 |
Wisła Płock - Zagłębie Lubin 2:0 (0:0)
17.02.2018 15:30
Stadion im. Kazimierza Górskiego, Płock
Lotto Ekstraklasa
Widzów:
4.011
Cena biletu:
25 zł (normalny, trybuna zachodnia)
| |
Po tym, co zobaczyłem w grudniu na stadionie Legii, postanowiłem obejrzeć Wisłę Płock w jej naturalnym środowisku. Jest to jednocześnie ostatni post, jaki został opublikowany jeszcze na starym Chomiku, w domenie Blog.pl.
| | Dotarcie na mecz |
    |
Do Płocka ruszyłem z Warszawy w sobotę po 11, autobusem relacji Warszawa - Koszalin. Po drodze przejeżdżaliśmy m.in. przez wieś o nazwie Kiełpin (jak się później okazało, był to jedyny Kiełpin, jakiego tego dnia zobaczyłem). Będąc w Płocku, chwilę po nim sobie pokluczyłem, m.in. zorientowałem się, gdzie po meczu będę mógł zrobić zapas pamiątkowych Energy Drinków Wisły (muszę przyznać, że ich smak jest konkurencyjny względem wiodących na rynku marek), a także obejrzałem sobie z braku laku kameralny Stadion Miejski im. Bernarda Szymańskiego. Wsiadłem w końcu w autobus miejski (z dworca na stadion jest jakieś 1,5 kilometra, ale pomyślałem sobie, że skasowany bilet komunikacji miejskiej to nawet fajna pamiątka z wyprawy) i podjechałem w okolicę przystanku Orlen Arena. Bardzo mi się spodobał fakt, że większość autobusów miejskich miała na froncie przyczepione dwie małe flagi w barwach Wisły.Stadion Wisły Płock znajduje się vis a vis wspomnianej Orlen Areny. Kupiłem w kasie bilet normalny (byłem na meczu Wisły pierwszy raz, a jako miejsce urodzenia w dowodzie mam wpisany Lublin – zastanawiałem się, czy ktokolwiek z tego powodu pomyśli, że jestem kibicem Zagłębia incognito, ale się zawiodłem), pobrałem w kasie gustowny darmowy program meczowy i zacząłem krążyć po okolicy w poszukiwaniu sklepu z pamiątkami lub czegoś do jedzenia. Po drugiej stronie ulicy, na Orlen Arenie widziałem witrynę sklepu z pamiątkami SPR Wisła Płock (SPR – Sekcja Piłki Ręcznej), ale nielicznym nieogarniętym ludziom, którzy tam podchodzili, nie udawało się wejść do środka. Udało się jedynie ogarnąć coś do jedzenia, na znajdującej się nieopodal stacji benzynowej. Ciekawe, czy ktoś zgadnie, do której firmy należała owa stacja.
| | Stadion |
    |
Stadion im. Kazimierza Górskiego został oddany do użytku w tym samym roku, w którym miał miejsce Mecz na Wembley. To być może częściowo tłumaczy, skąd wzięło się imię jego Patrona, ale przede wszystkim tłumaczy to, dlaczego stadion obecnie wygląda jak wygląda. Jest to obiekt lekkoatletyczny starego typu, tzn. szeroki i dość płaski pierścień trybun okrążający boisko piłkarskie i bieżnię lekkoatletyczną (co prawda obecnie bieżni tutaj nie ma, ale wygląda na to, że kiedyś musiała tu być). Stadion liczy ok. 10.000 miejsc siedzących i trochę nieoficjalnych miejsc stojących, ponieważ część kibiców woli w trakcie meczu stać przy barierkach za krzesełkami.Istnieje podział na trybunę wschodnią i zachodnią. Wschodnia to trybuna fanatyków, na której znajdował się młyn – nie było tam natomiast mnie. A z racji tego, że dzieliła mnie od niej pewnie ponadstumetrowa odległość (2x szerokość hipotetycznej bieżni + standardowe 68m szerokości boiska), nie mogę o niej zbyt dużo powiedzieć. Nie była zadaszona, a na jej środku znajdował się młyn. Znajdowało się na niej dużo mniejszych lub większych tabliczek i banerów reklamowych, co robiło średni efekt wizualny. Ponoć kiedyś na jej północnym skraju znajdował się sektor gości, co było oczywiście dość niefortunnym rozwiązaniem i już się z tego wycofano.Ja zaś znajdowałem się na trybunie zachodniej, która prawdopodobnie wyglądała dokładnie jak wschodnia, tyle że znajdowało się na niej parę upgrade’ów. Po pierwsze, nad centralną częścią trybuny znajduje się zadaszenie, które wygląda trochę jak minimalny dach pozwalający na otrzymanie przez obiekt licencji na Ekstraklasę. Pod