glownachomikmapatrocinytags
Górnik Łęczna - Pogoń Szczecin 2:2 (1:2)
12.03.2017 15:30
Arena Lublin
Lotto Ekstraklasa
Widzów: 2126
Cena biletu: 30 zł (normalny)
       

Retrochomik wspomina coś, co pewnie mocno zdyskredytuje go w oczach fanów polskiej piłki nożnej. Otóż (wraz z bratem) był na meczu Górnika Łęczna na Arenie Lublin. I to pięć razy!

Dotarcie na mecz
 

Chyba każdy dobrze kojarzy historię z Górnikiem Łęczna grającym na Arenie Lublin w sezonie 2016/17. Otóż przed sezonem dogadały się ze sobą dwie postaci - prezydent 400-tysięcznego miasta z nowoczesnym stadionem i III-ligową drużyną oraz prezes ekstraklasowej drużyny z 20-tysięcznego miasta. Efektem dealu był ewenement w historii polskiej ligi, czyli klub, który cały sezon rozegrał w charakterze gospodarza w innym mieście, pomimo że jego własny stadion spełniał wymogi licencyjne. Kibice Górnika całkiem zgodnie zbojkotowali koncept gry w Lublinie, a ponadto zniechęcili do niego większość lubelskich pikników organizując legalną blokadę kas biletowych przed meczem z Lechią. Efekt był powszechnie znany - raz na dwa tygodnie w sobotę o 15:30 (nie wiem dlaczego, ale właściwie zawsze była to sobota, 15:30) widzowie w całej Polsce mieli okazję oglądać transmisję z 15-tysięcznego stadionu, z którego trybun mecz oglądało średnio 2-3 tysiące widzów. Z trybun dochodziły sporadyczne oklaski, pojedyncze zaśpiewy i dźwięki trąbek małyszówek. I wszystko pomimo tego, że bilety można było trafić po bardzo promocyjnych cenach (zdarzało mi się kupować je również za 10zł, a mój brat już w ogóle miał je za symboliczną złotówkę), a zgodnie z całkiem wiarygodnymi plotkami, bilety na mecze rozdawano po szkołach i miejskich przedsiębiorstwach/urzędach. Generalnie pomysł z Górnikiem Lublin nie wypalił.

Pomysł znalazł jednak paru entuzjastów. Takich jak ja i mój brat, ponieważ obejrzeliśmy w sumie 5 meczów Górnika na Arenie (na dwa z nich zabraliśmy się również z naszym tatą). Przyznam się, że bardzo ucieszyłem się z możliwości oglądania na żywo Ekstraklasy z moim bratem za półdarmo - dzięki czemu mój brat trochę zainteresował się rodzimą piłką nożną. Podczas gdy dzieciaki w jego wieku barcelują się do meczów Brandzlony, idolami mojego brata na jakiś czas zostali tacy gracze jak Grzegorz Piesio, Bartosz Śpiączka, Piotr Grzelczak, czy Grzegorz Bonin.

A na meczyk wybraliśmy się Przewozami Regionalnymi. Z dworca kolejowego w Lublinie na Arenę Lublin jest jakieś 10 minut spacerem. To tak a propos tego, że sekcja nosi nazwę Dotarcie na mecz.

Stadion
 

Arena Lublin, obiekt liczący 15,5 tysiąca miejsc. Przede wszystkim, jest to obiekt piłkarski (co nie przeszkodziło zorganizowania na nim koncertu latino czy disco-polo), dzięki czemu trybun od boiska nie odgradza żadna bieżnia - choć w Lublinie łatwiej niż na bieżnię jest natrafić na tor żużlowy. Stadion ma dość prostą konstrukcję, ale jest bardzo estetyczny, zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz. Niebiesko-granatowe krzesełka wyglądają bardzo dobrze szczególnie w TV, gdy nie są zasłaniane przez kibiców, siedzi się na nich również bardzo dobrze. Dwa duże telebimy pozwalają na wyświetlanie dowolnie skomplikowanych treści - ich potencjał nie jest jednak za bardzo wykorzystywany, ponieważ podczas meczu wyświetlany jest na nich tylko wynik, względnie komunikat o treści GOOOOOOL. Stadion ma dobrą akustykę, okrzyki plecy!, czas!, czy prawa ręka! są bardzo dobrze słyszalne z trybun. W każdym razie, stadion jest na tyle dobry, że aż trzeba było sprowadzić na niego drużynę z innego miasta - z całym szacunkiem dla Motoru, jest to dość zabawne, że gospodarzem na takim stadionie jest III-ligowiec.

