glownachomikmapatrocinytags
RSC Anderlecht - Königliche AS Eupen 6:1 (4:0)
23.02.2020 18:00
Lotto Park, Bruxelles/Brussel
Jupiler Pro League
Widzów: 20.000 (?)
Cena biletu: 40 € (Tribune 3, normalny)
         

Ostatni łyk wielkiej piłki przed dłuższą pauzą spowodowaną pandemią SARS-CoV-2. Tym razem oglądam mecz 34-krotnego Mistrza Belgii, znanego w Polsce pod nie do końca poprawną nazwą Anderlecht Bruksela.

Dotarcie na mecz
 

Ktoś, kto śledziłby Chomika z zapartym tchem i ogarniałby miejsca i daty poszczególnych oglądanych przeze mnie meczów, mógłby skojarzyć, że poprzedniego dnia oglądałem mecz Ligue 1 w Lille. Tak się składa, że z Lille można dojechać do Brukseli pociągiem TGV. Co prawda nie była to tania przyjemność, ale zadałem sobie pytanie - kiedy będę miał następną okazję, żeby się czymś takim przejechać? (szczególnie biorąc pod uwagę koronawirusa) Przyznam szczerze, byłem pod wrażeniem - jakiś 108 kilometrowy dystans z Lille do Brukseli pokonałem w 37 minut, co daje średnią prędkość 175 km/h (przy czym chciałbym podkreślić słowo średnią; w sumie, mam do dyspozycji HTML, mogłem użyć po prostu funkcji podkreślenia).

Kiedy dojechałem do Bruxelles/Brussel (Belgia jest krajem dwujęzycznym, więc wszystkie nazwy w Brukseli są pisane podwójnie; nawet policjanci mają na plecach wypisane Politie/Police, choć każdy wie, o co chodzi), udałem się na dłuższy spacer do Anderlechtu, który technicznie rzecz biorąc, jest już osobnym miastem, wchodzącym w skład aglomeracji miejskiej o nazwie Bruksela. M.in. z tego powodu w oficjalnej nazwie RSC Anderlecht nie ma słowa Bruxelles. Kiedy w końcu doszedłem na stadion, okazało się, że o 12 nic pod stadionem się nie dzieje, a dzień meczowy rozpoczyna się tak naprawdę dopiero na trzy godziny przed pierwszym gwizdkiem. Zamknięte były zarówno kasy biletowe, jak i klubowy sklep.

Postanowiłem więc pojechać metrem na stare miasto, gdzie kupiłem obowiązkową czekoladę i inne pamiątki (prawie każda pamiątka zawierała jakieś przedstawienie fontanny Manneken pis, czyli małego odlewającego się chłopca; o ile na kubkach i innych gadżetach widać po narysowanym strumieniu wody, że chodzi o fontannę, o tyle produkowanie figurek nagiego dziecka trzymającego się za przyrodzenie ma w sobie coś pedofilskiego), a następnie udałem się w stronę swojego hotelu. Co ciekawe, tuż obok hotelu, dosłownie drzwi w drzwi, znajdował się... klub gejowski. Co prawda nie była to tania przyjemność, ale zadałem sobie pytanie - kiedy będę miał następną okazję, żeby się czymś takim przejechać?

W pokoju hotelowym wypakowałem plecak i wybrałem się na stadion metrem. Kupiłem w kasie bilet i odwiedziłem RSCA Fanstore, który oferował takie rzeczy jak szlafroki, dywaniki, piórniki, czy łyżeczki w barwach Fiołków, ale brakowało w nim... kubków. Naprawdę, w sklepie były nawet ulotki zachęcające do zapisów na oficjalne rowery RSCA (ja nie mogę, mieli w ofercie rowery! ROWERY!!!), a nie mieli akurat na stanie czegoś tak oczywistego, jak kubki. Kupiłem więc sobie szalik, za który dałem 15 euro. Następnie udałem się do bramek biletowych, skąd zostałem zawrócony, ponieważ miałem z sobą plecak, co zgodnie z polityką klubu było zabronione (chociaż, czy kogoś to dziwi?). Odniosłem więc plecak do znajdującego się naprzeciwko pubu współpracującego z klubem, gdzie za drobną opłatą zostawiłem go u obsługi (plecak po meczu trzeba było oczywiście odebrać - jak można zgadnąć, w pubie znajdującym się vis a vis stadionu dopchanie się po niego nie było łatwe) i tym razem bez żadnych problemów wszedłem na teren stadionu Lotto Park.

