glownachomikmapatrocinytags
ŁKS Łódź - GKS Bełchatów 1:1 (0:0)
17.09.2017 16:30
Stadion Miejski w Łodzi (ŁKS)
2. liga polska
Widzów: 4.000-4.500
Cena biletu: 20 zł (normalny)
       

W kwietniu (a więc w czasach „przedchomikowych”) wybrałem się do Łodzi w celu zbadania tematu nowego stadionu Widzewa. Tym razem mój chomiczy szlak powiódł mnie na stadion drugiego łódzkiego klubu, by sprawdzić, jak ŁKS radzi sobie po stosunkowo szybkim dojściu do drugiej ligi.

Dotarcie na mecz
 

Po nadspodziewanie owocnym meczingu w Aleksandrowie Łódzkim wsiadłem w autobus MPK relacji Aleksandrów Łódzki – Dworzec Łódź Kaliska i powróciłem nim do Łodzi. W ten weekend wyjątkowo słabo rozplanowałem sobie poszczególne połączenia pomiędzy kolejnymi odwiedzanymi miejscami i dopiero w Aleksandrowie zapoznawałem się z rozkładem umieszczonym na przystanku. Stąd połączenie Aleksandrów Łódzki – Łódź Kaliska (bo równie dobrze relacja mogłaby się nazywać „Aleksandrów Łódzki – ŁKS”) po prostu spadło mi z nieba (dosłownie, bo dzięki temu nawet zdążyłem wpaść na Mszę w Aleksandrowie).

Po drodze miałem okazję zobaczyć z okna autobusu stadion A-klasowej Victorii Rąbień. W końcu dojechaliśmy do Dworca Łódź Kaliska, a ja wysiadłem z autobusu i ruszyłem oczywiście w zupełnie przeciwnym kierunku niż znajdował się stadion (choć trzeba zaznaczyć, że ciężko było ustalić, gdzie była północ). Dopiero kiedy wszedłem na wysoki wiadukt, wpadłem na to, żeby się obrócić i od razu zauważyłem dość charakterystyczną sylwetkę Stadionu Miejskiego. Z ciekawostek – tuż obok znajduje się Atlas Arena. Tylko kogo obchodzi Atlas Arena?

W tej sekcji mógłbym też wspomnieć o tym, jak zaplanowałem sobie powrót - otóż dojechałem Przewozami Regionalnymi do Koluszek, gdzie miałem przesiadkę na pociąg IC do Warszawy. Tam zaliczyłem prawdziwe combo, ponieważ pociąg się spóźnił jakieś 20 minut, a oczekiwanie umilały mi dźwięki koncertu disco-polo, który odbywał się w znajdującym się nieopodal parku (były to jakieś Dni Koluszek, czy inny XIII Koluski Festiwal Muzyki Biesiadnej). A więc stałem, marzłem i mokłem, nieopodal słynnego Dworca w Koluszkach (budynek był zamknięty), a w tle rozchodziło się la la la lalunia. Można się pochorować. I w sumie, o ile dobrze pamiętam, od poniedziałku rzeczywiście wylądowałem na L4.

Stadion
 

Jak zdążyłem nadmienić, stadion ŁKS jest „dość charakterystyczny”. Mam oczywiście na myśli fakt, że obecnie składa się on z jednej trybuny – wiem, że ten stan jest (oficjalnie) tymczasowy, a Hanna Zdanowska obiecała dostawienie kolejnych trybun po awansie eŁKSy do drugiej ligi… ale faktem jest, że obecnie stadion jest mega specyficzny. Sama trybuna jest komfortowa (poza paroma detalami, nad którymi pochylę się w następnych akapitach), ale całe jej otoczenie wygląda już cokolwiek groteskowo. Trybuna jest bowiem nagle „ucięta” (co akurat pozwala mieć nadzieję, że kiedyś zostanie tam „doklejona” reszta), a dalej nie ma już niczego. I pisząc „nie ma już niczego” wcale nie mam na myśli, że stoi tam np. „zaledwie” jakiś budynek, albo „zaledwie” mały sektor gości. Tam naprawdę nie ma niczego! Z pozostałych trzech stron boisko otacza bowiem coś pomiędzy trawnikiem a łąką (gdzieniegdzie wyłożona jest kostka), a wszystko ogrodzone jest nieestetycznym szarym płotem. Kolejne trybuny potrzebne od zaraz.

Skoro już się wyżaliłem, że na stadionie brakuje trzech trybun, mogę opisać tę jedną, która już jest. Zadaszona, z wygodnymi siedzeniami i bardzo dobrym widokiem na wydarzenia boiskowe z przeróżnych miejsc (wiem, bo miałem okazję oglądać mecz z pięciu różnych miejsc). Na tyłach trybuny znajdują się stoiska gastronomiczne, gdzie można zakupić takie rzeczy jak kiełbasa kibica (ja niestety w tej kwestii jestem pragmatyczny i wolałbym poręcznego hot-doga), czy piwo. Można było skorzystać też z prowadzonego przez kibiców stoiska z pamiątkami… bo w niedzielę sklep z pamiątkami ŁKS-u był zamknięty (!).