dachem poza krzesełkami znajdowało się trochę zabudowanej przestrzeni, prawdopodobnie stanowiska spikerskie/komentatorskie czy centrum dowodzenia ochrony. Na północnym krańcu trybuny znajdowała się dość duża klatka gości, oddzielona od reszty trybuny jednym sektorem buforowym. W trybunie znajdowało się też parę tuneli wychodzących na boisko, jednak jak się okazało, piłkarze z nich nie korzystali, ponieważ ich szatnie znajdowały się w niedużym budynku klubowym, który stał od południowej strony boiska. Od strony północnej można było zobaczyć wyświetlacz, a na horyzoncie: kominy przemysłowej części Płocka. Obszar dookoła boiska był pozastawiany reklamami, autami i różnego rodzaju sprzętami, co dawało marny efekt estetyczny – generalnie cały stadion rzeczywiście jest już przestarzały. Nie jest to z mojej strony jakaś złośliwość ponieważ przyznawali to również ludzie na pikniku, a młyn parę razy o tym nawet śpiewał.
| | Atmosfera |
    |
Co prawda Wisła gra ostatnio znakomity futbol (o czym przekonałem się na własne oczy 2 miesiące temu), ale temperatura tego dnia i ten stadion nie zachęcały do tłumnego przychodzenia, więc 4,011 osób należy uznać za przyzwoity wynik. Udział w nim mieli również kibice gości, którzy pojawili się w swoim sektorze w liczbie kilkudziesięciu. Niestety, ulokowanie sektora gości nie pozwoliło mi na przeprowadzenie żadnych wnikliwych obserwacji i nie za bardzo wiem, co robili i co zawiesili na płocie. Usłyszałem jedynie z krótkofalówki stojącego nieopodal ochroniarza zdanie (oznajmujące, ale z lekkim tonem pytania, w domyśle – czy to jest dozwolone? ) goście mają biały transparent z napisem Rutek PDW – tak więc, o ile jakiś twardogłowy ochroniarz nie zabronił tego wnieść, wiem o jednym transparencie.
Na stadionie spodobał mi się fakt, że muzyka, która grała przed meczem, była bardzo wyciszona, praktycznie nie było jej słychać. Tak jakby ktoś wyszedł z założenia, że widzowie przychodzą na stadion zobaczyć mecz, a nie słuchać lejdi gagi (odważna teza). Później jednak zrozumiałem, że po prostu nagłośnienie jest fatalne, bo praktycznie nie zrozumiałem odczytywanych przez spikera składów. Zrozumiałem wyraźnie tylko jedną informację – w zawodach na dużej skoczni w ramach Zimowych IO w Pyeongchang Kamil Stoch zdobył złoty medal, co piknik nagrodził brawami.
Piknik nie angażował się chyba w ogóle w doping, nawet wtedy gdy padały bramki dla gospodarzy. Akustyka obiektu sprawiała, że przyśpiewki młynu nie były podłapywane przez piknik. Młyn gości liczył na moje niewprawne oko liczył ok. 500-600 osób. Przed meczem zawiesili na ogrodzeniu kilka flag (częściowo zasłoniętych reklamami LVBet) z hasłami Wisła Płock , Płock , Petrochemia , zgodowa Stomil , Nadwiślańscy… (nie dojrzałem kto) i parę drobiazgów. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem dwie z nich zostały przykryte przez transparent nawiązujący do aktualnych wydarzeń politycznych – długie płótno z napisem GERMAN DEATH CAMPS w kolorach narodowych sąsiadów zza Odry. Wisiało tam przez cały mecz, więc jak dla mnie nie musiało ono koniecznie przykrywać flag – mogło wisieć na peryferiach trybuny, a realizator i tak uchwyciłby je wystarczająco wiele razy. To, co jest dość ciekawe we flagach Wisły Płock (i co jest charakterystyczne chyba dla wszystkich gadżetów kolportowanych przez kibiców), to fakt, że na żadnym z nich nie znajduje się aktualny herb Wisły. Nafciarze używają tutaj wyłącznie starych herbów ZKS Wisła Płock oraz Petrochemii Płock. I rzeczywiście, te herby są znakomite – można powiedzieć, że kibice używają herbu, a klub używa logo. To przywiązanie do oldschoola to chyba pozostałość z czasów, kiedy miał miejsce rebranding marki Petrochemia, a klub z Płocka przez parę lat używał fatalnych nazw (Orlen , Petro ,Mychajło ) i jeszcze gorszych logotypów.