Stadion
 
 

Stadion znajduje się pośrodku normalnego osiedla mieszkaniowego i co ciekawe, jest całkiem dobrze wtopiony w otoczenie. Oczywiście, obecnie nie buduje się już obiektów piłkarskich w ten sposób - stadion po prostu stoi tam, gdzie postawiono go w 1917 roku. Ostatnia szansa, żeby to zmienić, miała miejsce w 1983 roku, kiedy zdecydowano się na budowę nowego obiektu; ostatecznie postawiono go po prostu na miejscu starego. Jak na obiekt z lat 80., stadion i tak jest dość nowoczesny i funkcjonalny. Do 2019 roku nosił on nazwę Constant Vanden Stock Stadium, aż Lotto wyłożyło odpowiedni hajs i przemianowało obiekt.

Stadion liczy 28 tys. miejsc, położonych na dwóch pierścieniach. Tym razem nie napisałem miejsc siedzących, ponieważ sektory zabramkowe położone na niższym pierścieniu mają jedynie miejsca stojące i znajdują się na nich jedynie rzędy barierek do podpierania się. W sumie, bardzo dobry pomysł, w zasadzie wolę oglądać mecz na stojąco niż na siedząco. Choć akurat osobiście cieszyłem się, że tego dnia znajdowałem się na swoim krzesełku na drogim piknikowym sektorze. Wszystko przez to, że na pół godziny przed meczem miało miejsce prawdziwe oberwanie chmury, a sektory niedostatecznie chronione przez dość krótkie zadaszenie zostały całkowicie spłukane przez ulewę. A były to przede wszystkim dwa wspomniane sektory zabramkowe.

Krzesełka stadionowe są w kolorach białym i fioletowym i układają się w bardzo fajny wzór. W narożnikach znajdują się dwa telebimy, na których wyświetlany jest wynik, czasem durne reklamy oraz, co jest bardzo przydatne, powtórki bramek. poza tym, wynik wyświetlany jest na dwóch mniejszych wyświetlaczach, położonych na trybunach zabramkowych.

To, o czym chciałbym wspomnieć w tej relacji, to bardzo ciekawy sposób, w jaki płaci się na terenie stadionu za posiłki, czy napoje (przy okazji, dostałem Aquariusa w butelce bez zakrętki... jakie to cholernie niewygodne). Otóż na stadionie można kupić za 1 euro kartę, na którą nabija się kredyt, płacąc prawdziwymi pieniędzmi. Następnie kredyt ten można wykorzystywać w punktach gastronomicznych. Generalnie bardzo dobry pomysł, dzięki któremu osoby odpowiedzialne za podawanie frytek, czy napojów, nie muszą przy okazji zajmować się wydawaniem reszty. W dodatku mam dzięki temu jeszcze jedną bardzo fajną pamiątkę z meczu, która kosztowała zaledwie 1 euro.

Atmosfera
 

Na meczu pojawiło się, zgodnie z oficjalnymi informacjami, 20 tysięcy kibiców. Szczerze mówiąc, patrząc po stanie zapełnienia trybun, nie za bardzo w to wierzę i myślę, że w poczet widowni zaliczono nieobecnych dzisiaj karnetowiczów. Bardziej właściwą liczbą osób na meczu byłoby kilkanaście tysięcy. Na pikniku odsetek ludzi, którzy nosili fioletowe fiołkowe barwy RSCA była całkiem duża, więc bardzo dobrze, że również zaopatrzyłem się w szalik. Przy okazji, na trybunie nie zasiadłem na swoim miejscu, a dwa krzesełka obok, ponieważ zrobiłem miejsce belgijskiej rodzince, która chciała usiąść razem. Głowa rodziny wszystko mi wytłumaczyła w perfekcyjnym angielskim, więc pozostaję przy zdaniu, że jeśli osoby francuskojęzyczne muszą się z kimś porozumieć, nagle objawiają świetną znajomość angielskiego.