Gdy przybyłem do kas biletowych na godzinę przed meczem, okazało się, że prawie nie było już miejsc, a sektor fanatyków, sektor rodzinny i sektor VIP były już wyprzedane. Najbardziej żałowałem tego Silvera, ponieważ skoro już się pofatygowałem do Łodzi na mecz, to byłem skłonny szarpnąć się na takie miejsce (szczególnie, że bilet kosztował chyba 35zł). Dostałem więc takie miejsce, jakie jeszcze było dostępne – w jednym z pierwszych rzędów – i oczywiście zająłem dokładnie to, które miałem wbite na bilecie. Przy okazji okazało się, że zadaszenie trybuny, po którym tyle sobie obiecywałem, nie do końca spełniało swoją funkcję. Na pierwsze rzędy padało bez przerwy.

Z tego względu w końcu przeniosłem się na znajdujący się obok sektor A1, tzw. rodzinny. Jest to sektor znajdujący się na północnym skraju trybuny i w przypadku gdy na stadionie przyjmowani są kibice gości (tyle że w obecnej rundzie w ogóle nie są przyjmowani ze względu na odgórny prikaz), pełni on funkcję sektora gości. Ma on więc wszelkie niedogodności typowe dla sektora gości – przede wszystkim od reszty stadionu odgradzają go dwie ścianki z pleksy, które pełnią rolę bufora. Gdyby ktoś chciał obejrzeć mecz od drugiej strony sektora, tam również część boiska była przesłonięta przez ściankę z pleksy – tyle ze tym razem chroniła ona widzów od wypadnięcia z trybuny. Sprawdzałem obydwa krańce sektora rodzinnego, ponieważ tylko tam były wolne miejsca (ciekawe dlaczego).

Atmosfera
 

Ze względu na to, że w sklepie ŁKS można kupować gadżety przez cały tydzień, a w dniu meczowym jest on zamknięty, obowiązkowe w takich okazjach pamiątki zakupiłem na stoisku ultrasów. Zamierzam na to trochę ponarzekać, ponieważ kibice mają zupełnie inne podejście do pamiątek klubowych niż janusze i chomiki. Nie mieli bowiem zwyczajnych kubków z herbem ŁKS (być może po prostu się skończyły), a same prawilne wzory, takie jak barwy zgodowe, czy ultrasowskie grafiki. Nie mieli również januszowych gadżetów w stylu breloczków, czy pinów, a szukałem jakiegoś małego gadżetu dla brata. Kupiłem więc sobie kubek „Rycerze Wiosny” (niestety, bez herbu), a bratu kolejną smycz do kolekcji. Do tego doszedł szalik, z obowiązkową Przeplatanką ŁKS-u, która jest niesamowicie ciekawym herbem – unikalnym i staromodnym.

Zgodnie z oficjalnymi informacjami spikera (przy okazji, przed meczem spiker zamiast „raz raz raz” mówił do mikrofonu „jeden dziewięć zero osiem”), na meczu był komplet kibiców – czyli 5200 widzów. Jeśli chodzi o sprzedane bilety, to z całą pewnością mogło tak być (szczególnie, że na godzinę przez meczem wyprzedane były już trzy sektory), jednak jeśli chodzi o zapełnienie trybuny, kompletu raczej nie było. Pogoda spowodowała co prawda pewne przetasowania na trybunie (część osób stała w słynnych ciągach ewakuacyjnych), ale gołym okiem było widać, że mecz oglądało na żywo jakieś 4000-4500 widzów. Z czego 200 osób to byli fani Bełchatowa, którym kibice ŁKS-u użyczyli miejsca na swoim sektorze, ponieważ ze względów bezpieczeństwa klub nie może w tej rundzie przyjmować gości w sektorze dla gości.

Ze względu na to, że wszyscy widzowie – ultrasi, VIP-y i pikniki znajdowali się na jednej trybunie, różnice pomiędzy tymi gatunkami widzów nieco się zacierały. Owszem, to od strony południa znajdowały się flagi (których z perspektywy mojej trybuny nie widziałem) i to tam znajdował się gniazdowy z megafonem, jednak piknik również znajdował się pod przemożnym wpływem kibicowskiej zajawki. Stosunkowo duża (jak na piknik) część osób w trakcie meczu śpiewała wraz z młynem przeróżne eŁKaeSiackie piosenki. Mogłem więc całkiem dobrze zapoznać się z repertuarem tej części Łodzi, zresztą niektóre piosenki próbowałem śpiewać, w końcu miałem na sobie szalik. Zdarzały się piosenki dość standardowe – jak np. ta, która funkcjonuje w bardzo podobnej wersji na Widzewie (tyle, że tam należy odwrócić role ŁKS-u i Widzewa i wpleść w to wszystko jeszcze Legię):

To my, kibice z Łodzi,
Wódka nam nie szkodzi,
Za Łódź, za ŁKS,
Pójdziemy aż po życia kres!
…Widzew kurwa, tak jest!

