glownachomikmapatrocinytags
Sokół Aleksandrów Łódzki - Legia II Warszawa 1:0 (0:0)
17.09.2017 11:00
MOSiR im. Włodzimierza Smolarka
3. liga, gr. I
Widzów: 200-250
Cena biletu: 12 zł (normalny)
       

W niedzielę wstałem o 5.30, żeby zdążyć na mecz III ligi, który odbywał się w innym województwie. K. wstępnie planował dołączyć do tej imprezy, ale ostatecznie zrezygnował, podając jako usprawiedliwienie fakt, że zainwestował w Bitcoiny. Gdybym napisał, że przybyłem na mecz na jamniku, nie odbiegałoby to chyba poziomem od reszty akapitu.

Dotarcie na mecz
 

Najpierw oczywiście należało dostać się do Łodzi – pojechałem tam pociągiem PKP IC relacji Białystok-Jelenia Góra (podróżowałem z dwoma paniami w wieku 40-50 lat, które całą drogę rozkminiały działanie jakiejś apki, ponieważ jedna z nich chciała sobie zrobić zdjęcie z czerwonymi włosami na fejsa - nasza cywilizacja umiera) i o 9.06 wysiadłem na dworcu stacji Łódź Dąbrowa. Przybyłem na miejsce o czasie, co trochę skomplikowało mi plany, ponieważ nawet nie przewidywałem takiego scenariusza. Udało mi się jednak ustalić, w który tramwaj powinienem wsiąść i ruszyłem w kierunku ulicy Aleksandrowskiej. Trasa tramwaju biegła mniej więcej tak, jakby była to nowa linia utworzona w zastępstwie trzech skasowanych. Przejechałem całą Łódź, najpierw jadąc przez tereny Widzewa, następnie przez tereny ŁKS-u, a później znów wjeżdżając w tereny raczej widzewskie i wysiadłem na ulicy Aleksandrowskiej równo po godzinie jazdy. Tam po kilkunastu minutach czekania wsiadłem w autobus MPK (wcześniej zignorowałem busik jadący do Poddębic, ponieważ nie wiedziałem, czy jedzie przez Aleksandrów – cholera, przecież wszystko, co jedzie ulicą Aleksandrowską z definicji musi przejechać przez Aleksandrów!) i dojechałem do swojego celu.

Aleksandrów to nieduże, spokojne miasto znajdujące się pod Łodzią, ale już w powiecie zgierskim. To, co mnie w nim najbardziej urzeka, to znakomicie rozplanowane ulice, które powodują, że po prostu nie można się tu zgubić. Niemal same kąty proste – jakiś XIX-wieczny architekt musiał to świetnie rozplanować (zabudowa miasta nie jest bowiem nowa). Dzięki temu trafiłem bez problemu na stadion. Przeszedłem przez bramę wjazdową i w ostatniej chwili zatrzymali mnie ochroniarze ubrani w stroje paramilitarne niczym Obrona Terytorialna lub ASG. Jak się okazało, to właśnie u nich należało kupić bilet (wchodzący wejściem od północy mieli do swojej dyspozycji normalną kasę). Oczywiście zaraz uiściłem odpowiednią opłatę za wejście na MOSiR, ale wyglądało to tak, jakbym chciał się przemknąć na dzisiejszy spektakl bez biletu. Choć oczywiście bilet jako materialna pamiątka z meczu jest dla mnie na tyle ważny, że mógłbym za niego dać nawet więcej niż to 12zł – i to nie tylko z powodów, które opiszę w dalszej części posta.

Stadion
 

MOSiR im. Włodzimierza Smolarka (który był wychowankiem nieistniejącego już AKS Włókniarz Aleksandrów Łódzki – „następcą” tego klubu jest właśnie Sokół). Ośrodek ma powierzchnię kilku hektarów, znajdują się na nim różnorakie boiska, tereny rekreacyjne, sala gimnastyczna, scena, ale przede wszystkim stadion Sokoła. Składa się on z dwóch trybun i budynku. Wzdłuż linii bocznej boiska ciągnie się zadaszona trybuna główna mieszcząca jakieś 1500 osób, za bramką znajduje się mniejsza, licząca ok. 500 miejsc (to są moje szacunki – zgodnie z oficjalnymi danymi wszystko powinno się bowiem sumować do 2000). Na trybunie głównej znajdowało się stanowisko spikera (można było też pobrać stamtąd kartki ze składami), tuż pod nim loża VIP z dwoma rzędami siedzeń obitych czymś miękkim i zielonym. Obok trybuny – automaty z batonami oraz kawą/herbatą i nieduże stoisko z pamiątkami. Trybuna za bramką oczywiście nie cieszyła się wielką popularnością i z jej wysokości mecz oglądała cały czas chyba tylko jedna osoba. Na trybunie tej wydzielona jest również klatka gości, ale z tego co widziałem w Internecie, kiedy przyjeżdżał tu ŁKS, bądź RTS, organizatorzy nie byli zbyt restrykcyjni i oddawali gościom do dyspozycji całą trybunę.

