W końcu, po ponad 100-dniowym stadionowym lockdownie związanym z SARS-Cov-2 kibice mogą częściowo powrócić na trybuny. Nie wiem, czy takie było zamierzenie Premiera i Ministra Zdrowia, żeby ktoś przyjechał specjalnie na mecz z drugiego końca Polski, ale po prostu nie mogłem się powstrzymać.
| | Dotarcie na mecz |
    |
Ze względu na to, że bardzo lubię zbierać pamiątki, mój stosunek do kupowania biletów przez Internet jest jednoznacznie negatywny (chyba, że po zakupie można go odebrać w kasie). Obecna sytuacja to jednak coś zupełnie innego - skoro przepisy odgórnie narzucają, żeby bilety kupować wyłącznie przez system internetowy, nie widziałem żadnych przeciwwskazań, żeby założyć sobie konto na bilety.slaskwroclaw.pl i tam czatować na sprzedaż otwartą biletów na mecz z Cracovią. Cóż, wygląda na to, że tak samo jak pandemia uświadomiła nam, że kasjerki, pielęgniarki czy kurierzy są ważniejsi niż celebryci, piłkarze czy politycy, tak samo pomogła chyba zrozumieć mi, że obejrzenie meczu jest ważniejsze od posiadania materialnego biletu.
Żeby móc obejrzeć ten mecz na żywo, specjalnie wziąłem w pracy dwa dni wolnego (przy okazji: pandemia ponoć uświadomiła nam, że zamiast pracować w biurze, można z powodzeniem robić wszystko zdalnie, ale ja akurat po trzech miesiącach robienia analiz poprzez gówniany VPN mam inne zdanie na ten temat) - nie było to takie głupie, ponieważ po czwartkowym meczu we Wrocławiu kontynuowałem swoją podróż po Dolnym Śląsku nie wiem, czy takie było zamierzenie Premiera i Ministra Zdrowia. Wsiadłem o 10.05 w pociąg relacji Warszawa Wschodnia - Wrocław Główny i o 14.38 byłem na miejscu. Zameldowałem się w znajdującym się nieopodal hotelu, zostawiłem w nim wszystkie rzeczy, po czym jedynie z portfelem i telefonem w kieszeniach udałem się na stadion. Jest to dla mnie nietypowe, ponieważ mając nawet tylko tyle rzeczy, wolę je zamiast w kieszeniach trzymać w plecaku. Nowy covidowy regulamin meczowy (stosowany obecnie na wszystkich stadionach) stanowił jednak, że na mecz nie można wchodzić z żadnym bagażem, a punkty depozytowe na stadionie były nieczynne.
Pod stadion dojechałem Kolejami Dolnośląskimi, połączeniem Wrocław Główny - Wrocław Stadion (nie pamiętam, jaka była stacja docelowa). Pod stadionem byłem jakieś półtorej godziny przed meczem, biorąc sobie do serca ostrzeżenia organizatorów, że każda bramka będzie miała przepustowość 1 kibica na 30 sekund. W rzeczywistości, niewiele osób pomyślało tak jak ja, stąd na tę godzinę przed meczem pod stadionem było pusto, zupełnie jakby... jakby to była godzina przed meczem w normalnych czasach, jeszcze przed pandemią.
| | Stadion |
    |
    |
Stadion Wrocław. Zgadza się - na chwilę obecną taka jest jego oficjalna nazwa. Wybudowany głównie ze względu na Euro 2012 (to tam zresztą odbył się słynny mecz Polska - Czechy), liczy prawie 43 tys. miejsc siedzących i jest areną domowych meczów Śląska - zresztą, ciężko żeby było inaczej, skoro na trybunie C białe krzesełka na tle zielonych tworzą napis ŚLĄSK WROCŁAW (ja siedziałem w sektorze z literką L ). Nowoczesny obiekt (z zewnątrz wygląda jakby był zbudowany z obręczy opiętych zbyt ciasną tkaniną - fajny koncept), w pełni zadaszony, z dwoma telebimami. Wbrew temu, co o nim mówią, z odległych miejsc nadal dobrze widać wydarzenia boiskowe. Jak zwykle w przypadku tego typu nowoczesnego stadionu, nie widzę większego sensu dokładniejszego opisywania go, ponieważ każdy może zobaczyć ten obiekt raz na dwa tygodnie w TV. A więc pomówmy o czymś innym.
