 |
Jagiellonia Białystok - KS Cracovia Kraków 3:1 (1:0)
14.09.2018 20:30
Stadion Miejski w Białymstoku
Lotto Ekstraklasa
Widzów:
9.510
Cena biletu:
40 zł (normalny, trybuna Prosta)
| |
Dziś wybieramy się na Wschód, korzystając z tego, że w końcu ktoś zlitował się i wbrew tradycji nie wyznaczył tym razem terminu meczu na niedzielę o godzinie 18 (spróbujcie wydostać się z Białegostoku w niedzielę po 20 pociągiem albo autobusem - od razu podpowiadam, że nie da się).
| | Dotarcie na mecz |
    |
Termin meczu wyznaczono za to na piątek, o godzinie 20.30. Z racji tego, że w piątek miałem normalny dzień pracy, zdecydowałem się na przyjechanie do Białego (jak pieszczotliwie nazywają stolicę Podlasia tutejsi) pociągiem, który planowo odjeżdżał z Warszawy o jakiejś 16:50 (niestety, nie mogę znaleźć w szufladzie biletu i podać dokładnej godziny), a dojeżdżał do Białego dokładnie o 19:20 (to akurat zapamiętałem). To daje jakieś 70 minut zapasu, żeby dojść na stadion piechotą (odległość wynosi 4 kilometry), ewentualnie szarpnąć się na taryfę. Nawet jeśli pociąg zaliczy jakieś spóźnienie - co było całkiem prawdopodobne, ponieważ zanim pojawił się w Warszawie, jechał do niej aż ze Szczecina - można spokojnie zdążyć na mecz. Plan był więc nie najgorszy, dość racjonalny.
A więc podsumujmy - planowany przyjazd do Białego miał mieć miejsce o 19:20. Pierwszy gwizdek na stadionie w Białymstoku miał miejsce o 20:30. I teraz zagadka - co miało miejsce najpierw? No, spróbujcie się domyślić.
Tak, zgadza się.
Ten korespondencyjny wyścig był doprawdy pasjonujący (a w wielu aspektach przypominał on zeszłoroczny finisz Lotto Ekstraklasy) i niemal do końca pozostawał nierozstrzygnięty, ale ostatecznie rzutem na taśmę wygrała Ekstraklasa. Mój pociąg przyjechał do Warszawy z jakimś 40-minutowym opóźnieniem, za to kiedy dotoczył się do Białegostoku był opóźniony już o jakieś 75 minut (tak!). Przy całej swojej sympatii do PKP (która każe mi tolerować kilkunastominutowe opóźnienia), to było już naprawdę karygodne. Przed dworcem złapałem taryfę, a taksówkarz dowiózł mnie na Słoneczną w kilka minut. W samochodowym radio leciało disco-polo. Normalnie tego typu dźwięki wprawiają mnie w nastrój do popełniania zbrodni przeciwko ludzkości, ale tym razem uznałem to za nawet dobrą okoliczność, bo mogłem sobie poobcować z lokalnym folklorem. W świetle tego, co działo się na meczu, nastawiłem się prawidłowo (ale o tym później).
Zakupiłem w kasie bilet (na bilecie moje nazwisko zostało w zabawny sposób przekręcone, dzięki czemu Jaga dołączyła do Wisły K. i Polonii W. na liście podmiotów, które popełniły dokładnie ten sam błąd) i udałem się na mecz. Ze stadionu dochodził doping w postaci bliżej nieokreślonego szumu młyna oraz bardzo wyraźnych zaśpiewów dysponującego nagłośnieniem gniazdowego, co dawało dość komiczny efekt (ale na stadionie wszystko brzmało już OK). Przeszedłem kontrolę (hmmm, nie było kolejki, może spóźnianie się na mecz to jest właśnie dobry patent), co chwilę trwało, ponieważ na plecach niosłem m.in. ubranie na dwa następne dni i wszedłem na stadion. Na swoim miejscu pojawiłem się mniej więcej w 30. minucie.