Na stadionie działają punkty gastronomiczne, gdzie można zjeść niezbyt dobre hot-dogi za 6zł/sztuka oraz wypić herbatę (na marce herbaty na szczęście nie przycinają) za 4zł/kubek. Na stadionie w dniu meczu organizowany był sklep kibica Górnika (wejście było jednak wyłącznie od zewnątrz), gdzie można było trafić m.in. szaliki, koszulki oraz kubki w całkiem dobrej cenie. Przed meczami hostessy rozdawały widzom darmowe programy meczowe produkowane we współpracy z Dziennikiem Wschodnim. O ile dobrze kojarzę, nazywały się one Dziennik Meczowy. Akurat w programie wydanym przy okazji meczu z Pogonią znaleźliśmy parę naprawdę smakowitych akcentów. W ramach konkursu dla kibiców w programie wydrukowano pytanie – W ilu meczach o punkty poprowadził reprezentację Polski obecny szkoleniowiec Górnika Łęczna, Franciszek Smuda?. Otóż, jeśli nie liczyć punktów, które inkasowano w Pucharze Króla Tajlandii (czyli w zasadzie w towarzyskim Pucharze Pasztetowej – w niczym nie ubliżając ś.p. Ramie IX), to takie mecze były całe trzy – mecze fazy grupowej Euro 2012, która to impreza chwały Franzowi nie przyniosła. W zamieszczonym w programie meczowym wywiadzie z Leandro padło z kolei pytanie o treści Wreszcie na wasz stadion przyszło trochę więcej kibiców, było trochę dopingu. To ma dla was w ogóle znaczenie?. Pytanie totalnie wyłamujące się z panującej w Lublinie atmosfery wzajemnej adoracji i zachwalania dwutysięcznej frekwencji na Arenie.

Atmosfera
 

Atmosfera na meczach Górnika na Arenie była tak fatalna, że aż w pewnym sensie... ciekawa. Otóż na oglądanych przez nas meczach z reguły pojawiało się ok. 2000 osób, wśród których było raczej niewiele kibiców z Łęcznej. Większość pikniku stanowiły dzieciaki i ludzie, którzy wyglądali po prostu na ciekawych, jak wygląda na żywo ta cała Ekstraklasa. Całkiem dużo osób zasiadało w lożach biznesowych, dzięki którym ponoć całe przedsięwzięcie Górnik w Lublinie było mimo wszystko opłacalne. I gdzieś właśnie z okolic tych VIP-ów dochodziły okrzyki kilku osób, które próbowały rozgrzać atmosferę i miały do dyspozycji chyba nawet bęben. Czasami na stadionie robiło się na moment głośniej, kiedy od krzesanych przez tych kilku zapaleńców iskier na krótką chwilę rozpalał się piknik na naszej trybunie. Hasła, którymi sektor I4 próbował rozgrzać piknik na E3 to m.in. Vivat, vivat, vivat! GKS!, czy Górnik! Łęczna!. Niech o piknikowości tych meczów zaświadczy fakt, że byłem chyba jednym z większych animatorów naszej trybuny. Parę razy zdarzyło się, że to ja podchwytywałem śpiewy z przeciwległej trybuny chyba jako jedyny, a po kilkunastu sekundach do śpiewania dołączały dzieciaki z okolicznych szkół i szkółek piłkarskich. Jeśli na meczu zarządzanej przez Ciebie drużyny doping pomaga prowadzić Chomik, to wiedz, że jest niedobrze.

