Lille OSC - Toulouse FC 3:0 (2:0)
22.02.2020 20:00
Stade Pierre-Mauroy, Villeneuve d'Ascq
Ligue 1 Conforama
Widzów:
37.034
Cena biletu:
30 (Secteur Est, normalny)
Tym razem Chomik, zamiast meczu mazowieckiej okręgówki, ogląda Wicemistrza Francji. Na stadionie z zamykanym dachem i w towarzystwie ponad 30-tysięcznej publiczności. Zrobiłem się bardzo wygodny.
Dotarcie na mecz
 
 
Do Lille dojechałem o godzinie 11 z lotniska w belgijskim Charleroi, o czym zdążyłem już wspomnieć z mojej relacji z meczu w Lens. Mój plan dnia wyglądał więc mniej więcej tak, że miałem spędzić w Lille dwie godziny, następnie wyjechać do Lens - a po powrocie z Lens od razu miałem wybrać się metrem na mecz. Jeśli chodzi o pierwszą część mojego planu, zrealizowałem ją dobrze, ponieważ pozwiedzałem trochę Lille (w krajobrazie miasta zauważyłem m.in. coś charakterystycznego dla Zachodu, czyli betonowe przeszkody na deptakach, uniemożliwiające wjazd na nie ciężarówką), a przede wszystkim odwiedziłem oficjalny sklep klubowy, gdzie kupiłem sobie niezbędny kubek. W sklepie klubowym zapytałem również o możlwość zakupu biletu na dzisiejszy mecz (zgodnie z informacją dostępną na oficjalnej stronie LOSC, w sklepie można było kupować bilety meczowe), jednak jak się okazało, nie mogłem go tam kupić. Obawiałem się przed meczem długich kolejek do kasy, tak więc postanowiłem złamać swoją żelazną zasadę i po raz pierwszy w życiu kupiłem sobie bilet na mecz w formie elektronicznej, przez Internet.
Niestety, to był błąd, ponieważ przed meczem przy kasach biletowych nie było żadnych kolejek. A i tak musiałem przed meczem odwiedzić kasę, ponieważ w mailu z systemu biletowego znajdowała się informacja Votre EBILLET est a imprimer OBLIGATOIREMENT en format A4 pour présentation papier a l'entrée, a w samym pliku PDF z biletem (PDF z biletem - jak to w ogóle brzmi) bił w oczy napis E-billet a présenter OBLIGATOIREMENT IMPRIME. Non valable sur Mobile et Tablette. Domyśliłem się, co to oznacza, a Google Translate potwierdziło moje obawy, stąd poszedłem do kasy spytać, czy w takim razie mi go wydrukują. Tam zapewniono mnie, że pomimo tych wszystkich komunikatów, naprawdę wystarczy zeskanować w bramce biletowej kod ze smartfona. Co prawda do tej pory boleję, że zamiast prawdziwego biletu mam jakieś PDF-owy szit (który znajduje się w skrzynce pocztowej pomiędzy reklamą obuwia a mailem o tytule Skontaktuj się ze swoimi idealnymi zapałkami!), ale... ostatecznie lepiej zobaczyć mecz i nie mieć pamiątkowego biletu niż na odwrót.
Do Lille przyjechałem z Lens na 50 minut przed pierwszym gwizdkiem. Na Gare de Lille pobiegłem truchtem na stację metra i po przejechaniu kilku stacji dotarłem na stację Villeneuve-d’Ascq - Hôtel de Ville. Ciekawostką jest fakt, że Villeneuve-d’Ascq jest tak naprawdę już osobnym miastem, ponieważ miasto Lille jest jedynie elementem półtoramilionowej konurbacji miejskiej zwanej Lille Métropole (a potocznie nazywanej po prostu Lille; w rzeczywistości, ciekawostka ta pewnie nikogo w ogóle nie obchodzi). Wysiadłem z metra w odległości mniej więcej kilometra od stadionu Lille i udałem się w pożądanym kierunku. Kiedy doszedłem na miejsce, stanąłem na końcu 30-metrowej kolejki i naprawdę zwątpiłem, że zdążę na trybunę przed pierwszym gwizdkiem. Kolejka była jednak rozładowywana w ekspresowym tempie i ostatecznie, pomimo że miałem z sobą plecak pełen ubrań i innych tego typu rzeczy, zostałem wpuszczony na mecz na kilka minut przed pierwszym gwizdkiem (a Francuz, który mnie rewidował, znów okazał się bardzo dobrze znać angielski).
Stadion
 
 
 