| | Stadion |
    |
Jak już wielokrotnie pisałem, w przypadku opisywania meczu Ekstraklasy mam zwykle w tej części problemy. W necie są przecież setki zdjęć, setki informacji i to wszystko zapewne jest dużo lepszej jakości niż może zapewnić użytkownik, który kryje się pod pseudonimem gryzonia eksplorującego trociny. I oczywiście jak zwykle stwierdzę łaskawie, że przynajmniej spróbuję. Oczywiście stadion ładny, krzesełka wygodne, widoczność dobra, zadaszenie funkcjonalne (to piszę trochę w ciemno, ponieważ pogoda nie dała możliwości, żeby to zweryfikować). Po obydwu stronach za bramkami znajdują się telebimy - jeden z nich, ten od strony młynu Jagi (trybuna od północy), jest tablicą wyników, a na drugim, tym od południa, z braku laku wyświetlany jest mecz - i to z dobrym kilkusekundowym opóźnieniem. Taki trochę tryb replay.
W przerwie meczu zacząłem chodzić po zapleczu trybuny w poszukiwaniu jakiegoś sklepu z pamiątkami. Odnalazłem go prawie po drugiej stronie stadionu, bo nieopodal młynu; całe zaplecze trybuny było tak zmyślnie poprzegradzane, że musiałem co najmniej raz wejść na wyższą kondygnację, a następnie zejść z powrotem (a być może było to nawet dwa razy). Wydaje mi się, że jest to rozwiązanie utrudniające ewentualną konfrontację kibiców gospodarzy z kibicami gości - żeby dostać się na drugi koniec stadionu trzeba trochę tych schodów przejść i za każdym razem jest to niczym zdobywanie mostu w sztuce wojennej - pewnie są one zaminowane i ochrona wysadza je w przypadku gdy może dojść do natarcia kibiców. W każdym razie, mi udało się dojść do sklepu i kiedy rozgryzłem zasadę działania kolejki, udało mi się kupić kubek oraz brelok dla brata. Gadżety starałem się kupować z aktualnym herbem Jagiellonii, a nie z tą dziwną staroświecką wersją . Dopiero następnego dnia, kiedy rano szedłem przez Białystok, spostrzegłem, że wszędzie na murach kibice malują stary herb i że właśnie z nim się identyfikują. I dopiero wtedy (rychło w czas) dostrzegłem, jaki ten herb jest piękny i nieprzeciętny. Co więcej, wtedy to rzeczywiście był HERB - teraz Jaga ma co najwyżej logo, wyglądające jak ikonka jakiejś mobilnej apki. Jaga posiada też swoją serię energy drinków - nie wiem, czy były one dostepne w sklepie kibica, ale zaopatrzyłem się w nie następnego dnia w zwykłym sklepie spożywczym.
Będąc na meczu, dostrzegłem na trybunie wiele osób, które miały w rękach (albo odłożone na podłodze) coś, co wygladało jak programy meczowe. Takie na papierze gazetowym; ja niestety się już na taką pamiątkę nie załapałem, ponieważ spóźniłem się na mecz dobre pół godziny. Ciężko mi mieć do kogokolwiek pretensje, ponieważ gdybym był hostessą hostessem osobą odpowiedzialną za kolportaż tych gazetek, sam zszedłbym ze swojego stanowiska jakieś 5 minut po rozpoczęciu meczu. Na szczęście po meczu rozejrzałem się po pozostawionych na trybunie śmieciach i udało mi się namierzyć leżący na podłodze egzemplarz, który nie był zabrudzony piwem ani ketchupem, oraz najprawdopodobniej nikt na nim nie siedział.
Po meczu przed stadionem zostało podstawione jakieś kilkanaście autobusów komunikacji miejskiej, o najróżniejszych numerach linii, w celu zabrania po meczu kibiców. Autentycznie, jeśli chodzi o ten aspekt dnia meczowego, nie przypominam sobie, żebym gdziekolwiek wcześniej widział tak dobrą organizację (chociaż może słabo się rozglądam).
| | Atmosfera |
    |
    |
Moja ocena atmosfery, ze względu na fakt, że przybyłem na stadion mniej więcej w 30. minuty meczu, nie będzie pełna. M.in. nie wiem, jak na Słonecznej wygląda początek meczu - czy leci O, Fortuna , czy może disco-polo, czy może jakiś hymn Jagiellonii, czy też może np. disco-polo, które jest hymnem Jagiellonii. Czy leci to z głośników, czy kibice śpiewają to acapella. A jeśli śpiewają kibice, to czy tylko młyn, czy piknik też się przyłącza. Cóż, problem ten pozostanie chyba na zawsze nierozstrzygnięty - biedni czytelnicy, którzy chcą zgłębić ten temat, będą musieli chyba skorzystać z Google.