Przed każdym meczem Górnika na stadionie puszczany jest hymn Górnika, który nagrała Budka Suflera. O ile dobrze kojarzę, utwór powstał w 2003 roku z okazji historycznego awansu Łęcznej do Ekstraklasy. Niektórzy śmieją się z tej melodii, ale jak dla mnie jest OK, a zwrotek śpiewanych przez Cugowskiego nie sposób nie szanować, ponieważ są one śpiewane przez Cugowskiego (to moja argumentacja). Refren hymnu brzmi następująco:

Górnik Łęczna, Górnik Łęczna,
Lubelszczyzna jest Ci wdzięczna!
Górnik Łęczna, Górnik Łęczna,
brać kibiców jest Ci wdzięczna!

Przy okazji, mój brat był zaskoczony, gdy dowiedział się, że w refrenie nie chodzi o garść kibiców, a o brać kibiców.

Jeśli chodzi o szeroko pojętą oprawę dźwiękową, na ostatnim meczu sezonu na Arenie (1:3 z Zagłębiem Lublin Lubin) po trybunie rozchodził się dźwięk całego mini-zestawu perkusyjnego. Autentycznie, podczas tamtego meczu w tle cały czas rozchodziły się jakieś dziwne bębenkowe rytmy, brzmiące zupełnie jak grane na co najmniej dwóch różnych bębnach. Prawdopodobnie wygrywane na keyboardzie, w każdym razie na pewno leciały one na żywo, ponieważ bardzo szybko przystosowywały się do pojedynczych przyśpiewek grupki owych kilkunastu ludzi spod I4. Parę razy rolę wodzireja przejmował spiker, kiedy pytał zgromadzoną na meczu widownię: kto wygra mecz?, kto?, kto?!, co było już całkowicie masakryczne.

Nie wiem, czy organizatorzy uznali to za plus, czy za minus, ale o ile dobrze kojarzę, w ciągu całego sezonu w sektorze gości Areny nie pokazała się ani jedna grupa wyjazdowa - pommo tego, że na każdym meczu był on gotowy na przyjęcie kibiców gości. Środowisko kibiców okazało się być w tym przypadku wyjątkowo solidarne, ponieważ kibice wszystkich klubów Ekstraklasy zgodnie przystąpiły do bojkotu meczów w Lublinie. Za to raz widzieliśmy na Arenie kibiców z młynu Górnika, w trakcie meczu z Piastem Gliwice (1:0). Wtedy pojawili się oni na Arenie w celu prowadzenia w pierwszej połowie antydopingu w ramach akcji protestacyjnej. Rozwinęli oni wtedy transparent o treści CYRK OBJAZDOWY, a pierwszy rządek kibiców miał na sobie białe koszulki z literami układającymi się w hasło GÓRNIK TYLKO W ŁĘCZNEJ!. Śpiewali oni takie rzeczy jak:

Górnik to My, a nie Kapelko i jego psy!

Bo tylko świnie chodzą na Górnik w Lublinie!

(na początku zastanawiałem się, skąd w haśle wzięło się to bo, ale rozumiem, że miało być to nawiązanie do hasła tylko świnie siedzą w kinie i do uzyskania rytmu potrzebna była jedna dodatkowa sylaba)

Na lewo, na prawo, w górę i w dół,
na lewo, na prawo, Kapelko chuj!


Kapelko zdrajca, wylizał Żukowi jajca!

No i to było tyle, jeśli chodzi o zorganizowany doping na Arenie. Przy okazji, celem objaśnienia sensu przyśpiewek - Artur Kapelko to prezes Górnika, a Żuk - prezydent Lublina.