Jak wiadomo, mecz odbywał się w ścisłym reżimie sanitarnym w celu ograniczenia rozprzestrzeniania się COVID-19 (choć ja tam wolę nazwę SARS-Cov-2 - robi na mnie większe wrażenie, szczególnie że w 2003 roku oglądałem już wiadomości i pamiętam prequel). W praktyce wyglądało to tak, że przed przejściem przez kołowrotki należało zdezynfekować ręce. Następnie trzeba było przejść przez kontrolę osobistą, która była symboliczna, ponieważ nikt nie wnosił z sobą na stadion nic prócz tego, co miał w kieszeniach, a zresztą, w związku ze stanem klęski żywiołowej epidemicznym, nikt z ochrony nie palił się do starannego obmacywania ludzi. Co ciekawe, nie miałem mierzonej temperatury - problem ewentualnych kibiców z gorączką został załatwiony przez władze klubu poprzez umieszczenie w regulaminie punktu, zgodnie z którym doradzano, żeby przed meczem zmierzyć sobie temperaturę i nie pokazywać się, jeżeli pomiar będzie wyższy niż 37,5'C (!). Po przejściu przez bramki, należało bez zbędnej zwłoki udać się na swój sektor, przestrzegając przy tym zasad dystansu społecznego oraz mając na twarzy maskę. A może właśnie nie mając na twarzy maski. Szczerze mówiąc, od różnych ochroniarzy dostawałem sprzeczne informacje co do tego, kiedy należy założyć maseczkę, a kiedy zdjąć, więc koniec końców ustawiłem ją mniej więcej w połowie między tymi dwoma pozycjami. Na samym sektorze należało zdjąć maseczkę, zgodnie z ustawą o bezpieczeństwie imprez masowych (gdyby przyszło mi do głowy zrobić jakiś przypał, trzeba jakoś umożliwić klubowi zidentyfikowanie mnie). Bezpieczeństwo miał zapewnić bowiem dystans społeczny, ponieważ teoretycznie najbliższych kibiców miałem dwa rzędy przed sobą, dwa rzędy za sobą, trzy krzesełka na prawo i trzy krzesełka na lewo. W rzeczywistości kibice nie do końca przestrzegali tych wytycznych - o ile na pikniku to jeszcze jakoś wyglądało, o tyle młyn miał do tych zasad wiadomy stosunek.
| | Atmosfera |
    |
Kiedy usłyszałem, że na meczach PKO BP Ekstraklasy kibice będą mogli zajmować 1/4 wszystkich miejsc na stadionie, Wrocław jawił mi się jako naturalny cel covidowej turystystyki meczowej. Po uwzględnieniu tych wytycznych, na ten stadion można było nadal wpuścić prawie 11 tys. kibiców. Jesienią frekwencja na meczach Śląska nie spadała poniżej 10 tys. widzów (a w jednym z meczów przekroczyła nawet 30 tys. - chyba łatwo się domyślić, który zespół przyciągnął taką publiczność), ale początek rundy wiosennej nie był jakiś porywający, więc liczyłem na to, że w systemie rezerwacji znajdzie się dla mnie miejsce. Ostatecznie oficjalna liczba osób, które pojawiły się na stadionie, wyniosła 4416. Brzmi to nijako, ale z drugiej strony, trzeba wziąć poprawkę na obecną sytuację - była to na tamten moment trzecia najwyższa frekwencja od kiedy otwarto ponownie stadiony.