Ale było też miejsce na bardziej autorskie i bardzo chwytliwe piosenki, takie jak:

„Jedno miasto Łódź, Łódzki jeden Klub,
Biało-Czerwoni, hej, ŁKS Łódź!”

„To jest nasze Miasto, to jest nasz Klub,
To jest nasza Miłość, ŁKS Łódź!”

„Najwierniejsi kibice z miasta Łodzi,
Fanatycy z Galery ŁKS!
Każdy dobrze wie o co tutaj chodzi –
W mieście Łodzi jest tylko ŁKS!”
(co to w ogóle za rym?)

Pozdrowiono zgody: Bydgoską Bydgoskiego Zawiszę i Tyski GKS. I jak to bywa w Łodzi, nie mogło również zabraknąć bluzgów w stronę rywala zza miedzy (który przez większość fanów był tytułowany jako „Żydzew”). Z tego co śpiewał ŁKS zapamiętałem m.in. takie rzeczy jak: „Jebać Widzew i Ruch Chorzów, hej, hej!” (do tego należało skakać) i słynną piosenkę „…i bez powodu i bez przyczyny, śpiewamy dziś na cały świat…”, a w tym wykonaniu główną rolę odgrywał Widzew. Jazdy na RTS występowały też w paru innych konfiguracjach, których już jednak nie zapamiętałem.

Mecz
 

W porównaniu do porannego spektaklu w Aleksandrowie Łódzkim, derby województwa łódzkiego nie były tak efektowne. Zespoły grały nieco bardziej zachowawczo w pierwszej połowie to raczej ŁKS prowadził grę, ale niewiele z tego przychodziło – gospodarze mieli w pierwszej połowie parę dobrych wrzutek, które mogły zakończyć się bramkami, ale przy jednej z nich Radionow, Pieczara i inni minęli się z piłką, a innym razem któryś z piłkarzy ŁKS-u w dogodnej sytuacji nie trafił z bliska w bramkę. Za największe wydarzenie pierwszej połowy uznałem fakt, że zobaczyłem na żywo słynnego Marcina Garucha, który mierzy 1,54m i który nieraz strzelał w naszej 1. lidze bramki głową (nieprawda, Garuch wszedł dopiero w 60. minucie, coś mi się pomyliło). Coś rzeczywiście zaczęło się dziać dopiero pod koniec pierwszej połowy. W 44. minucie Piotr Giel trafił do bramki Łodzian, ale sędzia boczny zasygnalizował spalonego, ponoć bardzo wątpliwego. Z kolei w doliczonym czasie pierwszej połowy ŁKS wykonywał rzut rożny, a strzał głową Juraszka (chyba Juraszka) w sobie tylko znany sposób instynktownie obronił Moczadło. Sędzia nie dopuścił do wykonania następnego kornera i odgwizdał koniec połowy, przez co uzyskał od widzów solidną porcję jobów.

W przerwie meczu miały miejsce oświadczyny na boisku. Pomysł na oświadczyny był dość oryginalny, ponieważ dziewczyna została wkręcona w konkurs rzutów karnych z zawiązanymi oczami, a gdy zdjęła z twarzy szalik, zobaczyła przed sobą swojego chłopaka, który przez mikrofon wypowiedział na cały stadion „czy wyjdziesz za mnie?”. Generalnie nie lubię mdłych historii, ale ta jakoś przypadła mi do gustu, może dlatego, że odbyła się na boisku.

Z drugiej połowy zapadła mi w pamięć sytuacja, w której Kołba dość idiotycznie wyszedł na 15. metr, by wypiąstkować piłkę, a ta spadła pod nogi jednego z Bełchatowian, jednak goście nie skorzystali z tego prezentu. Za to w 66. ŁKS dopiął swego i władował gola na 1-0: sprytnym strzałem głową popisał się oczywiście Jewhen Radionow (na 10 goli ŁKS-u w tym sezonie 6 autorstwa Białorusina). Spiker nie musiał bawić się z kibicami w okrzyki w stylu: „Strzelcem bramki Jewhen… Radionow!”, bo kibice sami zaczęli śpiewać „Żenia, Żenia, Żenia, Żenia gol, Żenia goool, Żenia gooooool!”. Spodziewałem się, że ŁKS teraz w swoim stylu zagra na zero z tyłu i dociągnie kolejny nudny korzystny rezultat, ale po stałym fragmencie gry piłka spadła pod nogi Bartłomieja Bartosiaka, który strzałem po ziemi z kilku metrów nie dał szans Kołbie. Zrobiło się nagle 1:1.

ŁKS próbował jeszcze w końcówce wbić coś na 2:1. Najpierw w 88. minucie po jednej z wrzutek na murawę padł jeden z piłkarzy eŁKSy, jednak sędzia nie przyznał za to karnego. W następnej minucie piłkarzom ŁKS-u udało się wyciągnąć z bramki Moczadłę, jednak lob w kierunku pustej bramki w ostatniej chwili wybił głową jeden z obrońców Bełchatowa. Mecz zakończył się wynikiem 1:1.

next  prev