 |
Polska - Holandia 1:2 (1:1)
16.06.2024 15:00
Volksparkstadion Hamburg
UEFA EURO 2024, Grupa D
Widzów:
48.117
Cena biletu:
30 (Nordtribune, sektor 22A)
| |
Tym razem mam do zaoferowania coś ciekawszego niż liga okręgowa - relację z meczu reprezentacji na EURO 2024. Także tak.
| | Dotarcie na mecz |
    |
    |
Tuż po tym gdy Polska pokonała w finale barażów po karnych Walię w mojej głowie zrodziła się myśl, że w sumie można by było zainteresować się biletami na EURO 2024. Założyłem więc konto na stronie UEFA, ponieważ zaledwie dwa dni później ruszyła sprzedaż biletów. O godzinie 14:00 system został otwarty, przy czym po jego otwarciu i tak spędziłem w kolejce jakieś 15-20 minut... a potem zacząłem mieć flashbacki z zapisów na zajęcia na studiach. W kółko klikanie F5, w kółko otwieranie nowych zakładek, z czego na 95% nowych zakładek wyskakuje błąd... a tym razem do tego wszystkiego doszło jeszcze rozwiązywanie captchy. W każdym razie, poszczęściło mi się na tyle, że już po paru minutach klikania trafiłem 1 bilet na mecz Polska - Holandia, a po kolejnych kilkunastu minutach całe 2 na mecz Polska - Austria (ale o tym dopiero w następnej relacji). Były dostępne jeszcze jakieś bilety na mecz Francja - Polska, ale w tym przypadku nawet nie łudziłem się, że ten mecz może dla nas być meczem o stawkę (i jak się okazało, nie myliłem się).
Moja podróż na mecz zaczęła się dzień wcześniej, w sobotę 15 czerwca, kiedy wyruszyłem o 6:45 z Warszawy Centralnej pociągiem Warszawa-Berlin Express. Wysiadłem z niego w ostatniej chwili, na stacji Berlin Ostbahnhof, zanim przedostaliśmy się na stronę zaprzedanych kapitalistów. Na stacji Ostbahnhof pojawiłem się ok. 12:20, czyli z ponad 20-minutowym opóźnieniem - na szczęście mialem wystarczający zapas czasu, ponieważ mój Flixbus do Hamburga odjeżdżał z Alexanderplatz o godzinie 13:45. Zdążyłem więc jeszcze ponapawać się cudami DDR-owskiego socjalizmu, takimi jak zegar Urania, Fernsehturm, dom towarowy czy Interhotel oraz zjeść Currywurst. We Flixbusie podróżowałem ze zgrają nachlanych Polaków, którzy pod koniec podróży zaczęli się ze sobą nawzajem kłócić i po przyjeździe na ZOB (Zentraler Omnibusbahnhof) planowali stanąć za autobusem na solówkę. Nieco zdziwił mnie fakt, że można podróżować cały dzień na mecz tylko po to, żeby się za przeproszeniem napierdalać, ale naprawdę zdziwił mnie dopiero widok zastany na miejscu. Okolice ZOB są pełne ludzkich śmieci, bo chyba inaczej nie mogę tego nazwać - okół dworca snuli się poruszający się niczym zombie ćpuny, a najbardziej ciekawy był widok zgrai ludzi, obok których leżała na chodniku ich nieprzytomna towarzyszka. Patrząc na ich swobodne zachowanie, jak i przechodzących pieszych, wywnioskowałem, że był to dzień jak co dzień.
A teraz najlepsze - kiedy planowałem wycieczkę, stwierdziłem, że dla oszczędności czasu i pieniędzy nie ma sensu nocować w Hamburgu po meczu, kiedy można wyjechać z Hamburga autobusem w nocy o godzinie 1:40... wyjeżdżając z ZOB Hamburg.
Hamburg to ładne miasto, najbardziej znane ze swojej pięknej portowej dzielnicy HafenCity (nazywanej przeze mnie i moją rodzinę Hafen-Hafen - w sumie to nie wiem dlaczego). W dzielnicy tej można zobaczyć piękne odrestaurowane spichrze zmienione na mieszkania oraz słynną Elbphilharmonie. Poza tym, w mieście znajduje się słynny Fischmarkt, tunel pieszy pod Łabą, jest coś dla entuzjastów bardzo złej strony niemieckiej historii, ponieważ nadal znajdują się tu postawione w czasach III Rzeszy wieże przeciwlotnicze oraz pomnik poświęcony żołnierzom poległym w czasie I wojny światowej. Niektóre z tych rzeczy zobaczyłem w trakcie wycieczki z rodziną w 2023 roku, niektóre sobie odświeżyłem w tym roku.