 
Stadion do 2013 roku nosił miano Grand Stade Lille Métropole; w 2013 roku zmienił swoją nazwę, ponieważ jego patronem został Pierre Mauroy. Nie będę udawał, że wiedziałem, kim był Mauroy, dlatego od razu przekleję tutaj linijkę z Wikipedii:
Pierre Mauroy (ur. 5 lipca 1928 w Cartignies, zm. 7 czerwca 2013 w Clamart) – francuski polityk, premier Francji w latach 1981–1984 (w trzech kolejnych rządach), były mer Lille.
Stadion jest po prostu obiektem o wysokim, europejskim standardzie; m.in. rozgrywano tu mecze Euro 2016. Obiekt może pomieścić 56 tysięcy widzów i posiada zamykany dach, dzięki któremu, pomimo że była to teoretycznie zima, na stadionie o godzinie 20 było nadal kilkanaście stopni Celsjusza. Generalnie, nie mam za wiele napisania o arenie, ponieważ wszystko na niej było perfekcyjne. Na dwóch telebimach wyświetlano wysokiej jakości treści multimedialne, a mi najbardziej przypadły do gustu napisy BUT! (gol po francusku), które w momencie gola były wyświetlane totalnie bez ładu i składu, co całkiem dobrze odzwierciedlało stan euforii związany ze świętowaniem bramki swojej drużyny. Taka dionizyjskość duszy, jak określiłby to Nietzsche.
Na stadionie rozprowadzano bardzo fajne darmowe programy meczowe rozmiaru A4 o nazwie LOSC in the City. Nie zajmowałem się nim jakoś dokładnie, ponieważ nie znam francuskiego, ale najważniejsze, czyli aktualna kadra wraz z numerami piłkarzy, było na swoim miejscu. W każdym razie, bardzo fajna pamiątka do kolekcji chociaż wolałbym bilet.
Ta sekcja wyszła mi dosyć krótka, więc przepiszę jeszcze jakąś ciekawostkę z Wikipedii - podobno jedna z połów murawy jest rozsuwana, a pod nią znajdują się jeszcze dodatkowe trybuny i mniejsze boisko. Pozwala to na rozgrywanie na stadionie meczów mniej ekscytujących dyscyplin sportowych, takich jak tenis czy koszykówka.
Atmosfera
 
 
Mecz z perspektywy trybun oglądało (przynajmniej zgodnie z oficjalną wersją) 37 tysięcy ludzi. Nie licząc meczów na Narodowym (które miały miejsce w zamierzchłej przeszłości - w 2012, 2013 i 2014 roku; brak materiału zdjęciowego spowodował, że nie zrobiłem relacji z tych meczów na Chomiku) oraz koncertów Rammsteina, chyba nigdy nie brałem udziału w imprezie masowej z taką liczbą uczestników. I biorąc pod uwagę obecne postępy COVID-19, trochę czasu upłynie, zanim będę miał jakąś okazję, by poprawić ten rezultat.
Aby mieć dobry widok, zasiadłem na trybunie położonej wzdłuż linii bocznej boiska, na najwyższym piętrze trzypoziomowej trybuny - czyli generalnie na pikniku. Wśród zasiadających ze mną na trybunie widzów całkiem dużo miało na sobie gadżety klubowe; na tyle dużo, że było mi głupio, że nie szarpnąłem się tego dnia na szalik. Na pikniku dominowały szaliki, ale było też stosunkowo dużo czapek i kilka flag na kijach (no, to już trochę nietypowe). 95% gadżetów było opatrzone stosunkowo nowym herbem LOSC (co może sugerować dwie zupełnie przeciwstawne rzeczy - albo kibice są fanami i na bieżąco kupują nowe gadżety, albo totalnymi piknikami i niedawno kupili swój pierwszy gadżet); ogólnie mam mieszane uczucia co do diametralnych zmian emblematów klubowych, ale mam wrażenie, że w stosunku do poprzednieg herbu zaszła pewna poprawa. Ja oczywiście też miałem z sobą gadżet, ale kubek w plecaku niespecjalnie się liczył.
Na pikniku nie było fanatyzmu, ale na sektorze zabramkowym znajdującym się od północy (na trybunie dla niepoznaki wisiała flaga DOGUES VIRAGE EST - gdy zakładano tę grupę w 1989 roku, Lille grało na Stade Grimonprez-Jooris, gdzie trybuna zabramkowa położona była od wschodu) znajdowali się kibice prowadzący doping. Doping był żywiołowy, zróżnicowany i oczywiście... ze względu na barierę językową nie jestem w stanie przytoczyć z niego żadnego słowa. Niektóre piosenki miały dość oryginalne melodie, które słyszałem tego dnia po raz pierwszy. Jedna tak przypadła mi do gustu, że aż postanowiłem ją nagrać, ponieważ samo napisanie Allez Lille, Hey! (a nawet nie wiem, czy tak to się pisze) chyba w tym przypadku by nie wystarczyło (przy okazji, melodia ta jest chyba dość popularna w kręgach francuskojęzycznych, ponieważ następnego dnia słyszałem ją również na meczu Anderlechtu).
Fajną ciekawostką był fakt, że po każdym golu gospodarzy za bramkami wystrzeliwały wysokie słupy iskier. Tak, wiem, to strasznie januszowe. Ale mi tam się podobało.
Mecz
 