Mecz
 

Górnik w tym sezonie spadł z ligi, ale akurat jego mecze były jak fasolki wszystkich smaków Bertiego Botta. Czasem trafiliśmy na fasolkę o smaku kalafiora, taką jak jesienny mecz z Arką (0:0, nie mogę uwierzyć, że po czymś takim mój brat chciał jeszcze odwiedzić Arenę), a czasem na wysokiej klasy marcepan, jakim było zwycięstwo 3:0 z Niecieczą. Tym razem trafiliśmy na pyszną bajaderkę, ponieważ tego dnia zobaczyliśmy z bratem całkiem dobry Futbol przez całkiem duże F. Najpierw widzieliśmy dwie quasi-sytuacje sam na sam Górnika, w których w roli głównej wystąpił Śpiączka – przy pierwszej dogrywał Grzegorz Bonin, przy drugiej Grzegorz Piesio. Niestety dla widzów zgromadzonych na Arenie, Śpiączka poruszał się na linii spalonego jak Inzaghi, ale sytuacje wykorzystywał niczym Torres w swoim najgorszym okresie w Chelsea, więc nadal było 0:0. Po jakimś czasie z wolnego w słupek przylutował Chicarito Javi Hernandez i już byłem właściwie pewien, że pogonienie gości trzema bramkami tylko kwestią czasu.

Aż tu nagle, w 32. minucie, miała miejsce wrzutka Pogoni z wolnego (choć według mnie wolnego nie powinno być, ponieważ Gerson w tamtej sytuacji wcale nie faulował) i całkowicie odpuszczony przez Komora Matras wbił głową gola na 0:1. Po kilku minutach rozczarowanie zostało zastąpione przez euforię, ponieważ niezawodny Grzesiek Boninho wolejem z pierwszej piłki i z ostrego kąta wykończył... rzut z autu (!) Niki Dzalamidze. Nie nacieszyliśmy się jednak zwycięskim remisem zbyt długo, bo po paru minutach Pogoń dostała korner (cudem było to, że w ogóle do kornera doszło, ponieważ stoperzy Górnika całkowicie odpuścili gracza Pogoni, który niekryty otrzymał podanie na 16. metrze - tylko dzięki geniuszowi Prusaka nie skończyło się to golem). Po dośrodkowaniu z narożnika Spas Delew uderzył z kilkunastu metrów po ziemi w krótki róg i pokonał Prusaka, choć ten miał piłkę na ręce. Parę minut później sędzia odgwizdał koniec pierwszej połowy, po której Pogoń dość niezasłużenie prowadziła.

Gdy po nasyceniu się niezbyt dobrymi hot-dogami oraz ciepłą herbatą udałem się z bratem na drugą połowę (przy okazji, zeszliśmy na stoisko gastronomiczne jeszcze w 44. minucie meczu - nie można było dopuścić, by inni janusze uprzedzili nas w kolejce po hot-dogi), ujrzeliśmy prawdziwe cuda. Przede wszystkim, Górnik wyprowadził genialną kontrę (jak zespół, który goni wynik, może wyprowadzać kontrę?!), w której Grzegorz Bonin dośrodkował idealnie w pełnym biegu niczym David Beckham, a Bartosz Śpiączka uderzył w pełnym biegu głową idealnie niczym Carsten Jancker i nagle mieliśmy 2:2. Później nieco problematyczną czerwoną kartką został ukarany Jarosław Fojut – na co Franek Smuda zareagował niczym gimnazjalista grający w Football Manager, ponieważ wprowadził na boisko Ubiparipa, Grzelczaka i Pitrego. Na boisku pozostawilł Śpiączkę, co oznacza, że pod koniec meczu Górnik w zasadzie atakował czterema (!) napastnikami. Nie przełożyło się to jednak na kolejne bramki, a jedynymi grożnymi sytuacjami, jakie mieliśmy okazję oglądać, był strzał głową Grzelczaka w słupek i wymiana główek pomiędzy Gersonem i Prusakiem, która mogła się skończyć golem dla Pogoni.

next  prev