W każdym razie, kiedy tak podróżowałem rano po Hamburgu i miałem jeszcze do meczu trochę czasu, stwierdziłem, że przejadę się do St. Pauli, żeby popatrzeć na burdele, sex-shopy i bezdomnych. To był bardzo dobry pomysł, ponieważ jak się okazało, ulica Reeperbahn została totalnie przejęta przez Holendrów, którzy robili tam parady, pochody, przejazdy odkrytymi autobusami i generalnie pokazywali wszystkim, czym jest atmosfera EURO 2024. Wszyscy w zasadzie bez wyjątku byli ubrani na pomarańczowo - niektórzy w oryginalne trykoty reprezentacji, a niektórzy w pomarańczowe kostiumy robocze (pozdrawiali też niemieckich pracowników służb komunalnych, którzy akurat również nosili się na pomarańczowo). Co prawda ja sam byłem ubrany w barwy biało-czerwone, ale oczywiście nie czułem z tego powodu jakiegoś zagrożenia (co najwyżej lekką niezręczność, bo spodziewałem się tego dnia solidnego pogromu). W końcu, kiedy znudziło mi się chłonięcie niderlandzkiej atmosfery, przeszedłem się na piechotę aż do stacji kolejowej Altona (musiałem przejść spory kawałek, ponieważ dotarcie na pobliskie stacje metra było utrudnione ze względu na niderlandzki overload). Ze stacji Altona przejechałem się S-Bahnem na stację Stellingen i tym razem w pociągu dominowali kibice Biało-Czerwonych (znamienne jest to, że pierwsze, co zaintonowali to Wojciech Szczęsny! ). Po wysiadce na Stellingen udałem się powoli wraz z rzeką ludzi w kierunku stadionu HSV, na którym miał się odbyć dzisiejszy mecz. Po drodze zobaczyłem na własne oczy samozwańczego Króla Kibiców Polskich , czyli słynnego Bobo, paradującego w kiczowej koronie i w kiczowym płaszczu. Można się śmiać z tej stylówy, ale biorąc pod uwagę, że Bobo w wieku 83 lat (!!!) nadal jeździ sobie na mecze Repry, to facet jest dla mnie synonimem totalnego wygrywu.
A, przy okazji może napiszę parę słów o tym jak właściwie wróciłem z Hamburga do domu. Było to dosyć oryginalne, ponieważ postanowiłem, że najpierw pojadę z Hamburga do Kopenhagi nocnym autobusem (dzięki czemu zaoszczędziłem na noclegu), a potem polecę tanim lotem z lotniska Kopenhaga-Karstrup do Warszawy. Pomysł z tym przespaniem się w autobusie był trochę nietrafiony, ponieważ o godzinie 4:40 kierowca Flixbusa wygonił nas na pokład pancernika promu Schleswig-Holstein, który płynął z Niemiec do Danii. Ale miałem okazję zobaczyć piękny świt słońca i spożyć o 5 rano alkohol zakupiony w sklepie wolnocłowym. W samej Kopenhadze droga na lotnisko poszła zgodnie z planem. Przyznam, że miałem na tyle dużo czasu, że nawet przeszedłem z Kopenhagi na lotnisko Kastrup na piechotę.
| | Stadion |
    |
    |
Volksparkstadion to stadion liczący maksymalnie 57 tysięcy miejsc. W 1974 w ramach WM '74 został na nim rozegrany słynny mecz NRD-RFN (przy czym był to wówczas zupełnie inny obiekt) - jak zapewne wszyscy pamiętają, NRD wygrała z kapitalistami 1:0 po golu ein richtiger Treffera Jurgena Sparwassera. W każdym razie, ciężko mi napisać coś ciekawego o tym stadionie, skoro jest to obiekt klasy międzynarodowej i każdy jest w stanie łatwo znaleźć na jego temat wszystkie niezbędne informacje. A więc napiszę coś o doświadczeniach z perspektywy widza.