Anderlecht ma swój fajny program meczowy wydany w języku francuskim, którego w ogóle nie zrozumiałem. Ale jeśli jesteśmy przy temacie programów meczowych, to chciałbym napisać, że podczas czytania różnych polskich programów meczowych, zwróciłem uwagę na to, że piłkarze bardzo często przyznają, że przed meczem motywują się do gry... muzyką elektroniczną. I nie potrafiłem tego zrozumieć - że co, jakiś gość zmiksował na kompie dwa kawałki, nałożył na to pięć filtrów i to naprawdę może kogoś zmotywować do boiskowej walki? Szczerze mówiąc, wcześniej naigrywałem się z tego. Ale przy okazji meczu Anderlechtu zweryfikowałem swoje podejście do muzyki elektronicznej. Na kilka minut przed wyjściem piłkarzy na murawę, z głośników zaczęły rozlegać się nieokreślone brzęczenia, a napięcie stale narastało. Było ono dodatkowo potęgowane przez wizualizacje, które pojawiały się na bandach reklamowych. W końcu, kiedy piłkarze wyszli na boisko, a plastikowa techniawa osiągnęła apogeum, ja miałem w głowie tylko jedną myśl - zniszczcie ich, kurrrrrrrrwaaaa!. W każdym razie, przestałem się śmiać z konceptu, zgodnie z którym muzyka elektroniczna motywuje do boiskowej walki. To.... naprawdę działa.

Od początku meczu młyn gospodarzy prowadził zróżnicowany i fajny doping. Przede wszystkim, rozległ się rytm, który zdązyłem już opisać w swojej relacji z Lille. Nie jestem w stanie jednak przytoczyć, co dokładnie śpiewali gospodarze, więc poprzestanę na stwierdzeniu, że było to coś w stylu coś tam, Anderlecht!. Poza tym, kibice Mauves Army (czyli po polsku - fiołkowa armia) przedstawili w trakcie meczu na transparentach jakieś hasło po francusku, którego i tak totalnie nie zrozumiałem, a po końcowym gwizdku wywiesili inny transparent, o treści Bienvenue, Rafaël. Bez przesady, nie trzeba było. Śpiewali też całe piosenki o Vincencie Kompany'm. Naprawdę, nawet zanim strzelił bramkę, słyszałem na pikniku zaśpiewy, które brzmiały mniej więcej jak I love Vincent Kompany!. Kiedy Kompany schodził z boiska, cały stadion oklaskiwał go na stojąco.

Na stadionie obecna była grupa gości z Eupen (licząca tak na oko jakieś 100 osób), ale nie jestem w stanie napisać o nich nic ciekawego (poza tym, że samo Eupen to podobno... największe niemieckojęzyczne miasto Belgii). Po prostu bęcki, jakie otrzymała ich drużyna, spowodowały, że nie kwapili się oni do jej żywiołowego dopingowania.

Mecz
 

Zgodnie z informacją, którą zerżnąłem z Wikipedii, Anderlecht w 1947 po raz pierwszy zdobył tytuł mistrzowski. Odtąd klub nigdy nie był klasyfikowany poniżej szóstej pozycji... Można powiedzieć, że byłem świadkiem czegoś wielkiego. Przed tym meczem RSCA znajdował się bowiem na 9. pozycji ze stratą 4 punktów do znajdującego się na 6. pozycji Genk. Owo 6. miejsce jest dość istotne, ponieważ kilka lat temu wprowadzono w Belgii dziwaczny system play-offów, w którym tworzone jest parę grup, z których jedna walczy o mistrzostwo, druga walczy o spadek, a jeszcze inna, o ile dobrze kojarzę, walczy o jakieś tam miejsce w Lidze Europy. W każdym razie, ta grupa walcząca o mistrzostwo liczy 6 drużyn i znalezienie się w niej pozwoliłoby Anderlechtowi na zajęcie jakiegoś sensownego miejsca w lidze (i nadrobienie fatalnego początku sezonu). W każdym razie, Mistrzostwo Belgii już od dawna zaklepane jest przez Club Brugge KV, który prowadził z kilkunastopunktową przewagą, więc żadne play-offy, dzielenie punktów przez pierwiastek z dwóch nie były mu straszne.

Wspomniane Club Brugge zajmuje szczególne miejsce w moim serduszku, ponieważ, choć trudno w to uwierzyć, była to pierwsza drużyna, której mecz zobaczyłem na żywo. Nie Avia Świdnik, nie jakiś inny polski klub... po prostu kiedy po raz pierwszy w życiu byłem na meczu, był to mecz ligi belgijskiej (chyba, że mam wliczać sparing Świdniczanki Świdnik, który widziałem w wieku 9 lat, ale wtedy nie za bardzo byłem świadomy tego, co oglądam). Otóż byłem w 2007 roku na wymianie w Brugii i rodzina, u której gościłem, zaprosiła mnie na mecz Club Brugge (wym. klub Breche, a nie żadne klub Briż - zostałem nauczony jedynej prawilnej nidelandzkiej wymowy). Club Brugge wygrał 4:0 z Lierse, a gole strzelali Leko, Gvozdenović (pamiętam, że kolega z Belgii, który mnie gościł, zapewniał mnie, że bardzo lubi Gvozdenovicia - zapewne z perspektywy Belgów cała Europa Wschodnia to kulturowo jedno i to samo, więc spodziewał się chyba, że ten fakt szczególnie przypadnie mi do gustu), Ishiaku oraz Yulu-Matondo.