 
Myślę, że tym razem nie muszę przedstawiać drużyn. LOSC jest trzykrotnym Mistrzem Francji, z czego ostatnie mistrzostwo miało miejsce nie tak dawno, bo w 2011 roku. Myślę, że ten okres jest w Polsce dość dobrze kojarzony, ponieważ wtedy piłkarzem Lille był Ludovic Obraniak. Poza tym, już po zdobyciu przez Lille mistrzostwa, piłkarzem Les Dogues został Ireneusz Jeleń, choć akurat w jego przypadku ta przygoda była niewypałem. Dla tych, którzy lubią nieco bardziej aktualne ciekawostki - Lille jest obecnym Wicemistrzem Francji, a w sezonie 2019/2020 grało w Lidze Mistrzów (ale bez fajerwerków, bo w 6 meczach przegrało 5 razy i raz zremisowało - u siebie, z grającą w osłabieniu Valencią i dzięki bramce w ostatniej minucie). Jeśli zaś chodzi o gości z Tuluzy, to... cóż, czerwona latarnia Ligue 1 raczej nikogo nie grzeje, ale przez klub przewijało się w przeszłości trochę niezłych graczy, choćby Elmander, M'Bia, Furman, czy Gignac. Ja zresztą byłem zdziwiony, że ten klub przystąpił do dzisiejszego meczu z pozycji totalnego outsidera.
Ale najbardziej mnie zdziwiło, że można grać futbol na tak wysokim poziomie jak Lille. Od pierwszej minuty oglądałem drużynę, której piłkarze każdym swoim zagraniem pokazywali, że doskonale wiedzą, co robią. Szybka, widowiskowa i inteligentna gra kombinacyjna. Akcje były grane na pierwszy kontakt, przy których piłka zawsze trafiała do adresata, choć ten w momencie podania znajdował się na zupełnie innej pozycji. Nawet gdy ktoś decydował się na przerzut na przeciwległe skrzydło, to wynikało to z głębszego zamysłu i dostrzeżenia tam lepiej ustawionego kolegi. Który zawsze przyjmował górną piłkę poprawnie, często kierunkowo. Wiem, może piszę rzeczy dość oczywiste dla kogoś, kto ogląda np. Ligę Mistrzów w telewizji. Ale dla kogoś, kto zwykle ogląda piłkę nożną w wydaniu polskim, poziom meczu wydawał się być kosmiczny.
Strzelanie rozpoczęło się już w drugiej minucie - na prawym skrzydle podanie głową otrzymał Ikoné. Skrzydłowy Lille w naprawdę świetny sposób utrzymał tę piłkę w boisku i minął jednocześnie Isimat-Mirina, a następnie zagrał na 16. metr do Loica Rémy (Loic Rémy! na Chomiku!!!1!). Trzydziestokrotny reprezentant Francji kapitalnym strzałem w okienko pokonał Sergio Marco Goicoecheę. Za bramką wystrzeliły iskry, a z głośników rozległ się Song 2 (soundtrack z FIFA 98 - przyp. chom.)
W 39. minucie Lille podwyższyło po książkowej akcji - Bamba zagrał na dobieg do Bradaricia, ten płasko w pole bramkowe, gdzie do pustaka piłkę do bramki posłał po raz drugi w tym meczu Rémy. Wcześniej miała miejsce jedna dość komiczna akcja, która rozpoczęła się od lagi w pole karne gości. Do piłki wyskoczyli gracz Lille, stoper Toulouse oraz bramkarz; doszło między nimi do kolizji, a piłka odbiła się w kierunku ustawionego na 12. metrze José Fonte, który zdecydował się na strzał na pustaka z przewrotki. Piłka minęła bramkę o dobry metr.
Druga połowa była nieco bardziej wyrównana, mieliśmy nawet do czynienia z paroma akcjami piłkarzy z Tuluzy. Jednak jedynie gospodarze zdobyli w jej trakcie gola, który był dosyć... ekstraklasowy. Wcale nie wycofuję się z mojego zdania, ze LOSC prezentowało dzisiaj naprawdę znakomity poziom, ale to Toulouse po prostu do nie niego dzisiaj nie dorastało, a w 72. minucie byłem świadkiem dość rzadkiej padaki. Victor Osimhen (napastnik LOSC) przejął... na 25. metrze zagranie od bramkarza do defensywnego pomocnika gości. Następnie ograł dwóch obrońców i podał do znanego i lubianego w Polsce Renato Sanchesa (a te karne z Portugalią to będziemy w końcu powtarzać?), który pewnie strzelił do pustaka. Lille bezproblemowo wygrało 3-0 i na jeden dzień wskoczyło na podium Ligue 1 (w niedzielę swój mecz wygrał Stade Rennais i zepchnął Lille na czwarte miejsce).