Niemcy to chyba jeden z niewielu krajów w Europie, gdzie na stadionach akceptowalne są miejsca stojące. Przyznam, że w związku z tym bardzo dużo sobie obiecywałem po dzisiejszym meczu, ponieważ kupiłem sobie najtańszy możliwy bilet (na trybunie zabramkowej, za 30€ - przyznam, że to bardzo fajny gest ze strony organizatorów EURO, że bilety dla osób zadeklarowanych jako fani danej drużyny były sprzedawane po całkiem przystępnej cenie), tak więc spodziewałem się, że posmakuję jak wygląda oglądanie meczu na stojąco. Jak się można było jednak spodziewać, na takiej imprezie jak EURO coś takiego jak miejsca stojące nie ma racji bytu, a więc na sektorze były zainstalowane dość śmiesznie wyglądające metalowe krzesełka w kolorze niebieskim.
Z racji specyficznych obowiązków pracowych przyjechałem do Hamburga z komputerem służbowym (musiałem się zalogować do pracy w sobotę wieczorem, żeby coś wyklikać) - z racji tego, że wiedziałem, że na mecz nie da się wejść z bagażem większym niż kartka A4, zostawiłem plecak z laptopem w płatnej skrytce na Hauptbahnhof (bałem się, że coś spieprzyłem i skrytka po 6 godzinach otworzy się samoistnie, ale na szczęście poprawnie zinterpretowałem o co w tym wszystkim chodzi. W instrukcjach dla kibiców przyjeżdżających na mecz nie znalazłem jakiejkolwiek informacji o punkcie depozytowym, dlatego też zostawiłem swoje rzeczy w skrytce na Hauptbahnhof. Dlatego byłem mocno zdziwiony kiedy na miejscu okazało się, że na stadionie znajduje się punkt depozytowy, tyle że organizatorzy nie uznali za stosowne o tym poinformować. W FAQ poinformowali oni natomiast o tym, że na stadionie będą osobne kolejki i osobne toalety dla osób niebinarnych, ponieważ UEFA uznaje, że płeć nie jest kategorią binarną, a całym spektrum . No cóż, najwidoczniej są różne priorytety.
Każdy człowiek musi coś jeść, a na stadionie oferowano całkiem fajne opcje kulinarne (za to w niezbyt przystępnych cenach). Z racji tego, że niemieckie przepisy odnośnie do spożywania alkoholu na meczach są dosyć liberalne, na stadionie oprócz standardowego piwa (przyznam, że totalnie nie gustuję w piwie) oferowano również dosyć ciekawą opcję, jaką był Weißweinspritz, czyli białe wino zmieszane z wodą gazowaną. Oferowane w oficjalnym plastikowym kubku EURO 2024, który można było zwrócić celem odzyskania kaucji (czego oczywiście nie zrobiłem, ponieważ taka pamiątka za parę euro to prawdziwy skarb). Po spożyciu Weißweinspritz udałem się do ciekawego stoiska celem zakupienia Fischbrotshen, czyli bułki z rybą, popularnej przekąski na północy Niemiec. Kiedy po spożyciu Weißweinspritz konsumowałem sobie Fischbrotchen na stadionie w trakcie EURO, stwierdziłem, że w sumie mógłbym w tym momencie umrzeć, ponieważ i tak w życiu prawdopodobnie nie spotka mnie nic lepszego i miałem rację.
| | Atmosfera |
    |
    |
Na początek powinienem chyba przybliżyć politykę cenową UEFA jeśli chodzi o imprezę EURO 2024. Abstrahując od jakichś kategorii VIP, bilety na mecze fazy grupowej były chyba w cenach: 200€, 150€,60€ i 30€, w zależności od tego, którego sektora to dotyczyło. 200€ za mecz to jest co prawda już majątek, ale należy przyznać, że takie 30€ za mecz tej rangi to bardzo fajna opcja, nawet jeśli oferta dotyczyła najgorszych miejsc (dolne sektory zabramkowe). Stąd, bilety te przysługiwały fanom, którzy zadeklarowali się w systemie jako kibice danej reprezentacji (tzw. kategoria Fans First). I rzeczywiście, w przypadku sektora zabramkowego Holendrów, wyglądało to naprawdę imponująco - dosłownie stworzyli oni jednolitą, pomarańczową ścianę. Z kolei jeśli chodzi o sektor Polaków... cóż, należy przybliżyć jeszcze jeden aspekt polityki biletowej UEFA. Bilety na mecz można było bardzo łatwo odstępować innym osobom (szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że nie istniały one w formie fizycznej, a jedynie jako kody QR generowane w oficjalnej apce UEFA). Wielu naszych rodaków chyba z tego skorzystało, ponieważ nasz sektor składał się tak na oko w 85-90% z Polaków. Co prawda dzięki temu handelkowi na meczu w naszym sektorze mogło pojawić się paru Meksykanów, którzy przybyli tu specjalnie po to, żeby zobaczyć Roberta Lewandowskiego (przyznam, że jak usłyszałem tę historię, zrobiło mi się cholernie żal), ale również pojawiło się sporo Holendrów, m.in. ci, ktorzy świętowali w rzędzie przede mną gola na 2:1 Wouta Weghorsta (oczywiście, skoro dostali się na mecz, nie mam im za złe, że kibicowali swojej drużynie... no, ale jak się tam dostali?).