W każdym razie, kiedy wpadłem na swoją trybunę i zasiadłem na swoim miejscu (tzn. mniej więcej na swoim miejscu, zgodnie z zasadą stadion to nie teatr), w ciągu paru minut zdałem sobie sprawę, że albo musiałem usiąść w niefortunnym miejscu, albo piknik w Białymstoku nie prezentuje wysokiego poziomu kultury. Zdaję sobie sprawę, że stadion to nie teatr, ale natężenie losowo rzucanych z trybun pojedynczych bluzgów było stosunkowo wysokie - do tej pory obserwowałem takie tylko wtedy, gdy zajmowałem niefortunne miejsca na Legii i na Radomiaku. Za kwintesencję zjawiska uznałem moment, w którym ktoś na pikniku wstał i krzyknął w stronę grającego bliżej naszej trybuny Wdowiaka Wdowiak, ty kutasie! . Przy czym powód tego okrzyku był raczej nieokreślony, inwektywa padła w zasadzie tylko dlatego, że zawodnik drużyny przeciwnej stał akurat w pobliżu naszej trybuny i to tyłem do niej, tak że wszyscy mogliśmy przeczytać jego nazwisko.
Żeby nie było, że tylko krytykuję jakieś tam wulgarne jednostki na pikniku - młynu Jagiellonii słuchało się z przyjemnością. W sumie patrzyło się również z przyjemnością - co prawda w ten nie najcieplejszy dzień był on dość przerzedzony, jednak właściwie cały był ubrany w żółto-czerwone koszulki meczowe Jagi. Na trybunie wisiało kilka flag - te, które zarejestrowałem, to Jagiellonia , Dzieci Białegostoku (z dodatkowym podpisem słońce wschodzi ze Wschodu - może i tautologia, ale hasło nawet niezłe), JAGA oraz Weterani . Z przykładowych piosenek śpiewanych przez młyn potrafię podać z pamięci tylko:My, chłopcy z Białego Wszyscy za Jednego, za Jagę, za BKS, pójdziemy aż po życia kres!
W pamięć zapadła mi również dostojna przyśpiewka wykonana z melodią kawałka Grom Behemotha do Roty Marii Konopnickiej, z dość ciekawą koncówką: Trybuny pełne, wiara jest, wszyscy za Jagiellonią, bo my wierzymy w BKS Bandycki Klub Sportowy Nie damy, by nas gnębił wróg - Legia kurewski klub, Legia kurewski klub
Największą karierę robiła jednak w drugiej połowie meczu (w drugiej połowie sytuacja na boisku się ustabilizowała i wszystko zmierzało ku pewnej wygranej Jagiellonii) mega-chwytliwa przyśpiewka, którą od tego czasu nucę sobie pod prysznicem, czy przy goleniu: O, Jagiellonio ma, dzisiaj z kurwami grasz, strzelisz trzy bramy i znów wygramy, o, Jagiellonio ma!
A, zapomniałbym o oczywiście najciekawszym, jeśli chodzi o przyśpiewki- w momencie gdy pada bramka dla Jagi, na telebimie pojawia się Zenek, a z głośników rozbrzmiewa dżyngiel, który śpiewa ochoczo cały stadion (i choć normalnie wywoływałoby to u mnie torsje, to będąc w Białymstoku uznałem to za część lokalnego folkloru i nawet... sam chętnie to śpiewałem), a który brzmi dokładnie tak: Przez Twe bramki, brameczki strzelone Oszalaaałeeem
Poza tym, jeśli chodzi o szeroko pojęte czynniki składające się na atmosferę meczu, mógłbym wskazać np. na krewkiego kibica, który próbował poderwać piknik do śpiewu, ale średnio mu się to udawało. Sam brałem sobie do serca jego nawoływania, ale miałem pewien problem, żeby przyłączyć się do śpiewania niektórych przyśpiewek, których totalnie nie znałem. W momencie, gdy na telebimie pojawiła się odczytana przez spikera informacja, że na meczu pojawiło się 640 nowych kibiców (o, to dotyczyło konkretnie równiez i mnie), ten skwitował to słowami Lepiej podajcie ile jest Januszów! .