Co do młyna Śląska, pojawiło się w nim ok. 1000 kibiców. Wywieszono kilka flag, m.in. Śląsk Wrocław , Wojskowi , Green Gang , WKS Śląsk i z tego co widzę, średniej wielkości flagę zgodową Motoru, który niedawno awansował do 2. Ligi w stylu, o którym mówiła cała Polska. Poza tym, było kilka flag fanclubów: Strzegom, Środa Śląska (coś dla fanów WordArt), Szklarze i Nowa Ruda. Plus dwie flagi PDW i chyba jedna upamiętniająca zmarłego Kibica. Od początku młyn Śląska prowadził dobry doping - zaczęto chyba od My, kibice Śląska, zna nas cała Polska... (chociaż tak naprawdę zaczęto chyba od skandowania imienia i nazwiska Piotra Celebana, który świętował tego dnia 35. urodziny), następnie śpiewano WKS Śląsk Wrocław! , Cała Polska w cieniu Śląska! , czy dłuższą piosenkę, którą słyszałem kiedyś na Elanie: Dla nas ten klub jest niczym Bóg, kochamy Go, Śląsk Wrocław gol! Jeśli chodzi o udział pikniku w dopingu, ograniczał się on raczej do klaskania - pojedyncze osoby próbowały odpowiadać na różne zaśpiewy, ale były dość skutecznie zgaszone brakiem zaangażowania większości osób (może brakowało zaangażowania ze względu na przerzedzenie trybun). Pierwszym przypadkiem aktywizacji pikniku było dopiero odśpiewanie na dwie trybuny hasła Twieeerdza! Wrooocław! (mi akurat hasło Twierdza Wrocław kojarzy się tylko z III Rzeszą). Poza tym śpiewano Niepokonany, Śląsk Wrocław nasz ukochany! , czy Śląsk Wrocław to jest potęga... .
Jak już wspomniałem, na młynie dużo mniej niż na pikniku przestrzegano reżimu sanitarnego. W centrum trybuny skoncentrowała się dość liczna grupa, która... no, nie była zgodna z zamierzeniem Premiera i Ministra Zdrowia. Na prośbę spikera, żeby zachowywać odległości i zajmować miejsca zgodne z tymi wystawionymi na biletach, kibice coś zaskandowali, mam wrażenie, że brzmiało to jak Jeszcze bliżej! Jeszcze bliżej! . Ogólnie fani jednak nie przegięli, ponieważ na kolejny mecz wpuszczano kibiców na stadion na tych samych zasadach co z Cracovią. Co do samej Cracovii, kibice gości nie pojawili się oczywiście na meczu, ponieważ w nowym reżimie sanitarnym przyjmowanie grup gości jest jak na razie zakazane. Fakt ten wpłynął na kibiców Śląska, którzy na meczu z największą kosą swojej... e... byłej zgody nie śpiewali nic o drużynie gości. Raz pojawiło się trochę bluzgów i zaśpiew Cracovia K, Cracovia S... , ale było to w momencie, gdy piłkarze obydwu drużyn rozpoczęli między sobą dużą przepychankę.
Jeśli chodzi o wrażenia bardziej piknikowe, zajrzałem tego dnia dwukrotnie do FanStore Śląska Wrocław znajdującym się w punkcie przy stadionie. Pierwszy raz przed meczem - dlatego, że chciałem kupić sobie szalik, a drugi raz już po meczu - dlatego, że chciałem dokupić sobie jeszcze kubek, ponieważ z kubkiem na pewno by mnie nie wpuszczono na mecz. W sklepie oczywiście również panował reżim sanitarny - limit osób, dezynfencja rąk itp.
| | Mecz |
    |
Od dawna chciałem się wybrać na mecz do Wrocławia, jednak z różnych powodów (głównie logistycznych) zawsze odkładałem tę eskapadę na później. W warunkach nowej normalności Wrocław jawił mi się jednak głównym celem turystyki futbolowej, więc główne pytanie nie brzmiało czy jadę na mecz do Wrocławia, a kiedy . W tym tygodniu na skutek ciekawie ułożonego terminarza, miałem do wyboru mecz Śląsk-Cracovia w czwartek albo Śląsk-Lech w niedzielę. Czyli z jednej strony grająca w odpychający sposób Cracovia, z drugiej strony grający ostatnio dobry, radosny futbol Lech. Ostatecznie stwierdziłem, że stawiam jednak na mecz z Cracovią, ponieważ... odbył się on wcześniej i jako pierwszy został odblokowany w internetowym systemie biletowym. Po prostu postanowiłem, że wolę sobie zaplanować ten urlop jak najwcześniej.