Przy bramkach wejściowych znajdował się nieduży namiot w barwach Wisły Płock – w momencie gdy wszedłem na stadion, był on jeszcze pusty i miałem nadzieję, że kiedy zostanie wypełniony, okaże się być stoiskiem z pamiątkami, a nie stoiskiem gastronomicznym. Na szczęście dla mnie, na kilkanaście minut przed meczem pod namiotem rzeczywiście rozstawiły się pamiątki. Zakupiłem tam obowiązkowy kubek oraz przy okazji szalik – gadżety w wersjach piknikowych, z oficjalnym aktualnym logotypem Wisły. Nie wiem jak to zabrzmi, ale kupując szalik, spełniłem niejako swoje marzenie z czasów podstawówki – otóż kiedy miałem 10 lat, moim ulubionym klubem naprawdę była Wisła Płock (choć nigdy nie miałem z Płockiem nic wspólnego). Moimi idolami byli Geworgjan, Mikulenas, Vileniskis, Kapsa, Wierzchowski czy Sobczak, a przede wszystkim Ireneusz Jeleń, którego wianuszek zdjęć wyciętych z „Piłki Nożnej” wisiał nad moim łóżkiem. Tak było, w tym momencie wcale nie ironizuję.
Mecz rozpoczął się, a młyn Wisły zaczął śpiewać krótsze i dłuższe piosenki/hasła, takie jak: Literka Z, literka K, literka S jak ZKS…
Nowy stadion dla Nafciarzy!
Petrochemia, Petrochemia, ZKS!
O mój ZKS-ie, nie zdradzę Cię, Inni Cię zdradzili, Tobą pogardzili, a ja nie!
Kto dziś wygra ważny mecz? Oczywiście ZKS! Wisła naszym życiem jest!
Kibice Zagłębia też nie śpiewali rozbudowanych piosenek, zaczęli od Jesteśmy zawsze tam… , śpiewali również takie rzeczy jak Biało-zielone to barwy niezwyciężone (tak przynajmniej usłyszałem). Pozdrowili szereg swoich zgód, spośród których wychwyciłem Polonię Bytom, Odrę Opole, Zawiszę Bydgoszcz, Arkę Gdynia i Falubaz Zielona Góra. Wisła z kolei śpiewała jeszcze piosenkę, która kończyła się widzewowskim Legia kurwa, tak jest, jebać Łódzki KS (mogło to być My, kibice z Płocka… , lub kto wygra mecz , bo obydwie można skończyć w ten sposób, ale nie pamiętam, o którą piosenkę chodziło). I nie wiem, czy to wynikło z jakichś rozkmin w stylu ŁKS ma zgodę z Zawiszą, a Zawisza z Zagłębiem , ale nagle w 14. minucie meczu goście po jakimś nieistotnym spięciu na boisku zaintonowali: Jazda z kurwami, Zagłębie jazda z kurwami!
Zapoczątkowało to falę napinki, bo młyn Wisły zaśpiewał ZKS jazda z kurwami , po czym sektory przerzucały się wzajemnie hasłami w rytmie akukaracza Guantanamera o treści coście tak cicho , co was tak mało , czy też zaraz strzelimy , oczywiście wplatując w to obowiązkowe bluzgi. I o ile na początku meczu młyn Wisły śpiewał Lubin pokonamy! , o tyle pod koniec pierwszej połowy było to już kurwy pokonamy! . Z kolei gdy Wisła śpiewała Szlachta z Mazowsza , kibice Zagłębia odpowiadali im, śpiewając kurwa z Mazowsza . I tak dalej.