Poza tym, na meczu miałem okazję zobaczyć jedną ze swoich ulubionych atrakcji, a mianowicie klubową maskotkę. Maskotką tą była Pszczółka w żółto-czerwonych barwach. Co ciekawe, w tym konkretnym przypadku maskotkowy kostium był skonstruowany w ten sposób, że właściwie można było dokładnie zobaczyć twarz osoby, która była za nią przebrana - dość specyficzny zabieg. Niemniej, dzieciaki bardzo cieszyły się z możliwości zrobienia sobie z maskotką zdjęcia.
Na meczu obecni byli również kibice gości - w liczbie kilkudziesięciu. Ze względu na to, że byli totalnie zdominowani przez młyn Jagi, nie wychwyciłem zbyt dużo konkretnych przyśpiewek. Przede wszystkim zwróciłem uwagę na to, że kiedy porażka KSC w tym meczu była już w zasadzie pewna, kibice Pasów dawali upust swojej frustracji poprzez rzucanie inwektyw w stronę różnych osób działających w klubie - [tu wstaw dowolne nazwisko]! Co? Ty kurwo! . Zakładam, że dostało się tutaj przede wszystkim Tabiszowi, ale miałem wrażenie, że co najmniej raz usłyszałem tutaj Filipiak! . Co ciekawe, kibice Cracovii nie mieli wcale żalu wobec samych piłkarzy - gdy ci podeszli po meczu pod sektor gości, nie byli co prawda werbalnie głaskani, ale usłyszeli oni jedynie Walczyć jak Sparta... .
| | Mecz |
    |
Jak już wspomniałem, dla mnie mecz zaczął się od ok. 30. minuty. Na szczęście, dla mnie rozpoczął się przy stanie 0:0, więc jak rozumiem, nic nie straciłem. Cracovia wyglądała całkiem nieźle jak na zespół ze strefy spadkowej, powiedziałbym, że mecz wyglądał na raczej równorzędne spotkanie, z delikatną przewagą Jagi. Kibice na pikniku cały czas mieli do sędziego pewne zastrzeżenia i mam wrażenie, że po raz pierwszy raz byli zadowoleni, kiedy w 44. minucie Jarosław Przybył odgwizdał rzut wolny w korzystnym dla Jagi miejscu na prawym skrzydle. Z rzutu wolnego zacentrował Guilherme, swojemu obrońcy urwał się Bartosz Kwiecień i dobrym uderzeniem głową strzelił gola do szatni.
W drugiej połowie Cracovia odkryła się, a Jagiellonia zaatakowała dużo śmielej. W 53. minucie, po kolejnej dobrej wrzutce Guilherme (znów z prawego skrzydła, ale tym razem z gry), gola strzałem głową strzelił ten, po którym nikt ostatnio specjalnie nie spodziewał się strzelania bramek - Cillian Sheridan. Kilka minut później sytuację sam na sam zmarnował Bartosz Frankowski, strzelając po ziemi tuż obok bramki. Obrona Cracovii grała dzisiaj jednak dość radośnie, ponieważ w 70. minucie w bliźniaczej sytuacji znalazł się Arvydas Novikovas - Litwin jednak w przeciwieństwie do Frankowskiego nie strzelał, a wystawił piłkę Sheridanowi, tak że ten mógł skierować ją wślizgiem do pustej bramki.
Cracovia nie grała aż tak źle i zasłużyła na honorowego gola. Udało się jej go zdobyć w 74. minucie - z nieco ponad 20 metrów strzelał Sipl'ak, a Kelemen próbował złapać piłkę do koszyczka, jednak ta odbiła mu się od klatki. Do odbitej piłki dopadł Airam Cabrera, minął bramkarza Jagi i wszedł z piłką do pustej bramki niczym w starej grze FIFA. Na więcej Cracovii jednak nie było stać.
|
| |
| |
  
|
|