Co prawda kupiłem bilet w najtańszej możliwej grupie cenowej, ale całkiem nieźle poszczęściło mi się podczas losowania miejsc, ponieważ moje znajdowało się mniej więcej przy narożniku boiska - tak więc miałem jakąś możliwość postrzegania wydarzeń boiskowych w 3D. Co więcej, znajdowało się naprawdę blisko boiska, dzięki czemu podczas akcji w moim narożniku czułem się jakbym tam był . Bardzo bawił mnie facet, który zajmował miejsce rząd lub dwa przede mną - za każdym razem, kiedy akcja rozgrywała się w naszym narożniku, pojmowal on, że jest duża szansa, że zostanie uchwycony przez kamerę, tak więc zdejmował czapkę i wymachiwał nią powoli i statecznie, z taką godnością i dostojeństwem jakby był co najmniej papieżem.
Przy okazji, miałem też całkiem dobry widok na resztę polskiego sektora, a nasi kibice chyba nie przynieśli wstydu. Na sektorze wisiało wiele biało-czerwonych flag z różnymi nazwami miast czy klubów - generalnie, nie ma sensu przytaczać ich wszystkich... może poza tą najważniejszą, czyli flagą Foto-Higieny Gać. Śpiewane były przeważnie różnego rodzaju krótkie hasła i piosenki, takie jak Jesteśmy zawsze tam... , To My, to My, Polacy! , BIało-czerwone to barwy niezwyciężone! , Polska! Polska! , czy... Jazda z kurwami! . Jeśli chodzi o inne hardkorowe kibicowskie doznania, na trybunie siedziałem obok sympatycznej pary kibiców, z którą powymienialiśmy się różnymi informacjami i ciekawostkami, a kibicka wymalowała mi na policzkach polskie flagi, abym prezentował się jak należy. W trakcie meczu kompletnie jednak o tym zapomniałem, ponieważ patrząc na wydarzenia boiskowe wielokrotnie chowałem twarz w dłoniach, przez co chyba starłem sobie biały kolor, a resztę rozmazałem. Dopiero wieczorem kiedy wszedłem do łazienki w barze-restauracji, zauważyłem, że cały dzień chodziłem z czymś, co wyglądało jak wymalowane rumieńce na twarzy.
Po meczu miałem okazję zaobserwować trzech kibiców Oranje, którzy byli przebrani za legendarnego Ruuda Gullita. Żeby oddać hołd Ruudowi, nałożyli na oni siebie klasyczne koszulki z ME 1988, sztuczne peruki, sztuczne wąsy... i oczywiście pomalowali się, ponieważ Gullit jest czarny (no, może nie jest całkiem czarny, w każdym razie, nie jest biały). Oczywiście, kiedy zdjęcia kibiców przeniknęły do Internetu (nie za moją sprawą), sytuacja ta spotkała się z ciężkim zesraniem holenderskich środowisk lewicowych, ponieważ jak wiadomo, pomalowanie się jest zawsze równoznaczne z Blackface, tak więc uznano to za karygodny przypadek rasizmu. Sytuacja wyeskalowała na tyle, że postanowił ją nawet zagasić sam Ruud, który stwierdził, że nie widzi nic złego w tym, że kibice oddają w ten sposób mu hołd. No cóż, naprawdę nie nadążam za dzisiejszym światem.