Pierwszą groźną sytuację w tym meczu mieli gospodarze. Po akcji prawym skrzydłem w pole karne wpadł Erik Exposito i oddał strzał w kierunku bramki strzeżonej przez Michala Peškoviča. Piłka trafiła do znajdującego się w rogu stadionu wjazdu dla karetek i innych pojazdów - ktoś, kto widział kiedykolwiek stadion piłkarski, domyśla się, że nie było to najlepsze uderzenie. W każdym razie, Śląsk od pierwszych minut miał przewagę optyczną. Świadczy o tym choćby fakt, że kiedy w 7. minucie sędzia zaczekał z wznowieniem gry aż Pestka (Cracovia) zawiąże buta, gracz w pasiastym stroju robił to ponad minutę. Nie jestem w stanie uwierzyć, że ktoś mógł mieć takie problemy z wiązaniem sznurówek - jak dla mnie była to wyrafinowana próba kradzieży czasu. Śląsk jednak nie dochodził do jakichś klarownych sytuacji - następną, jaką odnotowałem, był rzut wolny dla gospodarzy z ponad 30 metrów w 33. minucie meczu. Strzał nie był jakiś wymagający, ale Peškovič popełnił błąd i łapał piłkę na raty, dlatego wydawało się to groźniejsze niż było w rzeczywistości. W 36. minucie Cracovia miała pierwszą groźną sytuację, oczywiście po dośrodkowaniu, w tym przypadku z rzutu rożnego. Piłka przeszła obrońców Śląska i spadła na 9. metr (jak?!), wprost pod nogi Dytiajewa, który oddał strzał z pierwszej piłki. Na szczęście dla gospodarzy, strzelił wprost w Putnockego. W 40. minucie po wrzutce z wolnego Exposito w świetnej sytuacji odbił piłkę głową (bo nie nazwę tego strzałem) wysoko nad bramką Cracovii. Na szczęście dla niego, sędzia w tej sytuacji odgwizdał spalonego.
Druga połowa rozpoczęła się od ataku Cracovii; strzał z bliska Wdowiaka instynktownie na róg odbił Putnocky. Na niewiele się to zdało, biorąc pod uwagę to, jak obrońcy Śląska zachowywali się dziś przy kornerach. Po wrzutce Fiolicia z rogu dobry strzał głową oddał niezbyt uważnie pilnowany na 6. metrze Rafael Lopes, dzięki czemu goście objęli prowadzenie.
Później mieliśmy kwadrans męczenia buły, aż nastała 60. minuta, kiedy Pich dobrze dośrodkował z lewego skrzydła, a tam nabiegający na długi słupek Płacheta strzałem z pierwszej piłki pokonał Peškoviča. Dwie minuty później ten sam Płacheta świetnie dograł w pole karne do Exposito, który zwiódł obrońcę i załadował pod poprzeczkę, dzięki czemu Śląsk objął prowadzenie. W 79. minucie po prostej kontrze Śląsk podwyższył na 3:1. Po ladze do przodu Płacheta wygrał pojedynek 1 na 1 z Diego Ferraresso (skąd Probierz bierze tych wszystkich przeciętnych obcokrajowców?) i pewnym strzałem w długi róg ponownie pokonał Peškoviča. Ciekawy jest fakt, że zgodnie z dość naciąganą interpretacją, wszystkie trzy bramki Śląska mogłyby być uznane za nieprawidłowe. Wszystko dlatego, że w momencie gdy padał wyrównujący gol na Śląska, na boisku znajdowały się dwie piłki - ta druga leżała w polu gry, nieopodal narożnika Cracovii. I leżała tam aż do 85. minuty (!), kiedy sędzia w trakcie którejś z przerw w grze nakazał wybicie jej poza linię końcową. Taka nieistotna ciekawostka.
W ostatniej minucie meczu Cracovia złapała jeszcze kontakt ze Śląskiem. Źle do linii końcowej odprowadzał piłkę Celeban, w wyniku czego odebrał mu ją Diego Ferraresso. Ferraresso zagrał do stojącego na 5. metrze Rafaela Lopesa, który strzałem z pierwszej piłki trafił w słupek; piłka po odbiciu od słupka trafiła jednak z powrotem do Portugalczyka (tzn. do Lopesa), więc ten spróbował ponownie z pierwszej piłki, ale tym razem głową. Putnocky nie sięgnął tej piłki i wpadła ona do bramki. Sytuacja ta wyglądała jak wyjęta z jakiegoś mało realistycznego symulatora piłkarskiego z początku XXI wieku.
|
| |
| |
  
|
|