Vis a vis omawianej powyżej trybuny znajduje się budynek klubowy z szatniami. Na zachodniej ścianie budynku znajduje się kilkumetrowa podobizna Włodzimierza Smolarka, bardzo przejmująca (MOSiR po renowacji oddano do użytku w 2013 roku, a więc zaledwie rok po śmierci Smolarka). Na północnej ścianie budynku, od strony boiska, znajduje się również dość skromna tablica wyników. Z tarasu mieszczącego się na piętrze budynku mecz obserwowało kilkanaście osób, zapewne legijno-aleksandrowskie grube ryby.

Atmosfera
 

Sokół nie kojarzył mi się specjalnie z kibicowskim fanatyzmem i jak się okazało na miejscu, moje skojarzenie było prawidłowe. Atmosfera na trybunach była mocno piknikowa – koneserzy dobrego futbolu siedzieli na trybunach i wspólnie rozprawiali nad przebiegiem meczu, czasami bijąc brawo piłkarzom, czasami spontanicznie krzycząc po niewykorzystanych sytuacjach. Ale nie był to żaden wyraz wściekłości, bo generalnie byli oni wyjątkowo pozytywnie nastawieni do piłkarzy – zarówno swoich jak i przeciwników. Zdziwiłem się tym, ponieważ w miasteczku znajdującym się tuż pod Łodzią spodziewałem się jakiegoś ciśnienia związanym z Legią (nawet jeśli to tylko rezerwy). Okazało się, że spiker z serdecznością przywitał „Legię Drugą Warszawa”, a piknik na trybunach nie tylko nie wrzucał przeciwnikom (czasami były jakieś pretensje o symulki, czy faule, ale wszystko w granicach przyzwoitości), ale nawet czasami bił im brawo. Siedzący obok mnie dziadkowie rozpływali się nad wzrostem Jałochy, szacując na oko, że ma ze 2 metry (po sprawdzeniu w bazie 90minut.pl stwierdzam, że trafili co do centymetra) i rozkminiali, skąd w Legii wziął się niejaki Subasu (Tsubasa Nishi).

W trakcie pierwszej połowy spiker wielokrotnie zachęcał widzów do skorzystania ze stoiska z pamiątkami. Mnie już nie musiał, ponieważ zrobiłem to jeszcze przed meczem. Na stoisku można było zakupić szaliki, kubki, smycze i… skarpetki, a wszystko w bardzo przystępnych cenach. Zakupiłem kubek za 15zł oraz smycz za 10zł, jako pamiątkę dla brata (jeśli chodzi o szaliki, to są one za drogie to ograniczam ich zakup do bardziej wyjątkowych okazji, bo gdybym kupował je za każdym razem gdy są dostępne, nie miałbym już gdzie ich trzymać). A gdyby komuś było szkoda własnych pieniędzy na pamiątki, to w przerwie miała miejsce… loteria biletowa. Spiker wraz ze swoim asystentem losowali dwa numery biletów, których posiadacze wygrali po 200zł. Jak się okazało, przyszedłem na stadion jakieś 3 minuty za wcześnie – ja miałem nr 172, a 200+ odebrał kibic z biletem nr 175. W każdym razie, loteria biletowa z pewnością dodała trochę emocji.

Na trybunach było trochę kibiców w biało-zielonych szalikach Sokoła, jednak nie przełożyło się to na większe kibicowskie atrakcje. Pod koniec meczu, po golu Bartosza Mroczka, trybuny jednak ożywiły się i zaczęły nawet śpiewać hasła w stylu „Sokół!”, albo „jeszcze jeden!”.

Mecz
 

Sokół Aleksandrów Łódzki to trzecioligowy wyjadacz, który siedzi na tym poziomie już od 2007 roku (a w międzyczasie spędził nawet całe dwa sezony w II lidze). Z kolei władze Legii postanowiły ostatnio zmienić nieco profil swoich rezerw, z quasi-drużyny juniorskiej na klub zarządzany trochę w stylu innych klubów III ligi – m.in. Legia zaczęła ściągać piłkarzy, którzy raczej nie mają szans rozwinąć się i awansować do pierwszej drużyny (np. Wełnicki, Nishi – z całym szacunkiem, ale nie jest i raczej nie będzie to już poziom Mistrza Polski), ale w III lidze robią różnicę. Ponoć celem jest awans do II ligi. W każdym razie, szykowała się wielka piłkarska uczta.