| | Mecz |
    |
    |
Chyba nie muszę zbytnio przedstawiać sytuacji obydwu drużyn przed tym meczem. Z jednej strony, była to pierwsza kolejka rozgrywek w Grupie D, w której oprócz Holandii i Polski znajdowały się również drużyny Austrii oraz Francji - a więc wszyscy teoretycznie startowali z tego samego punktu i mieli takie same szanse. Z drugiej strony, Holandia awansowała na Euro w dość pewnym stylu (co prawda 2 porażki z Francją, ale poza tym komplet zwycięstw w grupie eliminacyjnej), podczas gdy my w eliminacjach byliśmy gorsi od Czechów, Albańczyków, a nawet Mołdawian (akurat tylko jeśli chodzi o bilans meczów bezpośrednich), a na Euro dostaliśmy się kuchennymi drzwiami, pokonując w karnych Walię. Tak więc, mówiąc delikatnie, nie byliśmy faworytami dzisiejszego meczu.
I rzeczywiście, od początku Holendrzy dominowali - już mniej więcej w pierwszej minucie strzał Cody'ego Gakpo w krótki róg dobrze wybronił Wojciech Szczęsny. Potem coś tam nadal odbywało się pod przeciwległą bramką, choć oczywiście z mojego miejsca niewiele było widać. Potem jednak Polacy coś tam zaczęli tworzyć w ofensywie, głównie za sprawą kreatywnego trio z Serie A Zieliński - Zalewski - Urbański. W 16. minucie udało się wywalczyć kornera. Z narożnika zagrał Piotr Zieliński, Adam Buksa wygrał pojedynek główkowy, a ja z niedowierzaniem zobaczyłem piłkę w bramce i zacząłem drzeć mordę. Przed meczem liczyłem co najwyżej na niezbyt wysoką porażkę, podczas gdy niespodziewanie prowadziliśmy 1:0. Po zdobytym golu Polacy cofnęli się, a Holendrzy zaczęli tworzyć kolejne akcje. Szczęsny obronił jednak ciekawe uderzenie z woleja (a może nożyc) Virgila van Dijka, a Memphis Depay w sytuacji prawie sam na sam z naszym bramkarzem przestrzelił. Niestety, fart skończył się w 29. minucie, kiedy po złym wybiciu piłki naszych Holendrzy przejęli piłkę na mniej więcej 35. metrze, a strzał Cody'ego Gakpo z kilkunastu metrów po pechowym odbiciu od Bartosza Salamona wpadł w środek naszej bramki obok rzucającego się w bok Szczeny. Szkoda było tej sytuacji, ale biorąc pod uwagę, że w pierwszej połowie Holandia miała jeszcze dwie świetne okazje (Gakpo przestrzelił z kilku metrów, a strzał Depaya minął słupek o centymetry), wynik 1:1 należało uznać za szczęśliwy.
Druga połowa wyglądała trochę lepiej niż pierwsza, ponieważ Holandia miała parę klarownych okazji mniej. W pierwszym kwadransie II połowy Oranje (grający dziś na granatowo) wyszli z bardzo dobrą kontrą, w której mieli sytuację 2 na 2, jednak zakończył ją niecelnym strzałem Xavi Simons. Pod koniec pierwszego kwadransu nawet się odgryźliśmy - świetnie z lewego skrzydła dorzucił Nikola Zalewski, ale piłka trafiła akurat do Jakuba Kiwiora, który wykonał wszystko dość wolno i przewidywalnie, tak więc Bart Verbruggen obronił jego strzał. Kilka minut później w dobrej sytuacji w polu karnym Polaków znalazł się Denzel Dumfries, ale jego strzał nieznacznie minął długi słupek naszej bramki. W końcu jednak nadeszła feralna 83. minuta, kiedy w pole karne dobrze zagrał Nathan Ake, Salamon spóźnił się z interwencją, a wprowadzony 2 minuty wcześniej na boisko Wout Weghorst pokonał strzałem w krótki róg Szczęsnego. Oczywiście, po tym wszystkim Polacy rzucili się do odrabiania strat i malo brakowało do wyrównania, kiedy po dograniu z lewego skrzydła Jakuba Piotrowskiego Karol Świderski próbował z kilku metrów w niełatwej sytuacji zaskoczyć Verbruggena - bramkarz Brighton zrobił jednak w tej sytuacji dobrą robotę. Mecz zakońćzył się planową porażką Polaków, która pozostawiła jednak pewien niedosyt, który nakazywał liczyć na coś więcej z Austrią... (choć chyba wszyscy pamiętają, jak to się skończyło)
|
| |
| |
  
|
|