Tym razem jednak znalazłem się po przeciwnej stronie barykady, ponieważ wybrałem się na mecz wielkiego rywala drużyny z Brugii. Anderlecht był zdecydowanym faworytem i od pierwszych minut to potwierdzał. W 9. minucie Sardella bardzo inteligentnie zagrał na dobieg do Amuzu, ten zgrał w pole bramkowe do Murillo, który wykończył tę akcję pewnym strzałem. Przy okazji, zwróciłem uwagę na fakt, że piłkarze Anderlechtu dobierają sobie całkowicie absurdalne numery. Otóż w tej akcji 54 zagrał do 40, a ten wystawił piłkę do 62. O co chodzi, o zmylenie przeciwnika?

Z kolei już w 15. minucie było w zasadzie po meczu. Świetną piłkę w pole karne dostał Pjaca, ale nie wykończył tej akcji strzałem, ponieważ został ściągnięty do parteru przez goniącego go obrońcę. Skończyło się to bezpośrednią czerwoną kartką dla stopera KAS Eupen (Jordi Amat) i karnym dla RSCA, którego pewnie wykorzystał Vlap (ale naprawdę pewnie - na ułamek sekundy przed strzałem strzelec zwrócił uwagę, w którą stronę chce rzucić się De Wolf i strzelił w dokładnie przeciwną stronę). Do końca pierwszej połowy piłkarze Anderlechtu znęcali się nad grającym w dziesiątkę Eupen. W 25. minucie Vlap zagrał płasko w pole bramkowe, gdzie bramkarza pokonał Pjaca. Ten sam piłkarz miał w 27. minucie kapitalną sytuację, kiedy znalazł się sam-na-sam z piłkarzem gości. Jego techniczny strzał minął bramkarza, a następnie... odbił się od obydwu słupków i wyszedł w pole. Obroncy Eupen zdołali to wybić. W 35. minucie po rzucie rożnym pojedynek główkowy wygrał Vincent Kompany (powtórzę jeszcze raz: Vincent Kompany! na Chomiku!!!1! to jeszcze lepiej niż Loic Remy!) i zdobył gola na 4:0, a stadion po prostu oszalał. Z tej euforii nawet bramkarz RSCA, Van Combrugge, pobiegł pod bramkę przeciwników i pogratulował kapitanowi. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem 4:0.

Początek drugiej połowy wskazywał na to, że Anderlecht dalej będzie znęcal się nad gośćmi. W 52. minucie po wrzutce z prawego skrzydła Pjacy gola strzałem z woleja strzelił Amuzu. RSCA szukało szansy na podwyższenie prowadzenia, ale jak na złość nic nie chciało wpaść. Goście w dziesiątkę prezentowali się doprawdy żałośnie, a kwintesencją tej padaki był strzał z dystansu jednego z piłkarzy Eupen, który Van Combrugge obronił... przyjmując go na klatkę. I to była naprawdę najgroźniejsza sytuacja gości. Aż do 77. minuty, kiedy Eupen wywalczyło rzut wolny w okolicy linii końcowej boiska. Z wolnego dorzucił Miličević, a w polu karnym pojedynek główkowy wygrał Bolingi; stoperzy Anderlechtu może staraliby się bardziej, gdyby nie fakt, że ich drużyna wygrywała już 5:0. W każdym razie, KAS Eupen strzeliło honorową bramkę. W doliczonym czasie wynik uległ jeszcze zmianie - bardzo inteligentnie na dobieg do Bakkaliego zagrał Amuzu. Grający z numerem 99 Bakkali zabawił się w polu karnym i walnął prosto w okno (tak przy okazji, na boisko, poza Bakkalim, zostali wprowadzeni Kana z numerem 55 oraz Kayembe z numerem 39 - co oni mają w tym Anderlechcie z numerami?). Koniec, 6:1. Oglądanie w tym meczu Anderlechtu to była czysta przyjemność.

next  prev