Mecz rozpoczął się w bardzo niepokojącej scenerii, ponieważ nad boiskiem unosiła się mgła do złudzenia przypominająca tę z ekranizacji opowiadania Stephena Kinga. Obydwie drużyny atakowały, obydwie drużyny miały ku temu odpowiednie predyspozycje – i technikę i pomysłowość, ale to Sokół wyglądał w pierwszej połowie dużo lepiej. Choć jego pierwsza groźna akcja nie była specjalnie koronkowa – wbiegający w pole karne piłkarz Sokoła otrzymał mocne podanie, a odbita od jego nogi piłka (bo wyglądało to jak wyjątkowo nieudane przyjęcie – ale jeżeli było to celowe zagranie, to wielki szacun) spadała idealnie za kołnierz Jałochy, który skorzystał ze swoich warunków i końcami palców odbił ją na róg. Wywołało to na trybunach podziw zarówno dla strzelca, jak i dla bramkarza. Kilka minut później po rzucie rożnym i zgraniu głową jeden z piłkarzy Legii Dwarszawa doszedł do piłki będąc w odległości jakichś trzech metrów od bramki, ale fatalnie przestrzelił. Nie wiem, czy sędzia czasem i tak nie pokazał w tej sytuacji spalonego.

W 13. minucie doszło do ciekawej sytuacji, ponieważ przy jednej z przebitek piłkarze przebili piłkę (#ZawszeMocniej). Na trybunie dało się wtedy słyszeć głośny i nagły syk, sędzia przerwał grę, a jeden z Legionistów odkopnął sflaczałą piłkę za boisko, dostając w zamian pełnowartościowy egzemplarz, którym rozpoczęto grę od rzutu sędziowskiego.

Legia Dwarszawa wyprowadziła w pierwszej połowie jeszcze jedną dobrą akcję, ale znajdujący się w bardzo dobrej pozycji zawodnik (mniej więcej w narożniku pola bramkowego) albo podał zdecydowanie zbyt mocno, albo strzelił zdecydowanie niecelnie. W każdym razie, po tej akcji Sokół wznawiał grę wrzutem z autu. Najważniejsza sytuacja w I połowie miała jednak miejsce w 30. minucie, kiedy po rzucie rożnym dla Sokoła piłka najpierw wylądowała na poprzeczce, a po paru sekundach sędzia odgwizdał karnego. Nie wiem, co dokładnie tam się stało, w każdym razie do piłki ustawionej na 11 metrze podszedł Bogołębski, a jego strzał w lewy róg bramki świetnie obronił Konrad Jałocha. Na przerwę drużyny schodziły przy wyniku bezbramkowym.

W szatni Legii musiało paść kilka męskich słów, ponieważ Wojskowi Rezerwiści wyszli na drugą połowę z nastawieniem dużo bardziej ofensywnym. Prowadzili grę i zaczęli dochodzić do naprawdę groźnych sytuacji. W 54. minucie mieli chyba najlepszą, kiedy jeden z Legionistów po odbiorze piłki na 35. metrze (piłkarze Sokoła reklamowali nakładkę) podał do Nishiego, a ten w sytuacji sam na sam z Brudnickim strzelił w długi róg i nie trafił. Później miało miejsce jeszcze parę groźnych akcji Legii – raz po wrzutce w pole karne i nieporozumieniu między obrońcami ofiarnością wykazał się Brudnicki, który w ostatniej chwili rzucił się pod nogi gracza Legii i wyłuskał piłkę. Następnie po złej wrzutce Legii w pole bramkowe, obrońca gospodarzy odegrał piętą do piłkarza Legii (?!), ale w ostatniej chwili naprawił swój błąd, blokując jego strzał.

Po tych akcjach piłkarze Sokoła trochę się ogarnęli i również zaczęli atakować. W 65. minucie po pomysłowym rozegraniu rzutu rożnego piłkarz Sokoła oddał strzał z 25 metrów, który ofiarną interwencją odbił szczupakiem… stojący na 6. metrze napastnik Sokoła. Nie wiem, czy chciał się uchylić przed strzałem, zasłonić piłkę Jałosze, czy może skierować ją do bramki rykoszetem, ale skończyło się na wznowieniem gry z piątki. Gospodarze zmarnowali też bardzo dobrą kontrę, którą zakończyli albo fatalnym strzałem w długi róg, albo całkowicie niecelnym ostatnim podaniem. W końcówce Sokół rzucił się na rezerwy Legii i w końcu udało mu się wcisnąć bramkę – piłkę na 30. metrze odebrał rywalowi Bartosz Mroczek, następnie przebiegł kilkanaście metrów i będąc już w polu karnym strzałem w długi róg nie dał szans Jałosze. W ostatniej akcji Legii w meczu, dośrodkowanie z rzutu wolnego, które zmieniło się nagle w centrostrzał, w ostatniej chwili odbił na korner Brudnicki.

next  prev