Z bardziej sympatycznych elementów (poza tym, że w drugiej połowie kibice Wisły zrobili flagowisko) można odnotować obecność na płycie klubowej maskotki, Nafciarza. Maskotka wygląda trochę jak sympatyczna, kreskówkowa wersja Dominika Furmana, tyle że zamiast ósemki na koszulce miała dwunastkę. Jest wykonana zaskakująco dobrze – zdarza się bowiem, że niektóre maskotki ludzkie mają wyraz twarzy przywodzący na myśl chorobę genetyczną (ze względu na standardowe dla maskotek wielkie okrągłe oczy i szeroki uśmiech, co wygląda dużo lepiej w przypadku maskotek zwierzęcych ). Dzieciaki chętnie zbiegały na dół trybuny i przybijały z Nafciarzem piątki.
| | Mecz |
    |
W trakcie pierwszej połowy wiele się nie działo, tak więc rzadko odrywałem swoją uwagę od bluzgów, którymi przerzucały się trybuny. Poza świetną sytuacją Jose Kante, który 33. minucie z 10 metrów strzelił obok bramki i strzału z wolnego nad bramką Stilicia za 20 metrów, Wisła niewiele zaoferowała widzom. Zagłębie wyglądało w 1. połowie nieco lepiej i również doszło do dwóch dobrych sytuacji strzeleckich. Pierwsza miała miejsce w 8. minucie, kiedy po szybkiej kontrze Starzyński (chyba on) przestrzelił w sytuacji sam na sam z bramkarzem. W ostatniej minucie pierwszej połowy dobrą piłkę w polu karnym otrzymał nowy supernapadzior Zagłębia, Jakub Mareš. Złożył się on do woleja, ale skończyło się na tym, że nie trafił nogą w piłkę i odbił ją łokciem. Po tej jakże podsumowującej 1. połowę sytuacji sędzia mógł odgwizdać jej koniec.
Na 2. połowę Wisła wyszła niesamowicie zmotywowana i już w 48. minucie po dograniu w pole karne gola strzałem z pierwszej piłki zdobył Jose Kante. Nie mam pojęcia, jak wyglądały szczegóły tej akcji, ponieważ działa się ona pod przeciwną bramką, a ja nawet nie za bardzo zwracałem na nią uwagę, bo wyglądało to na niezbyt groźny atak. Parę minut później miał miejsce ciekawy rzut wolny dla Nafciarzy, po którym miała miejsce kilkukrotne odbicie piłki w górę, przy którym obrońcy Zagłębia przeszkadzali Hładunowi, a Nafciarze sobie nawzajem. Całość została wyjaśniona efektowną świecą w aut.
Później miał miejsce kwadrans niezłej gry Zagłębia – tworzyli oni duże zagrożenie, przy czym dużo było w tym udziału nowego bramkarza Wisły. Jak już wspomniałem w sekcji dotarcie na mecz , jedyny Kiełpin, którego tego dnia widziałem, to wieś pod Łomiankami. Dziś w bramce znajdował się Thomas Dähne, albo jak go nazywali na pikniku, Neuer . Jeśli chodzi o jego dyspozycję i jakość interwencji, nie był to raczej drugi Neuer, a drugi Ladislav Rybansky (pamiętacie? ja pamiętam, mam nawet tego samego dnia urodziny). Tydzień wcześniej w meczu z Górnikiem Zabrze zawalił dwie bramki, ale jego koledzy strzelili wtedy na szczęście cztery. Dziś zachował czyste konto, ale dosyć szczęśliwie, biorąc pod uwagę, że:
- W 60. minucie po wrzutce z kornera minął się w polu bramkowym z piłką przy próbie chwytu – piłkarz Zagłębia oddał strzał głową na pustaka, a tam również głową wybił piłkę stojący na linii bramkowej Adam Dźwigała - W 73. minucie po wrzutce w pole karne odbił piłkę przed siebie dopadł ją napastnik Zagłębia i strzelił gola, ale już po gwizdku (był chyba na spalonym) - W ostatniej minucie meczu wykonał nieudany koszyczek (piłka odbiła mu się od klatki), a to już bramkarski elementarz
Jak na razie wejście w Lotto Ekstraklasę Dähne miał bardzo słabe. Na szczęście jego koledzy są w gazie, bo ostatni kwadrans należał do nich. Zagłębie się wówczas otworzyło i było karane kolejnymi kontrami. Dwie z nich zakończyły się sytuacjami sam na sam, ale wtedy bardzo przytomnie zachowywał się Hładun. W 87. minucie wynik ustalił Jose Kante. Dla Gwinejczyka z jakże cennym hiszpańskim paszportem był to czwarty gol w drugim meczu w tej rundzie. (a śmiali się z Wisły, kiedy w lecie 2016 wyciągała go ze spadającego Górnika; teraz Kante reklamuje nawet na płockich billboardach nową linię perfum Wisły)
|
| |
| |
  
|
|